Ks. Karol Brzezina urodził się 20 stycznia 1905 r. w Radzionkowie na Śląsku. Wstąpił do zgromadzenia Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Po otrzymaniu święceń kapłańskich w 1930 r., studiował na Papieskim Uniwersytecie Gregorianum, a w 1937 r. został rektorem Niższego Seminarium w Lublińcu. W 1940 r. przedostał się do Rzymu, a potem do Francji. Od 1944 r. był kapelanem Polskiej Marynarki Wojennej w Anglii, zaś od 1948 r. przez 28 lat prowadził duszpasterstwo wśród Polaków w Brukseli, gdzie zmarł 25 września 1976 r. Na łożu śmierci wyznał: "Służyłem Bogu, Matce Niepokalanej i Zgromadzeniu tak, jak potrafiłem najlepiej..."

Uratował wielu

Ks. Karol Brzezina (1905-1976)


          W drugiej połowie 1940 r. ks. Karol Brzezina został mianowany kapelanem delegatury Polskiego Czerwonego Krzyża w Perpignan w południowej Francji. Delegaturze tej podlegało kilka obozów internowania, jak Gurs, Argeles- sur-Mer, Rivesaltes, Vernet d'Ariege i inne. Znalazło się w nich ogółem ponad 4 tys. Polaków, nadto niemało Anglików, Belgów i Holendrów, którzy zaskoczeni szybkim pochodem wojsk niemieckich nie zdążyli wydostać się za granicę, oraz wiele tysięcy Hiszpanów, przybyłych do Francji po zwycięstwie gen. Franco.

          Sprawą internowanych wojskowych zajęły się istniejące już wówczas tajne polskie organizacje wojskowe oraz ruch oporu. Opieka nad cywilami, głównie robotnikami- uchodźcami, spadła na Polski Czerwony Krzyż. Liczba jeńców, którymi trzeba się było opiekować, stale się zwiększała wraz z napływem nowych internowanych, głównie Żydów. W tej akcji opiekuńczej ogromną rolę odegrał ks. Karol Brzezina. Widząc opłakany stan polskich rodzin robotniczych w obozach internowania, podjął postanowienie: Pozostanę z nimi tutaj, w obozie. Sumienie Polaka nie pozwala mi na to, bym mógł żyć trochę lepiej od tych, którzy tu "siedzą"... I pozostał. Wystarał się o łóżko, które umieścił za ołtarzykiem skromnej kaplicy obozowej, i dzielił codzienny los internowanych. Nie zniechęcił się nawet wtedy, gdy wygłodzone dzieci hiszpańskie po wybiciu szyb w kaplicy zabrały świece z ołtarza, by je - dosłownie - zjeść!

          Posiadając odnawianą co dziesięć dni przepustkę, ks. Brzezina rozwinął szeroką akcję pomocy polskim internowanym oraz Żydom, zamkniętym w specjalnych "ilot" (każdy "ilot", obejmujący 8-10 baraków, ogrodzony był w ramach całego obozu drutem kolczastym i pilnowany przez uzbrojoną straż). Nie odmawiał też pomocy Anglikom, Belgom czy innym. Różnie wyglądała ta pomoc. Gdy chodziło o Polaków i Żydów, referenci do spraw obozowych, wydelegowani przez Związek Polaków, postawili sobie za główny cel rozlokowanie obozu oraz dożywianie rodzin, by przetrwały w lepszych warunkach. Jeśli chodzi o innych, pomoc polegała na przewożeniu (po kryjomu) listów, doręczaniu korespondencji, "lewych" dokumentów, umieszczaniu w szpitalach poza obozem, skąd łatwiej było wydostać się na wolność. Wymagało to niezliczonej ilości interwencji. Ks. Brzezina, znając każdy szczegół tej działalności, wnosił wielką pomoc.

          Komendant obozu, znany ze swych prohitlerowskich przekonań, żądał, by dowożona dla Polaków żywność szła do wspólnego kotła obozowego, żywiącego ponad 30 tys. osób. Było to niemożliwe, gdyż żywność zginęłaby w schowkach szajki okradającej kuchnie obozowe. Zresztą PCK i Związek Polaków nie posiadały tej żywności zbyt wiele, nabywając ją z trudnością na czarnym rynku. I tu zadziałał znowu patriotyzm ks. Brzeziny, który wymyślał setki forteli, by skromnie dowożona żywność trafiała przede wszystkim do rodzin polskich, a także żydowskich. Poza ogólnym głodowaniem ten polski kapłan umiał pracować nad podtrzymaniem ducha internowanych, co było bardzo ważne wśród kilkuset matek, żyjących dosłownie nerwami; szczególnie gdy dzieci wołały jeść, gdy chorowały, gdy pod wpływem głodu rozpacz czasami brała górę.

