Pożyteczne cierpienie

Wanda Róża Niewęgłowska (1926-1989)


          "W życiu każdego człowieka - pisze Jan Paweł II w Liście do osób w podeszłym wieku - jest wiele zgryzot i utrapień. Czasem są to problemy i cierpienia, które wystawiają na próbę jego odporność psychiczną, a nawet wstrząsają samymi podstawami wiary. Doświadczenie jednak poucza nas, że z pomocą łaski Bożej te codzienne trudy wspomagają często proces dojrzewania człowieka, hartując jego charakter".

Trafiłem na bardzo dobry przykład ilustrujący tę myśl Jana Pawła II: 40 lat cierpienia s. Wandy Róży Niewęgłowskiej (1926-1989 r.). Należała do III Zakonu Dominikańskiego, zmarła w opinii świętości. Na jej grobie nie brakuje świeżych kwiatów, co znaczy, że wierni cenią jej święte życie i szukają u niej pomocy w słusznym przekonaniu, że tych, którzy bardzo cierpieli, Pan Bóg najchętniej wysłuchuje. Łaska wyproszona cierpieniem Chrystusa zbawiła świat. A s. Róża ogromnie cierpiała. W dzieciństwie utraciła matkę i ojca. Wychowywała się w domu dziecka. W 22 roku życia zachorowała na chorobę Heinego- Medina, dotknął ją też paraliż kończyn dolnych. Większą część swego życia spędziła w domu opieki społecznej w Lublinie. Zachowana dokumentacja lekarska kompetentnie przedstawia stan jej zdrowia: "S. Róża od 1949 r. jest sparaliżowana. Przeszła 9 operacji, przebyła 4 zawały serca, ma ciężką kamicę dróg moczowych i nerek, ciężką astmę, chorobę wrzodową żołądka. Często wymiotuje, w dodatku osłabia ją wysoka gorączka (40-41 stopni). Ma też silne bóle głowy. Jej wyniszczony organizm nie przyjmuje wielu leków, więc musi cierpieć".

          Lekarz, dr med. Krzysztof Włoch z Lublina, który leczył siostrę i obserwował jej stan, napisał we wspomnieniach: "Przechodziła jeszcze wiele cierpień związanych z pęknięciem żebra, obojczyka i kręgosłupa. Pewnego razu przy odwracaniu na łóżku skręcono jej nogę. Powiedziała, że te cierpienia przyjmuje z wielką miłością jako pocałunek Chrystusa. Obserwowałem czasami jakieś niezwykłe, niewytłumaczalne dla mnie rzeczy w jej stanie zdrowia, który czasami gwałtownie tak się pogarszał, że należało spodziewać się końca jej życia, a tu nagle - w mgnieniu oka - nastąpiła gwałtowna poprawa, co dla nas było sygnałem, że odbywa się na naszych oczach coś niezwykłego, nadprzyrodzonego. Byłem też świadkiem, jak wiele osób odwiedzających s. Różę mówiło o łaskach Bożych, uzdrowieniach ich samych, czy też członków ich rodzin, dzięki jej modlitwom. Przyjeżdżali do niej ludzie z różnych stron. Czytałem błagalne listy wielu potrzebujących pomocy osób z całego świata. Nigdy nie odmawiała pomocy modlitwą. Cierpiała bardzo. Jest to nie do opisania. Zawsze jednak była uśmiechnięta i pogodna, zawsze miała czas dla innych. Mówiła, że takie jest jej posłannictwo na ziemi. Nie wiedziałem, skąd s. Róża czerpie te niespożyte siły. Teraz rozumiem, że była to siła od Boga (...)".

          W 1972 r. przybyła do Niepokalanowa, by prosić św. Maksymiliana o łaskę cierpliwego i pożytecznego znoszenia cierpień. W czasie tego pobytu jej stan zdrowia nagle pogorszył się tak, że do Lublina wróciła w karetce pogotowia. Z pobytu w Niepokalanowie zanotowała: "Chciałabym przez swoje cierpienie mieć pełny udział w wielkim dziele zbawienia świata... Jezu, umocnij mnie na 40 rok mojej drogi krzyżowej, gdyż chcę wypełnić Twoją wolę do końca". A w innym miejscu notatnika czytamy: "Jezu, gdy bardzo będziesz znieważany przez świat, proszę Cię, spocznij w moim sercu i pozwól, żebym ja cierpiała, a Ty żebyś mógł sobie odpocząć. Panie Jezu, przyjęłam Cię do mojego serca, aby Cię przez cały dzień adorować. Niepokalana, dopomóż mi uwielbiać Chrystusa umęczonego w moim ciele. Moje serce niech będzie świątynią i tronem dla Ciebie. Złącz moje serce ze swoim, niech uderzają wspólnym rytmem. Oddaję Ci siebie bez zastrzeżeń. Przedłużyłeś, Panie, mój pobyt na ziemi, abym wynagradzała zniewagi, którymi świat Cię rani. Przyjmuję je na siebie z miłością dla uwielbienia Ran Twoich i Twego Kościoła".

          S. Różę śmiało można nazwać Szaleńcem cierpień z miłości do Jezusa, bo nie tylko umiała dziękować za cierpienia, ale także prosić o następne, aby one były pomocą dla innych. Pragnęła pomagać nie tylko za życia, ale i po śmierci. Mówiła bowiem: "Gdy odejdę, prosić będę Miłosierdzie Boże, aby promienie Jego Miłosierdzia obejmowały tych, którzy będą go potrzebowali". Czyniła to, co we wspomnianym liście podpowiada cierpiącym Jan Paweł II: "Kiedy Bóg pozwala, abyśmy cierpieli z powodu choroby, samotności lub innych przyczyn, zawsze obdarza nas też łaską i mocą, byśmy z jeszcze większą miłością włączali się w ofiarę Jego Syna i głębiej uczestniczyli w realizacji Jego zbawczego zamysłu. Możemy być pewni, że On jest Ojcem bogatym w miłość i miłosierdzie".

Br. Feliks M. Grabowiec