św. Teresa z Avila

Rozdział 29-30

–   KSIĘGA ŻYCIA  –



ROZDZIAŁ 29

O tym samym ciąg dalszy; opisuje inne jeszcze wielkie łaski, jakie jej uczynił Pan i co jej w boskiej łaskawości swojej mówił dla uspokojenia, aby wiedziała, jak odpowiadać tym, którzy jej byli przeciwni.

 

1. Daleko odeszłam od założenia swego. Zaczęłam przytaczać dowody przekonywające, że owo widzenie Człowieczeństwa Zbawiciela nie może być tworem wyobraźni. Bo i jakże wyobraźnia, choćby wszelkiej dokładała usilności, zdołałaby nam przedstawić Człowieczeństwo Chrystusowe i utworzyć obraz niezrównanej piękności jego? Niemałego czasu potrzeba by jej na to, by mogła dojść do wyobrażenia choćby dalekiego podobieństwa. Może wprawdzie do pewnego stopnia stawić nam przed oczy to święte Człowieczeństwo, wpatrywać się w nie przez pewien czas, przedstawiać sobie postać i piękno jego, stopniowo uwydatniać sobie to wyobrażenie i w pamięć je wbijać — tego jej nikt nie zaprzecza, bo wszystko to może zdziałać samą przyrodzoną siłą rozumu. Lecz tego widzenia, o którym tu mówimy, żadna siła wyobraźni nie wywoła. Widzenie to nie zależy od woli naszej, jeno od Pana samego, który się ukazuje kiedy chce i jak chce, i tyle ile chce; nie jest w mocy naszej, chociaż  staralibyśmy się ująć co albo dodać, albo sposób dowolnie naznaczyć, ani widzieć kiedy chcemy, albo zaniechać patrzenia kiedy nie chcemy, a skoro się pokusimy bliżej zbadać jaki szczegół, zaraz całe widzenie znika.

2. Przez półtrzecia roku Pan bardzo często użyczał mi tej łaski. Od trzech lat przeszło odjął mi ją, iż nie tak ciągle już miewam to widzenie, ale zastąpił innym jeszcze wyższym darem — o którym niżej mówić będę. — Gdy mówił do mnie, wpatrywałam się w tę wspaniałą piękność Jego i w te boskie, wdziękiem niewypowiedzianym jaśniejące usta, z których szły słowa Jego słodkości pełne, niekiedy i surową powagą groźne. Gorąco pragnęłam dopatrzeć się koloru oczu Jego i kształtu ich, abym je opisać mogła; ale nigdy tej łaski nie dostąpiłam, owszem, gdy więcej o to się starałam, cale widzenie zupełnie (s.365) znikało mi z oczu. Nieraz jednak widziałam, jak patrzył na mnie z najczulszą miłością; ale taka jest potęga tego spojrzenia, że dusza go znieść nie zdoła i w wysokie wpada zachwycenie, w którym ciesząc się całkowicie Jego posiadaniem traci z oczu on widok rozkoszny. Nic tu więcej nie zależy od naszego chcenia czy niechcenia; widocznie niczego innego Pan tu od nas nie żąda jeno pokory i uznania niegodności naszej, i brania tego, co nam daje, i dziękczynienia Temu, który daje.

3. To się tyczy wszystkich, wszelkiego rodzaju widzeń bez żadnego wyjątku; bo my tu zgoła nic nie możemy; tylko tyle widzimy, ile Panu podoba się nam ukazać; żadne staranie, żadna usilność nasza niczego tu nie przyczyni ani niczemu nie przeszkodzi. Chce Pan, byśmy jasno i oczywiście widzieli, że nie jest to sprawa nasza jeno boskiej łaskawości i mocy Jego. Tym sposobem skutecznie zagradza nam drogę do unoszenia się pychą, owszem, wszelki powód nam daje do pokory i świętej bojaźni, ostrzegając nas, iż jako nie pozostawił do woli i mocy naszej, byśmy widzieli co i kiedy chcemy, tak też mocen jest odjąć nam nie tylko widzenia, ale i samąż łaskę i pozostawić nas w zatraceniu naszym, abyśmy zawsze z bojaźnią i drżeniem sprawowali zbawienie nasze, dopóki żyjemy na tym wygnaniu.