          Ks. Brzezina pomagał głównie na terenie obozów w Rivesaltes, Argeles- sur-Mer oraz Agde. Nie zaniedbywał żadnej okazji, by uzyskać uwolnienie choćby tylko jednej osoby. Uwolnienia połączone były z niebywałymi trudnościami administracyjnymi. Kiedy po kilku miesiącach udało się uzyskać stopniowe uwolnienie rodzin, posiadających ojców, którym zorganizowano pracę, w obozie pozostało około 400 kobiet i dzieci polskich, których ojcowie byli w niewoli, w Anglii lub zaginęli. Dla tej kategorii - wydawało się - nie było ratunku, gdyż żaden urząd nie chciał o nich słyszeć. Postanowiłem uderzyć w wielki dzwon - oświadczył wówczas ks. Brzezina - i to ponad głowami wszystkich urzędów.
          Tak też uczynił. Przez specjalnego posłańca wysłał pismo do nuncjatury z prawdziwym biciem na alarm. Poskutkowało, choć nie bez oporów. W krótkim czasie zarekwirowano wielki zamek w górach, zorganizowano specjalny pociąg i wywieziono pozostałą część matek i dzieci, wśrod których ukryto kilkoro dzieci żydowskich. Inna rzecz, że pobyt w nowym miejscu, choć bez drutów kolczastych, nie należał do sielankowych. Pieczę nad schroniskiem powierzono bowiem młodzieży faszyzującej, dbającej raczej o nasycenie własnych żołądków...

          W obozach pozostało ok. 2 tys. Żydów. Prawie wszyscy mówili po polsku. Rząd w Vichy nie chciał w ogóle dyskutować w sprawie ich uwolnienia. Ks. Brzezina nie opuścił rąk, mimo że Polski Czerwony Krzyż był już od miesięcy rozwiązany - przez rząd w Vichy. Nie zaniechał swej akcji opiekuńczej, która siłą faktu musiała chodzić innymi drogami, nie zawsze legalnymi w oczach ówczesnych rządów. Liczne były wypadki (często dzięki przekupieniu różnych ludzi) wydostawania z obozów najbardziej zagrożonych Żydów. Wystarczy wspomnieć o małżeństwie Grynszpanów pochodzacych z Paryża. Gościło ono w swoim czasie u siebie bratanka, przybyłego z Warszawy, który zastrzelił radcę ambasady hitlerowskiej - von Ratha. Z inicjatywy ks. Brzeziny udało się Grynszpanów (poszukiwanych przez Niemców) umieścić na fermie pod Villeneuve- sur-Lot, gdzie przeżyli do końca wojny. Podobnie udało się ukryć wielu innych Żydów, ściganych wówczas przez hitlerowców.

          Brutalne zajęcie obozów przez wojska hitlerowskie w listopadzie 1942 r. mocno skomplikowało akcję pomocy, która jednak nie ustała mimo tysięcznych trudności. Za działalność konspiracyjną i dostarczanie Żydom "lewych" dokumentów ks. Brzezina został skazany przez władze niemieckie na karę śmierci. Jednak dzięki szybkiej akcji miejscowego ruchu oporu udało mu się w 1944 r. przedostać się do Anglii i w ten sposób ujść z życiem.
          Ks. Karol Brzezina, choć przebywał z daleka od Ojczyzny i nie mógł do niej powrócić po wojnie (wydał na Zachodzie szereg publikacji demaskujących knowania władz komunistycznych), dobrze przysłużył się polskiej sprawie narodowej. Podziwiano go za niezłomną moc ducha, za nieograniczone miłosierdzie, wierną służbę emigracyjnej społeczności, wzorową postawę kapłańską w trudnych latach wojny i później. W pamięci wielu pozostał "jako Polak, który wiernie służył Polsce, i to tylko tej jednej godnej takiego imienia, chwały i służby - Polsce niepodległej".

Artykuł opracowany przez redakcję "Rycerza" głównie w oparciu o wspomnienia A. Malutego