W kwietniu 1985 r. papież Jan Paweł II ogłosił świętym Antoniego Franciszka Fasaniego, kapłana z Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych. Był to człowiek rozmiłowany w modlitwie, oddany wykładowca w seminarium, gorliwy duszpasterz i troskliwy przełożony w klasztorze.

Szkoła, ambona i konfesjonał...

Św. Franciszek Antoni Fasani (1681-1742)


          Urodził się 6 sierpnia 1681 r. w Lucera we Włoszech. Rodzice, Józef i Izabela Lamonica, przy chrzcie św. nadali mu imiona Donat-Antoni- Jan-Mikołaj, ale powszechnie był nazywany Giovannellim (po polsku Januszkiem). Wcześnie owdowiała, roztropna i życiowo zaradna matka (sąsiadki nazywały ją Occhiaperti, czyli z otwartymi oczami), nie zaniedbała wychowania syna. Wysłała go na naukę do miejscowej szkoły franciszkanów. Chłopiec znał zakonników od najmłodszych lat, w ich kościele przyjął pierwszą Komunię św., posługiwał przy ołtarzu. Ujęty ich życiem wybrał stan zakonny i w roku 1695 poprosił o habit. W dniu rozpoczęcia nowicjatu w Monte Sant'Angelo przybrał zakonne imię Franciszek Antoni. Po nowicjacie został skierowany na studia filozoficzno- teologiczne, które odbywał w różnych zakonnych kolegiach. Ich uwieńczeniem był doktorat z teologii, uzyskany w Asyżu. Tam też w roku 1705 otrzymał święcenia kapłańskie. Studia dały mu nie tylko gruntowną wiedzę teologiczną, lecz również określoną formację duchową, wyrażającą się przede wszystkim w kulcie Eucharystii i do Matki Bożej.

Franciszek Antoni Fasani (1681-1742), franciszkanin          Franciszek Antoni wkrótce podjął obowiązki wykładowcy w kolegium w Lucera, następnie został jego rektorem i przełożonym klasztoru, prowincji zakonnej, wreszcie mistrzem nowicjuszy. Szkoła, ambona i konfesjonał - oto miejsca, gdzie ujawniła się jego głęboka wiedza, mądrość i pobożność. Wykłady i kazania Franciszka Antoniego, wsparte modlitwą i ascezą, trafiały do dusz słuchaczy, nierzadko dokonując w nich zasadniczych przemian. Nauczanie popierał dobrym przykładem, wyrażającym się zwłaszcza w wyjątkowej trosce o ubogich, uwięzionych i chorych. Do końca trwając w posługiwaniu duszpasterskim, zmarł w wieku 60 lat dnia 29 listopada 1742 r. Sześć dni wcześniej nocą poszedł z Wiatykiem do ciężko chorego. Dął ostry, lodowaty wiatr; Fasani przemarzł i przeziębił się. Czując gorączkę, powiedział żartobliwie współbratu Leonowi: "Trzeba pakować manatki. To już czas".

          W sobotę 24 listopada położył się do łóżka, prosząc przełożonego, aby wyznaczył innego kaznodzieję na czas zbliżającej się nowenny. "Ach nie, ojcze magistrze! W tym roku ojciec także wygłosi kazania nowennowe" - powiedział przełożony. Na to chory: "Powiedz mi, ojcze gwadianie, co lepiej: pójść sobie do Niepokalanej, czy zostać na tym świecie?"
          - "Z pewnością pójść do Niepokalanej, ale czy to przeszkadza wygłosić nowennę?" Ojciec Fasani nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął. Gorączka bowiem nie mijała.

          Sprowadzony lekarz nie miał żadnych złudzeń. To już niechybna śmierć. Z trudem odważył się oznajmić choremu: "Ojcze magistrze, to poważna sprawa. Trzeba być przygotowanym i przyjąć święte sakramenty". Chory na tę wiadomość, która u innych wywołuje najczęściej gwałtowny strach, usiadł na łóżku i z pogodną twarzą wyszeptał słowa psalmu: "Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu Pańskiego." A potem rzekł do lekarza: "Panie Janie, jak dobrą wiadomość mi przekazałeś! Dziękuję, serdecznie dziękuję, doktorze". Przyjął Wiatyk i sakrament chorych, przepraszał współbraci za zgorszenie i dużo się modlił. Pięć dni później wypadał początek nowenny przed ósmym grudnia: ojciec Fasani nie wziął już w niej udziału. Poprosił o przyniesienie mu obrazu Niepokalanej. Słabnącym głosem śpiewał razem z zakonnikami: Magnificat, Witaj, Gwiazdo Morza, Całaś piękna jest, Maryjo. Zgasł w chwili, gdy kościelne dzwony zaczęły zwoływać ludzi na nowennowe nabożeństwo.

          Zastanawiające jest, że dzień jego urodzin wypadł w dniu rozpoczęcia nowenny przed świętem Wniebowzięcia NMP, dzień śmierci natomiast - w dniu rozpoczęcia nowenny przed uroczystością Niepokalanego Poczęcia NMP. Dwa największe święta maryjne jakby w klamrę ujęły całe jego ziemskie życie, nacechowane wyjątkową miłością do Matki Bożej. Nazywał Ją słowami pełnymi uczucia: "Maryja - to moja Mamusia". Pościł w wigilię Jej świąt, długie godziny spędzał na modlitwie klęcząc przed Jej ołtarzem. Był też Jej wielkim apostołem. W każdym kazaniu znalazł moment, w którym mógł złożyć ukłon Maryi. Zachowały się rękopisy jego kazań ku czci św. Franciszka, św. Antoniego i oczywiście ku czci Najświętszej Maryi Panny. Ułożył też teksty modlitw na nowennę przed Niepokalanym Poczęciem, wydane później drukiem. Włożył w nie tyle miłości, że czytane po kilku wiekach, rozgrzewają serce. Jako przełożony klasztoru zadbał o piękną figurę Matki Bożej do odnowionego kościoła franciszkanów w Lucera. Sam ją zamówił u znanego rzeźbiarza Colombo w Neapolu i zanim została wykonana, zwykł był mawiać do współbraci: "Piękna będzie ta figura, bo cudownie piękną jest moja Mamusia". Jego wyjątkowe nabożeństwo do Matki Bożej wyraża pomnik ustawiony kilka lat temu przez franciszkanów przy kościele w Lucera.

          Święci, zwykle beatyfikowani i kanonizowani w wiele lat po ich śmierci, są ludźmi innej epoki, wspomnieniem dawnego świata, fragmentem minionej kultury. Czy taki święty może być dla nas przewodnikiem na drodze do Boga i modelem doskonałego życia? Dlaczego Kościół dziś stawia nam przed oczyma świętego z wczoraj? Odpowiedź jest jasna: każdy święty jest ukrytym korzeniem, który karmi wiarę Bożego ludu we wszystkich czasach. Św. Franciszek Antoni Fasani umiejętnie i szczęśliwie połączył w sobie dwa bieguny franciszkańskiej duchowości: całkowite poświęcenie się Chrystusowi i całkowite zawierzenie Jego Niepokalanej Matce. Tego właśnie we wszystkich wiekach, a szczególnie dzisiaj, potrzebuje świat chrześcijański.

O. Roman Al. Soczewka