Serdecznie dobry człowiek

Bł. Edmund Bojanowski (1814 - 1871)


          XIX wiek na ziemiach polskich to ciągłe zmaganie Polaków o przetrwanie polskiej kultury, języka, obyczajów a przede wszystkim walka o ziemie polskie zagarnięte przez ościenne narody, które dokonały rozbioru tych ziem. W ten sposób Polska zniknęła z mapy Europy. Nie zniknęła jednak z serc Polaków, którzy w wielkiej konspiracji bronili tego co ojczyste i polskie. W takich właśnie czasach przyszedł na świat człowiek, urodzony 14 listopada 1814 r. na ziemi wielkopolskiej, w rodzinie na wskroś katolickiej o tradycjach patriotycznych - Edmund Bojanowski, syn Walentego i Teresy Umińskiej.
Bł. Edmund Bojanowski (1814-1871)          Jako czteroletnie dziecko, dzięki gorącym modłom swej matki, zanoszonym przed cudowną Pietą w kościele na Świętej Górze k. Gostynia, został uzdrowiony. To właśnie matka - Teresa, wpoiła w umysł swego dziecka Edmunda wartości chrześcijańskie i duchowe, które stały się skarbem na całe jego życie. Ojciec natomiast uczył Edmunda miłości do ojczyzny, dlatego Edmund boleśnie przeżył upadek powstania listopadowego, i wszelkie konsekwencje poniesione przez Naród. Wzrastając w takiej atmosferze rodzinnej i spoglądając na życie okolicznej ludności, narodziła się w sercu Edmunda - choć jeszcze o tym nie wiedział jako dziecko i młodzieniec - idea, której poświęcił całe późniejsze swoje życie.
          Po ukończeniu nauk podstawowych studiował na uniwersytetach we Wrocławiu i w Berlinie i chociaż zapowiadał się jako dobry literat i poeta, stał się z czasem społecznikiem na miarę potrzeb ludu, pośród którego żył. Choroba z lat dziecięcych pozostawiła jednak swoje ślady, nie miał zdrowia aż do końca życia. Ten brak przeszkodził mu w ukończeniu studiów. Również w późniejszych latach, po odkryciu swego powołania kapłańskiego z tego właśnie powodu nie mógł dojść do ołtarza - nie mógł sprawować Najświętszej Ofiary, co było jego wielkim pragnieniem.

          Rzucone przez Boga w serce Edmunda ziarno, z czasem coraz bardziej pozwalało mu na śmiałe decyzje. W czasie epidemii cholery, która nawiedziła Wielkopolskę, widział wiele sierot i chorych, do których niestrudzenie zachodził, by podać kawałek chleba, lekarstwa, a przede wszystkim przygotować umierających na spotkanie z Bogiem. Często do tych ostatnich sprowadzał kapłana, by mogli ze spokojem serca odchodzić ze świata.
          Przez ówczesnych nazwany został "serdecznie dobrym człowiekiem". Nie żądał zapłaty czy jakiejkolwiek wdzięczności za to co czynił. Szedł i pomagał, bo tak dyktowało mu serce. Życie polskiej wsi bardzo go interesowało. Chciał dla ludu oświaty i godniejszego życia. Założył więc wiejskie czytelnie, organizował wieczornice, był współzałożycielem Kasyna Gostyńskiego, a później szpitalika dla chorych wieśniaków i sierot, którego opiekę powierzył Siostrom Miłosierdzia.
          Jednak najbardziej zależało mu na dzieciach i młodzieży, bo w nich widział przyszłość Narodu i Polski. Zrozumiał, że nie można czekać z założonymi rękoma aż ktoś zajmie się dziećmi, aż ktoś wyjdzie im naprzeciw i pomoże w trudnych problemach. Cierpiał razem z dziećmi w ich ciężkiej doli sierocej. 10 listopada 1853 roku zanotował w Dzienniku: "Mimowolnie łzy mi się z ócz puściły, przypominając sobie podobne odprowadzenie do grobu Józinki. Niemniej rozrzewnił mię widok takiej sierotki - nie mieć nikogo, co by równie szczery udział brał w jej żałobie." Czuł, że on sam musi zacząć zmieniać oblicze ziemi, oblicze wsi wielkopolskiej, oblicze doli wiejskiej dziatwy, że musi swoją dłoń podać biedakom; że nie wystarczy patrzeć, jak inni wytykają palcem panoszące się zło, ale że trzeba zacząć samemu czynić dobro.