4. Prawie zawsze ukazywał mi się Pan takim jakim zmartwychwstał; takim widywałam Go także, gdy objawiał się w Hostii. Niekiedy dla wzmocnienia mnie gdy byłam w strapieniu, ukazywał mi rany swoje; czasem ale rzadko widziałam Go na krzyżu, w Ogrójcu, w cierniowej koronie, kilka razy także, zawsze — jak mówiłam — dla pokrzepienia mnie w potrzebach moich albo dla pociechy innych dusz stawał przede mną obarczony krzyżem, ale w każdym z tych widzeń zawsze był w ciele uwielbionym.

Ciężkie zniewagi i utrapienia przebyłam, ciężkie też strachy i prześladowania za wyznanie tych rzeczy. Niektórzy tak byli pewni, iż jestem opętana od złego ducha, że chcieli mnie egzorcyzmować. Wszystko to jeszcze nie bardzo sobie brałam do serca, ale bardzo mi ciężko było, gdy widziałam, że (s.366) spowiednicy boją się słuchać mej spowiedzi, albo gdy dowiedziałam się, że coś im mają na mnie donieść. Z tym wszystkim jednak nigdy nie zdołałam żałować tego, że oglądałam owe widzenia niebieskie, i ani jednego z nich nie byłabym oddała za wszystkie skarby i rozkosze świata. Zawsze je poczytywałam sobie za wielką łaskę i ceniłam je jako skarb nieoszacowany i Pan też sam wiele razy w tym mię upewniał. Czułam w sobie wciąż rosnącą najgorętszą miłość ku Niemu; szłam do Niego poskarżyć się na wszystkie owe utrapienia i zawsze wstawałam od modlitwy pocieszona i na nowo posilona. Z tymi jednak, którzy mi byli przeciwni, nie śmiałam się spierać; widziałam, że to tylko pogorszy sprawę i każde moje odezwanie się będzie się poczytywało u nich za brak pokory. Mówiłam zatem o tych rzeczach tylko ze spowiednikiem swoim, który mię zawsze pocieszał, gdy widział mię w takim strapieniu.

5. Gdy zaś widzenia powtarzały się coraz częściej, jeden z nich (który przedtem miał pieczę o duszy mojej, a u którego i później spowiadałam się od czasu do czasu, gdy Ojciec minister miał jaką przeszkodę) (1) stanowczo mi oznajmił, że to jest oczywiście zmamienie czartowkie. Za czym przykazał mi, że skoro nie mam sposobu zapobieżenia tym napaściom złego ducha, mam, ile razy pokaże mi się nowe widzenie, przeżegnać się i pokazać mu figę (2). Zapewniał mię przy tym, że w taki sposób przywitany diabeł więcej nie przyjdzie; winnam zatem być dobrej myśli, bo Bóg mię obroni i od tych pokus wyzwoli. Rozkaz ten niezmierną mi sprawił przykrość; tym samym bowiem że byłam i nie mogłam nie być przekonana że widzenia te są od Boga, spełnienie takiego rozkazu było dla mnie prawdziwą okropnością. Nie mogłam — jak już mówiłam — żadną miarą zdobyć się na to, bym pragnęła oddalenia tych widzeń. Ostatecznie jednak czyniłam jak mi było przykazano. Gorąco błagałam Boga, by nie dopuścił, abym była przez (s.367) czarta kuszona, jak to zawsze z rzewnymi łzami czyniłam. Polecałam się świętym Piotrowi i Pawłowi, których Pan sam, gdy w dzień ich święta pierwszy raz mi się ukazał, dał mi za obrońców i oznajmił mi, że oni będą mię strzegli, abym nie była oszukana; jakoż bardzo często widywałam ich najwyraźniej przy boku swoim z lewej strony; nie było to widzenie w wyobraźni tylko umysłowe. Stąd też czciłam tych dwóch Świętych jako szczególnych i najdroższych mi orędowników.

