W drodze ku szczytom

Bł. Pier Giorgio Frassati (1901-1925)


          Ci, którzy wyobrażają sobie świętych i błogosławionych jako ludzi gardzących doczesnym życiem i wzdychającym do tego przyszłego, mogą być zaskoczeni postacią błogosławionego Pier Giorgia Frassatiego. Ten młody człowiek był czynny w stowarzyszeniach religijnych i społecznych, zwalczając komunizm i faszyzm. Jego pasją życiową niemal od dzieciństwa była troska o ludzi biednych, chorych, samotnych. Kochał góry, a wspinaczki były jego ulubionym sportem, który uprawiał z przyjaciółmi "Ciemnymi Typami". Interesował się sztuką, muzyką i literaturą poważną: czytał Goethego, św. Augustyna, św. Tomasza z Akwinu.
Młody Pier Giorgio Frassati (1901-1925)          Życie bł. Piotra Jerzego Frassatiego było krótkie. Można więc postawić znak równości pomiędzy jego życiem a młodością. Analizując jednak tę osobowość stwierdza się, że była to "młodość ducha", wciąż spragniona czynienia dobra i pragnienia te urzeczywistniająca. Droga bł. Piotra Jerzego Frassatiego była zawsze "oświetlona", choć nie można powiedzieć, że dzięki temu łatwa. Życie człowieka nigdy nie jest łatwe. Gdyby takie było, traciłoby swój sens. Zawsze i wszędzie spotykamy się z trudnościami, a skoro takie są, należy je pokonywać. Takie jest życie i taka jest młodość, a może przede wszystkim ona. Im więcej daje nam możliwości, tym więcej musimy się zastanawiać nad ich wyborem. Ważne jest więc, aby kryteria tego wyboru były właściwe.

          Pier Giorgio Frassati urodził się 6 kwietnia 1901 r. w Turynie. Jego matka, Adelaide Ametis była dobrą malarką. Ojciec, Alfredo, agnostyk, był założycielem i redaktorem naczelnym włoskiego dziennika "La Stampa" - wywierał duży wpływ na włoskie życie polityczne. Piotr Jerzy nie został uchroniony od życiowych trudności, a wręcz przeciwnie, w pokonywaniu swej drogi życiowej "przez miłość", wystawiany był na próby. Jego pozycja społeczna - pochodził przecież z rodziny zamożnej, znanej i szanowanej - nie ułatwiała mu dążenia do świętości, ale nawet to utrudniała.
          Człowiekowi zamożnemu zazwyczaj trudno jest zrozumieć ubóstwo, a jeszcze trudniej przybliżyć się do niego. Frassatiego zaś uszczęśliwiała pomoc najbiedniejszym - bardziej niż własny dostatek życiowy; jemu potrzebny był dostatek duchowy, a nie dostatek materialny.
          Nauka też nie przychodziła mu zbyt łatwo, a przecież jako syn dyrektora i właściciela "La Stampa", a później też ambasadora, nie mógł zawieść ojca - stawiano mu wymagania, a tym wymaganiom trzeba było sprostać. Upór i wytrwałość towarzyszą Frassatiemu także w jego młodzieńczych "podbojach".

          Wielka miłość Frassatiego - góry. Skały przerażające grozą uderzają jednocześnie majestatem i wspaniałością; przestrzeń, którą można rozumieć jako realny pomost łączący człowieka z resztą świata, staje się zarazem nieprzebytą, niebezpieczną głębią. Widzi się w ich wymowie analogię do ludzkiego życia. Jeszcze bardziej się ją zauważa, gdy stawia się przed oczy widok człowieka wspinającego się po nich z wielkim wysiłkiem. Trud nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, mobilizuje do dalszej drogi. Tak powinno być w życiu. I tak było w życiu Frassatiego.
          Przyroda kojarzy nam się z nieskończonością, ta zaś nigdy nie otwiera się przed nami wprost, lecz tylko pośrednio. Wędrując po ziemi lub odrywając się od niej na dostępne dla nas odległości, nigdy nie natrafiamy na granice - granice dotyczą tylko poszczególnych dróg - i w zasadzie możemy iść dalej. Tak samo jest z miłością; ona nigdy się nie kończy. Możemy iść różnymi drogami: jedne są łatwiejsze, inne trudniejsze. Droga miłości jest zawsze trudna, bez względu na to, czy jest to miłość do ojczyzny czy do rodziny, czy też do innych ludzi. Droga ta jest nieskończona, a im dalej nią brniemy, tym otwiera się przed nami większa przestrzeń - i jest to przestrzeń do wypełnienia.

          Przyroda leży przed nami jak otwarta księga, tak jak życie człowieka. Człowiek ów przesuwa się po niej z miejsca na miejsce i z nieskończonej ilości widocznych z różnych miejsc aspektów wybiera niektóre. Jakie? To pytanie powinien zadać sobie każdy człowiek. Niewyczerpalnego bogactwa przyrody jesteśmy pewni. Dzięki jej pełnemu ukwalifikowaniu nigdzie nie ma w niej miejsca na pustkę. A w życiu? Tu też nie ma na nią miejsca. Pustka wynika z niezrozumienia sensu własnego życia. Pustkę trzeba wypełniać. Podpowiedzią mogą być słowa Giorgia do przyjaciela: "Miłość, której broni Anioł, bez której wszelka inna cnota nie ma wartości. Ona zaś może być przewodniczką i drogowskazem na całe życie, może służyć za cały program".
          Miłości zaś nie można realizować bez Miłości Najwyższej, jaką jest Bóg. Dlatego najgłębszą swoją motywację formułuje Błogosławiony w słowach: "...doświadczyłem prawdy słów św. Augustyna, który mówi: Panie, niespokojne jest serce moje, dopóki nie spocznie w Tobie. Doprawdy głupi, kto cofa się, dążąc tylko ku radościom tego świata, podczas gdy jedyną prawdziwą radość daje nam Wiara..."
          My owszem, chcielibyśmy kochać i być kochanymi, jednak gubimy się w tym uczuciu. Gubimy się zaś dlatego, że nie znamy źródeł tej miłości. Gdzie więc ich szukać? Odpowiedź brzmi: w Bogu. Ludzie nie mogą się odnaleźć, gdyż nie widzą wokół siebie Boga; nie widzą lub nie chcą widzieć; dla nich Bóg to przeżytek.

          A Piotr Jerzy? Przecież był młodym człowiekiem, podobnym do wielu dzisiejszych młodych ludzi: chodził na wycieczki w mieszanym towarzystwie, na co w ówczesnych czasach niezbyt dobrze patrzono; kochał się w dziewczynie, jak wielu innych chłopców kiedyś i dziś; palił cygara. Czym więc się różnił? Odpowiedź brzmi: sercem. Było to serce pałające miłością do ludzi. Do jego życiowej postawy możemy odnieść słowa wiersza współczesnego poety:
          Byli tacy, co się rodzili
          Byli tacy, co umierali
          Byli także i tacy
          Co im to było mało.
Pier Giorgio Frassati bez wątpienia należy do tych ostatnich.
          Na krótko przed uzyskaniem dyplomu inżyniera zaraził się od biednych mieszkańców slumsów chorobą Heine Medina. Zmarł 4 lipca 1925 r. mając 24 lata. W przeddzień swojej śmierci pamiętał o podopiecznych. Na wpół sparaliżowaną ręką, z ogromnym wysiłkiem kreślił do kolegi prośbę o odebranie zastrzyków dla chorego.

Sylwia Mróz
"Rycerz Niepokalanej", nr 541-542 (7-8/2001)