Gdy patrzy się na wielkich świętych: męczenników, papieży, zakonodawców, widzi się od razu dzieła, jakie zostawili za sobą, poprzez które wyróżnili się i zasłynęli. Znane są jednak postacie, które swoim życiem ukazały wartość zmagań człowieka, dążącego do świętości poprzez wypełnianie zwykłych, codziennych zadań. Jednym z nich jest o. Wenanty Katarzyniec, który powołanie do świętości realizował w cieniu swego przyjaciela - o. Maksymiliana Kolbego, który już sam podjął starania o ukazanie świadectwa jego życia. Przyjrzyjmy się więc sylwetce o. Wenantego.

Świętość na co dzień

O. Wenanty Katarzyniec (1889-1921)


Życie

O. Wenanty urodził się 7 października 1889 r. w Obydowie niedaleko Lwowa. Pochodził w ubogiej, chłopskiej rodziny. Na chrzcie otrzymał imię Józef. W szkole radził sobie dobrze, dlatego rodzice wysłali go do lwowskiego seminarium nauczycielskiego, wiążąc z tym nadzieje na lepsze usytuowanie. Józef jednak miał inne plany. Po otrzymaniu świadectwa dojrzałości w 1908 r. wstąpił do zakonu braci mniejszych konwentualnych (franciszkanów).
Już w nowicjacie przejął się życiem zakonnym na poważnie. Umiłowanie zakonu skłaniało go, by samemu dochodzić do jego korzeni, pogłębiając znajomość tradycji i kultury franciszkańskiej. W seminarium w Krakowie był jednym z inicjatorów koła naukowego Zelus Seraphicus.

W 1912 r. podczas wakacji w Kalwarii Pacławskiej spotkał się z młodszym współbratem o. Maksymilianem Kolbem, z którym spędził tu dwa miesiące. Wtedy właśnie nawiązała się między nimi szczera przyjaźń. Poznali swoje zapatrywania na życie.
W 1914 r. w bazylice św. Franciszka w Krakowie o. Wenanty przyjął święcenia kapłańskie i udał się na swoją pierwszą placówkę duszpasterską do klasztoru w Czyszkach pod Lwowem. Jego gorliwość nie uszła uwadze wiernych, którym służył z oddaniem szczególnie w konfesjonale i na ambonie. Ujmował swą skromnością, prawdziwym ubóstwem i spokojem, bardzo dyskretnym uśmiechem. Po roku został wybrany na mistrza nowicjatu. Przybył więc do Lwowa, gdzie przez cztery lata oddawał się wychowywaniu najmłodszych zakonników. W tym samym czasie był także mistrzem kleryków oraz wykładowcą filozofii, łaciny i greki. Nie szczędził swych sił również poza klasztorem, głosząc konferencje i rekolekcje dla sióstr, odwiedzając systematycznie chorych w szpitalu onkologicznym.

Swą pracę ponad siły wspierał nieustannie głęboką modlitwą. Swoje troski powierzał Maryi, stając się entuzjastą i apostołem Rycerstwa Niepokalanej. O. Maksymilian zaproponował mu też współpracę przy stworzeniu redakcji Rycerza Niepokalanej. Z powodu gruźlicy przepracowany o. Wenanty musiał wyjechać na wypoczynek najpierw do Hanaczowa, a potem do Kalwarii Pacławskiej. I tu się nie oszczędzał. Mimo zimy wiele czasu wciąż poświęcał na spowiedź w nieogrzewanym kościele. Choroba posunęła się tak dalece, że 31 marca 1921 r. zmarł.
O. Maksymilian - już po śmierci swego przyjaciela - prosił go o wstawiennictwo w sprawie wydania pierwszego numeru Rycerza Niepokalanej. Gdy pismo mimo wielu poważnych trudności ukazało się w styczniu 1922 r., o. Maksymilian jako redaktor naczelny wyraził w swoim artykule wdzięczność o. Wenantemu, nazywając go patronem pisma.

Duchowość

Przykład życia o. Wenantego ukazuje wielkość codziennej, rzetelnej pracy, konkretnej, prawdziwej miłości. Ta konkretność - jest jedną z cech franciszkanizmu, którą o. Wenanty tak bardzo ukochał. Swoje obowiązki wypełniał z miłością, traktując całą swą pracę jako udział w wielkim dziele stworzenia. Nigdy jednak nie przysłoniła mu ona człowieka. Zawsze wychodził naprzeciw mu naprzeciw z pomocną ręką. W pracy dla innych zapominał o sobie. Swego zaangażowania nie ograniczał tylko do obowiązków, ale szedł z dobrocią tam, gdzie jej potrzebowano.
Nie oddawał się marzeniom o wielkości. Wiedział, że każde miejsce, w którym stawia go Bóg, jest dobre do świadczenia o Chrystusowej miłości. O. Wenanty przypomina o sprawie bardzo istotnej w życiu chrześcijanina: głodnego, obnażonego, odrzuconego Boga trzeba dostrzegać najpierw w tych, którzy żyją najbliżej, pod wspólnym dachem, którzy codziennie wypatrują gestu dobroci, wdzięczności, pociechy. Jak kiedyś powiedziała Matka Teresa z Kalkuty: Tak łatwo kochać ludzi, którzy są daleko od nas, o wiele trudniej jest kochać tych, których mamy blisko.

Swą postacią przypomina, że świat potrzebuje miłości na co dzień. Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie (1 Kor 10, 31) - to prawda, z którą utożsamił się o. Wenanty. Sam mówił: Nie każdy może czynić rzeczy nadzwyczajne, ale każdy może spełnić swoje obowiązki... Świętość na co dzień wymaga dużo energii. O. Wenanty wskazuje jej niewyczerpane źródło w życiu w bliskości z Bogiem. Zagoniony człowiek, uwikłany w problemy, może zapytać: Jakiej świętości potrzeba nam dziś? Odpowiedzieć można prosto: zwyczajnej. Bo czyż nie chodzi przede wszystkim o zwyczajną jak życie świętość na co dzień?
O. Wenanty jest z pewnością jednym z mistrzów na tej drodze. Wiele można się od niego nauczyć. Nie bez znaczenia jest to, co powiedział św. Maksymilian: O. Wenanty czyny zwyczajne wykonywał nadzwyczajnie. Tę nadzwyczajność kryje w sobie pokój, radość, pokorę, a nade wszystko miłość. Jak okazywać tę miłość? O. Wenanty odpowiada prosto: Kochajmy tylko, a zarazem nauczymy się przeróżnych znaków, które będą świadczyły o naszej miłości.

O. Andrzej Zając