6. Najsroższą ciężkość sprawiało mi owo pokazywanie figi za każdym zjawieniem się Pana; gdy Go widziałam obecnego, raczej byłabym dała się porąbać na sztuki, niżbym potrafiła uwierzyć, że to zły duch. Był to więc dla mnie bardzo bolesny i wstrętny rodzaj pokuty. Dla oszczędzenia sobie ciągłego żegnania się brałam krzyż i trzymałam go w ręku prawie ustawicznie; mniej ustawiczną byłam w pokazywaniu figi, bo mi to nazbyt było przeciwne. Przypominałam sobie zelżywości, jakie żydzi Panu czynili i błagałam Go o odpuszczenie mi zniewagi, jaką ja Mu wyrządzam, gdyż czynię to przez posłuszeństwo i na rozkaz namiestnika Jego, aby zatem mnie nie winił o to, że spełniam polecenie tych, których On sam postanowił szafarzami w Kościele swoim. A On mi odpowiadał, bym się o to nie troszczyła, że dobrze robię iż słucham, a On to sprawi, że się prawda jawnie okaże. Ale gdy nadto jeszcze zabronili mi rozmyślania, okazał się o to zagniewanym i kazał mi powiedzieć im, że to już tyrania i okrucieństwo. Przy tym wskazał mi dowody, którymi miałam ich przekonać, że nie jest to sprawa złego ducha; niektóre z nich niżej wymienię.

7. Pewnego dnia, gdy trzymałam w ręku swój krzyż, przywiązany do różańca. On go wziął w ręce swoje; a gdy mi oddał, ujrzałam go cudownie zmienionym: składał się z czterech dużych kamieni bez porównania droższych niż brylanty; bo i niepodobne wszelkie porównanie między nadprzyrodzonym blaskiem owych kamieni, a światłością jakich bądź najdroższych klejnotów, które można widzieć tu na ziemi; najpiękniejsze brylanty bledną przy nich i wydają się jakby podrobione. Na tych kamieniach było dziwnie pięknie wyryte (s.368) wyobrażenie pięciu ran Zbawiciela. Zapowiedział mi Pan, że odtąd zawsze tak je widzieć będę i spełniła się obietnica Jego; od onego dnia nie widziałam już drewna, z którego ten krzyż był uczyniony, jeno drogie kamienie, ale nikt inny ich nie widział oprócz mnie (3).

Od chwili, jak mi dano rozkaz robienia takich prób i sprzeciwiania się widzeniom, łaski poczęły na mnie spływać z coraz większą obfitością. Choć starałam się na wszelki sposób uwagę rozerwać, wciąż byłam zajęta Bogiem i we śnie nawet, rzec mogę, nie wychodziłam z modlitwy bogomyślnej. W niej miłość moja coraz wyżej rosła, w niej wylewałam skargi swoje przed Panem na ten gwałt nieznośny, który mi zadawano; nie było w mojej mocy, jakkolwiek chciałam i usilnie się starałam, uchylić się od wciąż przytomnej mi obecności Jego. Mimo to byłam posłuszną o ile mogłam, ale w tym punkcie mało co albo nic nie mogłam. I Pan też nigdy mię nie zwalniał od tego rozkazu; ale zalecając mi bym się do niego stosowała, z drugiej strony uspokajał mię i uczył mię, jak i teraz to czyni, co miałam mówić tamtym i ubezpieczał mię dowodami tak przekonywającymi, że wszelkie trwogi moje znikały.

