Musimy być gotowe na męczeństwo

Bł. s. Marta od Jezusa (Kazimiera Wołowska, 1879-1942)


        Kazimiera Wołowska urodziła się w Lublinie 30 września 1879 r. Pochodziła z rodziny wielodzietnej, ziemiańsko- inteligenckiej, osiedlonej w Lublinie, gdzie jej ojciec Józef zajmował znaczne stanowisko w sądownictwie i był znanym działaczem sportowym. Gdy miała 13 lat, straciła matkę. Ojciec zamierzał umieścić tę najmłodszą córkę spośród ośmiorga rodzeństwa w jednej ze szkół klasztornych. Jednak Kazimiera zaprotestowała i ojciec zrezygnował, biorąc jej wychowanie w swoje ręce oraz powierzając ją wybitnym profesorom Lublina.
        Dużo podróżowała za granicę, ale więcej czasu przebywała w rodzinnym domu, w którym mieścił się ośrodek życia społeczno- patriotycznego i wiernej współpracy z miejscowym Kościołem, zwłaszcza z Kurią, co zyskało mu połpoważne- półżartobliwe miano "lubelskiego Watykanu". Młodziutka dziewczyna bardzo szybko została wciągnięta w ten nurt, gdyż jako 11-letnie dziecko gromadziła już wokół siebie pierwsze uczennice języka polskiego i historii. Ciężką szkołę życiową przeszła w parę lat po śmierci matki, w związku z niespodziewaną i długotrwałą chorobą jedynego brata, który umarł w 1896 r.

Musimy być gotowe na męczeństwo (s. Marta od Jezusa - Kazimiera Wołowska, beatyfikowana w czerwcu 1999 r. w gronie 108 męczenników z czasów II wojny światowej)        Życie towarzyskie prowadzone w domu rodzinnym pociągało Kazimierę. Zakochała się w zacnym młodzieńcu, wszystkie jednak plany zburzyła bezpośrednia ingerencja nadprzyrodzona. Bóg wzywał Kazimierę do życia zakonnego. Przeżycie to nastąpiło w dzień Wszystkich Świętych 1898 r. podczas Mszy św. Było ono tak jasne, że Wołowska poznała nie tylko nazwę zgromadzenia, dl którego Bóg ją wzywał: "siostry od Niepokalanego Poczęcia NMP", ale również jego zadanie i charyzmat. Nie poszła natychmiast za tym wezwaniem; walczyła z nim prawie dwa lata, aż wreszcie w 1900 r. stanęła u furty klasztornej.
        Pierwsze lata życia zakonnego były bardzo ciężkie z powodu zmagań wewnętrznych. W notatkach zapisała: "Wszystkie diabły rozrywały moją duszę". Założycielka i przełożona generalna sióstr niepokalanek, m. Marcelina Darowska, nie rozpieszczała młodej alumnatki i odpowiedziała spokojnie na pewien wybuch: "Możesz jechać - furta otwarta".
        S. Marta od Jezusa nie wyjechała i przetwarzała się z wolna w bohaterkę miłości i obowiązku. Po ślubach wieczystych (03.07.1909) pisała do przełożonej generalnej m. Zenony Dobrowolskiej: "Jedynym moim nieśmiałym pragnieniem przed Panem Jezusem jest móc służyć zgromadzeniu do ostatniego tchu". Służyła mu rzeczywiście bez wytchnienia, najczęściej jako przełożona na najbardziej zagrożonych duchowo i politycznie placówkach: w Wirowie nad Bugiem, w Maciejowie na Wołyniu i w Słonimie na Białorusi. W Maciejowie zorganizowała sierociniec dla przeszło setki dzieci narodowości polskiej, ukraińskiej i rosyjskiej oraz otworzyła szkołę powszechną, seminarium nauczycielskie i szkołę zawodową.