          Dla dzieci więc założył 3 maja 1850 roku pierwszą ochronkę w Podrzeczu, dając tym początek Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek NMP. Był to ewenement jak na owe czasy. Wyprzedził na wiele dziesiątek lat organizowanie dzisiejszych przedszkoli. Stał się prekursorem Soboru Watykańskiego II, gdyż już wtedy działał w Kościele jako laik. Do pracy wśród sierot powołał wspólnotę dziewcząt, której z czasem nadał formę żeńskiego zgromadzenia zakonnego. Stał się przez to zakonodawcą największego polskiego żeńskiego zgromadzenia zakonnego. Musiał jednak znieść wiele przykrości i pokonać wiele przeszkód ze strony niechętnych mu osób duchownych, które nie mogły pogodzić się z tym, że świecki, trzydziestokilkuletni mężczyzna, zajmuje się przygotowaniem i duchowym formowaniem dziewcząt do posługi wśród sierot.
          Edmund wszystkie myśli, pragnienia i czyny powierzał Bogu przez Niepokalaną, Której zawierzył bez reszty i bez Której - jak pisał w Dzienniku - "trudno byłoby mu wyżyć na tym świecie." Do Matki Bożej Pocieszenia, której obraz znajduje się w kościele parafialnym w Górce Duchownej, gdzie mieszkał przed śmiercią i skąd odszedł do wieczności 7 sierpnia 1871 r., ułożył Edmund Bojanowski tekst Godzinek, w których m.in. śpiewamy: "Do Ciebie Panno Święta ze łzami wołamy! Po Bogu w Tobie ufność naszą pokładamy. Nie wypuszczaj nas nigdy z Twej błogiej opieki. Daj nam żyć z Bogiem w niebie i z Tobą na wieki."
          Bojanowski jako wspaniały pedagog ułożył program wychowania, którym w swej pracy z dziećmi posługiwały się siostry ochroniarki, a ponadto sam je kształcił i wychowywał, by były zdolne do podjęcia zadań i wymagań służby. Ułożył też regułę życia ochroniarek, nadając im nazwę Zgromadzenia Sióstr Bogarodzicy Dziewicy Niepokalanie Poczętej. Ostateczne zatwierdzenie reguły nastąpiło w 1866 r. Za jego życia powstały 54 ochronki - domy Zgromadzenia, w tym 34 w Wielkim Księstwie Poznańskim, 14 w Galicji, 2 w Królestwie i 4 na Śląsku. Fundamentem istnienia ochronek i Zgromadzenia było całkowite oddanie się Bogu przez modlitwę i pracę rąk własnych. Tak jest po dziś dzień. Uwarunkowania polityczne Polski spowodowały podział Zgromadzenia, w wyniku którego powstały cztery samodzielne rodziny zakonne: Sióstr Służebniczek wielkopolskich z domem generalnym w Luboniu, Służebniczek starowiejskich z domem generalnym w Starej Wsi k. Brzozowa, Służebniczek śląskich z domem generalnym we Wrocławiu i Służebniczek dębickich z domem generalnym w Dębicy.

          Ten serdecznie dobry człowiek, dobry dla wszystkich bez wyjątku, był jednocześnie bardzo ludzki, czuły, pełen prostoty, bez cienia formalizmu, bez głoszenia słów, które nie miałyby pokrycia w codzienności. Swoim życiem i postępowaniem dał przykład samarytańskiego posługiwania i oddania bliźnim bez reszty, nie patrząc na to, jakiej narodowości i wyznania był bliźni potrzebujący. W Dzienniku z dnia 1 kwietnia 1856 roku czytamy: "Przywieźli dziś (...) umierającego człowieka, którego przypadkiem usłyszano w nocy śród boru starogostyńskiego jęczącego i znaleziono go przy latarniach wraz z żoną i dwojgiem dzieci. Są to biedni ludzie z Pakosławia, Niemcy, którzy żebrząc kawałka chleba upadli w borze, od głodu wycieńczeni. Biedny ten chory przyjął sakramenta św., których mu udzielił o. Feliks i posiliwszy się nieco rosołem przyszedł do siebie - ale nie ma nadziei, żeby go przy życiu utrzymać...". Innym razem pisał: "Wracając (...) zabrałem z apteki krople opiumowe dla kilku ludzi, którzy u nas przy żniwie na bóle żołądka dziś zachorowali...". W każdej sytuacji starał się pomóc. Nie ograniczał swej pomocy jedynie dla dzieci; takiej postawy uczył również swoje siostry.
          Był człowiekiem głębokiej modlitwy, a jednocześnie człowiekiem wielkiego zaufania Bogu, któremu za wszystko dziękował: "...wszystkie moje najpożądańsze życzenia ziściły się, za co niech będą dzięki Najmiłosierniejszemu Bogu, a ku pomnożeniu Jego chwały świętej niech się to wszystko obróci." Fundamentem całego jego życia i posługiwania była modlitwa i życie sakramentalne. Był niepocieszony, gdy z powodu słabości nie mógł uczestniczyć w codziennej Mszy św. i Komunii św. Starał się nie opuszczać żadnych nabożeństw z racji różnych świąt i obchodów kościelnych. Przykładem takiego życia pociągał siostry i lud do zjednoczenia w Bogiem. Bogaty doświadczeniem Boga mógł dzielić miłość i dobroć pomiędzy lud, a cierpienie i bolesne momenty życia były dla niego wezwaniem do wyjednania u Boga potrzebnych łask dla innych. Ta otwartość, ta zgodność z wolą Bożą utorowała mu drogę na Pańskie Ołtarze. [...]
          Ks. Jan Twardowski patrząc na duchowe oblicze Edmunda Bojanowskiego napisał:

Na starej fotografii dobrymi oczami
patrzysz na nas przez bardzo dawne okulary
teraz bardziej potrzebny i jak ojciec bliski
uczysz wielkich powołań i dziecięcej wiary.
          Nie dla ciebie laurki, drukowane wiersze
          trąba szerokiej sławy, długie komplementy -
          boisz się kanonizacji siedząc cicho w niebie
          jak każdy przyzwoity i porządny święty.
Patrzysz na Służebniczki służące dziś wszystkim
Panie, już przed Soborem - całkiem soborowy
głosisz święty laikat dobrych ludzi świeckich
ucząc stale Jezusa najprostszymi słowy.
          Edmundzie Bojanowski, przemilczany Panie -
          cichy i nieśmiertelny jak wspomnienie drogie -
          ucz nas ukrytego a wielkiego dzieła
          Bogu dziękując za to, że jest Bogiem.


          Te słowa mogą być dla każdego z nas formą modlitwy, która niechaj pozwoli nam chwalić Boga i służyć Mu całym sercem.

S. M. Rita Florkowska, Służebniczka NMP