8. Wkrótce potem począł Pan, jak mi był obiecał, jawniejszymi znakami okazywać, że to On a nie zły duch we mnie działa, mnożąc tak żarliwą miłość Bożą, że sama nie rozumiałam, (s.369) skąd ona powstała; był to dar zgoła nadprzyrodzony, a nie skutek jakiejkolwiek własnej usilności mojej. Widziałam siebie umierającą z pragnienia oglądania Boga, a nie wiedziałam, gdzie szukać tego życia jak chyba w śmierci. Powstawały we mnie wielkie zapały tej miłości, w których, choć nie były tak gwałtowne i nie tak wysokiej ceny jak te, o których na innym miejscu mówiłam, nie wiedziałam przecie co z sobą począć. Żadna rzecz nie mogła zaspokoić żądzy mojej; sama w sobie jakoby nie mogłam się zmieścić i prawdziwie takie miałam uczucie, jak gdyby mi kto duszę wydzierał. O boska zręczności Pana mego! Jakże misternego podejścia używałeś Panie, z nędzną niewolnicą swoją! Ukrywałeś się przede mną, a zarazem przyciskałeś mię miłością swoją, zadając mi rodzaj śmierci tak rozkosznej, że nigdy by dusza z niej ożyć nie chciała.

9. Jaka jest siła tych potężnych zapałów, tego nikt nie zrozumie, kto ich sam nie doświadczył. Nie mają one nic wspólnego z tymi niespokojnymi wzruszeniami serca ani z owymi, zmysłowo pobożnymi uczuciami, które jak to często się zdarza, gwałtownie dobywają się na wierzch, jak gdyby ducha zdławić chciały. Jest to bardzo niskiego rzędu rodzaj modlitwy; należy wystrzegać się tych nieporządnych uniesień, starając się spokojnie powściągnąć je w sobie i w sposób łagodny uciszyć duszę, tak jak się robi z małym dzieckiem, gdy czasem tak się zanosi od płaczu, że zdawałoby się lada chwila się udusi — dać mu się napić, a wnet on płacz niepomierny ustanie. Podobnież i tu rozum powinien trzymać na wodzy te zapędy, by snadź folgując im, nie dał wybujać naturze. Niechaj pilnie ma na nie baczenie, bo słuszna zachodzi obawa, że może w nich być wiele niedoskonałości, może i znaczna przymieszka zmysłowego lubowania się; niech utulą to dziecko cukierkiem i pieszczotą, słodko i łagodnie skłaniając duszę do miłości, a nie przemocą i, jak to mówią, kułakiem w kark. Niechaj dusza uczy się skupić w sobie miłość swoją, aby nie była jak woda w garnku zbyt mocno kipiąca, przelewająca się i pryskająca na wszystkie strony, bo za dużo drwa do ognia nałożono. Niech ujmie drew, niech miarkuje przyczyny, to jest myśli i (s.370) uczucia, z których wybuchł ów płomień gwałtowny, niech stara się zalać go łzami, ale cichymi i słodkimi a nie siłą dobywanymi, jakie zwykle bywają łzy z tych nie poskromionych uczuć się rodzące, a niemałą szkodę czyniące. Nieraz w początkach takie łzy miewałam i zawsze mi po nich zostawał taki zamęt w głowie i takie znużenie ducha, że nazajutrz cały dzień a czasem i dłużej niezdolna byłam wrócić do modlitwy wewnętrznej. Dlatego mówię, że w początkach zwłaszcza wielkiej potrzeba roztropności i miary, aby praca szła cicho i łagodnie, aby duch przyuczał się działać wewnętrznie, a wylewania się na zewnątrz bardzo się wystrzegał.