        S. Wołowska umiała rozbudzić ducha apostolskiego zarówno u współsióstr, jak też u osób świeckich, zwłaszcza u wychowanek. Odznaczała się bezgranicznym zaufaniem Bogu i wielką pokorą. Posiadała też umiejętność dostrzegania istotnych spraw, a szacunkiem dla innych przekonań religijnych wyprzedzała swoją epokę, działając w duchu ekumenizmu. Przychodzili do niej po radę w różnych sprawach nawet księża prawosławni i rabini. A kiedy w Maciejowie rozeszła się pogłoska, że kończy się okres przełożeństwa s. Marty, społeczeństwo żydowskie złożyło prośbę o nieodwoływanie "naszej pani Marty, bo kto od biedy będzie ratował bezradnych, chorych i starych". Dom zakonny stał się w miasteczku ważnym ośrodkiem kulturalnym i stanowił znaczną zaporę przed infiltracją wpływów komunistycznych i antypolską propagandą. Za ofiarną pracę społeczno- patriotyczną została odznaczona złotym krzyżem zasługi. Po Maciejowie, który od 1919 r. był głównym terenem jej pracy charytatywnej, społecznej, apostolskiej i ekumenicznej, z wielkim oddaniem i samozaparciem działała w Jarosławiu, Nowym Sączu, Wirowie i Słonimiu.
        Odwaga cechowała s. Martę w Słonimiu, gdzie objęła przełożeństwo w sierpniu 1939 r. Z chwilą wybuchu II wojny światowej szeroko otworzyła dom słonimski dla uciekinierów; zorganizowała tajne nauczanie, stałą pomoc dla głodujących, zwłaszcza dla rodzin uwięzionych, pomordowanych i dla Żydów. Słonim przechodził przez dwie okupacje: bolszewicką i hitlerowską. W 1942 r. terror niemiecki coraz bardziej się wzmagał, mnożyły się aresztowania. Niemcy rozpoczęli systematyczną likwidację Żydów i inteligencji polskiej. Egzekucje setek ludzi odbywały się w różnych punktach miasta i okolicy. W tej atmosferze zastraszenia i grozy, paraliżującej wszelkie odruchy, przełożona - s. Marta - zdecydowała się nieść pomoc prześladowanym przez Niemców, uwięzionym i ich rodzinom. Żydzi ukrywani byli na strychu klasztornym, w oranżerii, w oborze - siostra wiedziała, że za to grozi kara śmierci, była nawet ostrzegana przez niemieckiego księdza, że klasztor jest przedmiotem obserwacji i że są donosy na siostry. Była wzywana na przesłuchania przez gestapo. Nie skorzystała z możliwości ukrycia się, a potem z proponowanej ucieczki. Nie cofnęła się przed niesieniem pomocy bliźnim, chociaż wiedziała, że jest śledzona i że znajduje się na liście skazanych.

        Właśnie wówczas ujawniła się w całej pełni jej postawa heroicznej miłości bliźniego i całkowitego zawierzenia Bogu. Gotowa była na męczeństwo, o którym myślała wiele lat przed śmiercią. W 1933 r. powiedziała do jednej z sióstr: "My musimy być gotowe na męczeństwo", a jak wynika z różnych przekazów, ta świadomość jej nie opuszczała. W tym samym roku napisała do przełożonej generalnej, m. Zenony Dobrowolskiej: "Bardzo wyraźnie wiedziałam, że Pan Jezus żąda ode mnie ekspiacji"; a w rok później: "Już od roku żyję w gotowości codziennej na śmierć".
        Nadeszła ona w nocy z 18 na 19 grudnia 1942 r. Około godz. 23 Niemcy aresztowali ks. Adama Starka, jezuitę - kapelana klasztoru, s. Ewę Noiszewską - lekarza oraz s. Martę - przełożoną domu. Po przesłuchaniu przez gestapo spędzono wszystkich uwięzionych na dziedziniec więzienny, gdzie - według relacji jednego z nielicznych świadków spośród granatowej policji - ks. Stark spowiadał, a siostry odmawiały głośno bolesną część różańca, zachęcając do modlitwy wszystkich zebranych. S. Marta zwróciła się do współwięźniów z wezwaniem: "Jesteśmy wszyscy w obliczu śmierci, módlmy się, byśmy mogli godnie przyjąć śmierć męczeńską". A kiedy około godz. 2 w nocy wpadli gestapowcy, by więźniom odebrać wszelkie kosztowności, s. Marta powiedziała: "Nie mam nic więcej, tylko krzyż, pozwólcie mi zatrzymać go przy sobie". Wówczas żandarm wyrwał siostrze krzyż z ręki i rzucił go na ziemię, a siostrę przewrócił i kopał. Gdy siostra podniosła się, wzięła krzyż, mocno ucałowała i rzekła: "Jezu, to wszystko dla Ciebie - i za Polskę".

        Nazajutrz około godz. 5 zajechały trzy auta ciężarowe, do których załadowano skazańców. Żandarni bili siostry kolbami i dopiero inni więźniowie pomogli im wejść do auta. Zawieziono wszystkich na Górę Pietralewicką. Jeden z żandarmów słonimskich, który był przy egzekucji, powiedział siostrom Marcie i Ewie: "Niech siostry uciekają". Siostry jednak nie skorzystały z tej propozycji. Więźniom kazano rozebrać się i wpędzono do uprzednio przygotowanego dołu, gdzie dosięgła ich salwa karabinów maszynowych. S. Marta zdołała jeszcze wypowiedzieć słowa przebaczenia: "Ojcze, odpuść im, bo nie wiedzą, co czynią" (Łk 23, 34). Naoczny świadek mówił, że podniosła rękę do góry, trzymając krzyż, jakby chcąc zaznaczyć miejsce, gdzie spoczywa.
        Góra Pietralewicka stała się grobem s. Marty. Męczeństwo zostało uczczone. Gdy Niemcy opuścili Słonim, parafianie postawili duży krzyż, który potem władza radziecka usunęła. Wrócił on na swoje miejsce dopiero w 1993 r.

Opracowała S. M. Janina Martynuska, niepokalanka