10. Zupełnie innego rodzaju niż owe wzruszenia pobożne są te zapały, o których tu mówię. Nie my tu drwa podkładamy; raczej, że tak się wyrażę, ogień już gotów i rozniecony, a nas znienacka do niego wrzucają, aby nas płomień objął i pochłonął. Nie własną ręką dusza tu zadaje sobie tę ranę, która tak ją boli, iż rozłączona jest z Panem; ranę tę zadaje jej grot, inną ręką w nią skierowany i przeszywający raz w raz jej wnętrzności i serce, iż od bólu tego sama już nie wie, co jej jest i czego chce. Czuje to dobrze, że Boga jej trzeba, że ostrze grota snadź napuszczone było sokiem cudownego jakiego zioła, iżby dla miłości Pana swego obrzydła samej sobie, ochotnie gotowa życie swoje dla Niego poświęcić. Żadne usta, chociażby najwymowniejsze, nie zdołają wypowiedzieć sposobu, w jaki Bóg tę ranę duszy zadaje, ani tego bólu, jakiego dusza tak zraniona doznaje i srogością jego ściśniona odchodzi od siebie; ale jest to zarazem ból tak słodki, iż nie ma w tym życiu rozkoszy, która by się z tą słodkością jego równać mogła i dusza — jak już mówiłam — rada by ciągle na tę ranę umierać.

11. Taki ból idący w parze z taką chwałą wprawiał mię w zdumienie — nie mogłam pojąć, jak to być może. O jakiż to widok, jaka to tajemnica, taka dusza zraniona! Prawdziwie mówię, w duchowym, przewyższającym znaczeniu zraniona jest strzałą tak przedziwną, z nieba w serce jej godzącą! Widzi jasno, że nie ona to sprawiła, by ta miłość do niej przyszła, że źródłem jej jest miłość nieskończona, którą Pan ją miłuje, że (s.371) z tego boskiego ogniska nagle na nią spadła jedna iskierka i takim ją całą ogniem zapaliła (4). O jakże często, gdy jestem w tym stanie, przychodzą mi na myśl te słowa Dawida: Quaemadmodum desiderat cervus ad fontes aquarum (5). Dosłowny to, zdaje mi się, wyraz tego, co w sobie doznaję.

12. Gdy siła tego zapału opuszcza nieco z gwałtowności swojej, dusza snadź znajduje niejakie uśmierzenie bólu w użyciu umartwienia i pokuty, albo przynajmniej szuka sobie ulgi tą drogą — bo sama nie wie co począć — ale i najsroższego aż do krwi biczowania tak zgoła nie czuje, jak gdyby ciało miała już martwe. Szuka dróg i sposobów, jakby mogła co ucierpieć dla miłości Boga, ale pierwszy ów ból tak jest wielki, iż nie wiem, jaka katusza cielesna zdołałaby go umorzyć; na takie wysokie nadprzyrodzone cierpienie nie ma na tej ziemi lekarstwa! Wszelkie środki ziemskie za niskie są, aby go mogły dosięgnąć. To jedno tylko ból duszy nieco uśmierza i niejaką jej ulgę przynosi, gdy modlitwą zwróci się do Boga i błaga Go o lekarstwo na swoje cierpienie, a innego nie widzi żadnego jeno śmierć, bo wie, że przez nią tylko dostąpi zupełnego posiadania dobra swego. Niekiedy ból do takiej gwałtowności się wzmaga, że już i modlitwa, i wszelka jaka bądź czynność staje się niemożliwa. Wszystko ciało kurczowo się ściąga, ręce i nogi tracą wszelką władzę, stojący już ustać nie może i pada martwy; oddech nawet ustaje i z piersi tylko dobywają się jęki, słabe na pozór, bo głos zamiera, ale wewnętrznie bardzo silne od bólu, który się nimi objawia.

13. W tym stanie będąc z łaski Pana, miałam kilka razy takie widzenie: widziałam anioła, stojącego tuż przy mnie z lewego boku, w postaci cielesnej. W taki sposób nigdy nie widuję aniołów, chyba bardzo rzadkim wyjątkiem. Choć często mi się ukazują, nigdy przecie nie widzę ich inaczej, jeno owym pierwszym rodzajem widzenia, o którym mówiłam, to jest widzeniem zgoła wewnętrznym, umysłowym. W tym widzeniu (s.372) jednak tak się podobało Panu, że anioł mi się zjawił w postaci widomej. Nie był wysokiego wzrostu, mały raczej a bardzo piękny, z twarzy jego niebieskim zapałem płonącej znać było, że należy do najwyższego rzędu aniołów, całkiem jakoby w ogień przemienionych. Musiał być z rzędu tych, których zowią cherubinami, bo nazwiska swego żaden mi nie wymienia. Ale to widzę jasno, że taka jest w niebie różnica między jednymi aniołami a drugimi, i tymi znowu a innymi, że jej i wyrazić nie zdołam. Ujrzałam w ręku tego anioła długą włócznię złotą, a grot jej żelazny u samego końca był jakoby z ognia. Tą włócznią, zdało mi się, kilkoma nawrotami serce mi przebijał, zagłębiając ją aż do wnętrzności. Za każdym wyciągnięciem włóczni miałam to uczucie, jakby wraz z nią wnętrzności mi wyciągał, tak mię pozostawił całą gorejącą wielkim zapałem miłości Bożej. Tak wielki był ból tego przebicia, że wyrywał mi z piersi one jęki, o których wyżej wspomniałam, ale taką zarazem przewyższającą wszelki wyraz słodkość sprawia mi to niewypowiedziane męczeństwo, że najmniejszego nie czuję w sobie pragnienia, by ono się skończyło i w niczym innym dusza moja nie znajduje zadowolenia jeno w Bogu samym. Nie jest to ból cielesny ale duchowy, chociaż i ciało niejaki, owszem, nawet znaczny ma w nim udział, ale taka mu towarzyszy słodka, między duszą a Bogiem wymiana oznak miłości, że jej opisać nie zdołam, tylko Boga proszę, aby w dobroci swojej dał zakosztować jej każdemu, kto by mnie nie wierzył (6).

14. Ile razy miałam to widzenie, chodziłam cały dzień jakby nieprzytomna; nie chciało mi się na nic patrzeć ani z nikim mówić, a tylko lubować się męką swoją, którą poczytywałam sobie za chwałę większą nad wszystko, cokolwiek może być chwały i wielkości w całym stworzeniu. (s.373) Zdarzyły mi się kilka razy te widzenia w czasie, gdy podobało się Panu zesłać na mnie takie wielkie i niepowstrzymane zachwycenia, że nawet będąc między ludźmi, nie mogłam im się oprzeć, skutkiem czego z wielką przykrością moją poczęły one dochodzić do wiadomości wszystkich.

Od czasu jak miewam te zachwycenia, nie tyle już doświadczałam tego bólu, ile raczej owego drugiego, o którym mówiłam wyżej — nie pamiętam już, w którym rozdziale (7) — a który w wielu rzeczach bardzo się różni od tego i wyższą ma wartość. Ten zaś ból, o którym w tym rozdziale była mowa, teraz trwa krótko. Zaledwie się zacznie, a już Pan porywa duszę i przenosi ją w stan zachwycenia, za czym już czasu i miejsca nie staje na ból i cierpienie, bo zaraz następuje rozkosz używania.

Chwała bądź Jemu na wieki, iż takie wielkie łaski czyni istocie, tak źle odpowiadającej nieskończonym dobrodziejstwom Jego!

 

ROZDZIAŁ 30

Podejmuje na nowo przerwane opowiadanie swego życia i jak Pan zaradził w znacznej części jej utrapieniom, sprowadzając do miejsca jej zamieszkania świętego męża, Piotra z Alkantary, z zakonu św. Franciszka. — O wielkich pokusach i udręczeniach wewnętrznych, jakich w tym czasie doznawała.

 

1. Jakkolwiek widziałam, że mało albo na nic nie zdadzą się wszystkie moje usiłowania i starania o zapobieżenie tym moim tak gorącym zapałom, nie bez obawy jednak im ulegałam. Nie mogłam tego zrozumieć, jakim sposobem cierpienie może iść w parze z zadowoleniem. Że przy cierpieniu fizycznym może być zadowolenie duchowe, o tym wiedziałam; ale takie niezmierne cierpienie duchowe w połączeniu z taką (s.374) nieopisaną słodkością i weselem, to mi się nie mieściło w głowie.

Nie zaprzestawałam jednak nakazanej mi usilności w sprzeciwianiu się widzeniom; ale próżne były moje starania, tylko męczyły mię nieraz aż do zniemożenia. Uzbrajałam się w krzyż, chcąc się nim bronić od Tego, który przez krzyż stał się nam wszystkim zbawieniem i obroną. Widziałam, że nikt mnie nie rozumie; ale choć było mi to zupełnie jasne, nie śmiałam przecie z tym się odzywać przed nikim, z wyjątkiem jednego tylko spowiednika; mówić bowiem to drugim, byłoby mi poczytane, i tym razem słusznie, za rzeczywisty brak pokory.

2. Podobało się Panu w tym czasie zaradzić po części — a później i zupełnie — utrapieniom moim, sprowadzając w to miejsce błogosławionego Piotra z Alkantary, o którym wyżej już wspomniałam, przytaczając niektóre szczegóły o umartwieniach jego (1). Między innymi jeszcze dowiedziałam się od takich, którzy na pewno o tym wiedzieć mogli, że przez dwadzieścia lat nosił w miejsce włosiennicy pancerz blaszany, nigdy go nie zdejmując. Napisał w narzeczu kastylijskim książeczki o modlitwie, powszechnie dzisiaj używane, bo ułożone przez tak doświadczonego mistrza modlitwy wewnętrznej, bardzo są pożyteczne dla każdego, kto się temu świętemu ćwiczeniu oddaje. Zachowywał w całej surowości pierwotną Regułę świętego Franciszka, pełniąc nadto takie nadzwyczajne uczynki pokutne, jak je wyżej opisałam.

3. Wdowa ona, godna służebnica Boża i przyjaciółka moja (2), o której na innym miejscu mówiłam, dowiedziawszy się o przybyciu do miasta tak wielkiego męża, chciała koniecznie, bym się z nim zobaczyła. Wiedziała w jakiej jestem potrzebie, bo była świadkiem utrapień moich i wielką mi w nich niosła pociechę. Pełna żywej wiary nie mogła nie być przekonana, że to, co wszyscy przypisywali we mnie duchowi złemu, jest sprawą ducha Bożego. Przy bardzo zdrowym sądzie o rzeczach, była dziwnie powściągliwa w mowie i umiała dochować (s.375) sekretu; a jako w ogóle Pan użyczał jej wielu łask na modlitwie, tak i co do moich przejść wewnętrznych podobało się boskiej łaskawości Jego oświecić ją i dać jej zrozumienie tego, czego zrozumieć nie mogli uczeni. Spowiednicy moi pozwalali mi znosić się z nią i szukać sobie u niej ulgi w niektórych zdarzeniach, bo ze wszech miar przypadała mi do serca. Jej też niekiedy dostawał się udział w łaskach, jakie mi uczynił Pan, gdyż nieraz otrzymywałam od Niego dla udzielenia jej przestrogi i wskazówki, dla jej duszy wielce pożyteczne.

Gdy tedy dowiedziała się o jego przybyciu, dla ułatwienia mi bliższych z nim kontaktów, nie uprzedzając mię, wyjednała dla mnie u Prowincjała mego pozwolenie na przebywanie tydzień w jej domu. U niej więc, jak również kilka razy w kościele miałam długie z tym mężem świętym rozmowy, za ową pierwszą jego w mieście naszym bytnością; ale i później jeszcze w różnych czasach dane mi było często z nim się znosić. Miałam zawsze ten zwyczaj, że przed tymi, którym powierzam duszę swoją, otwieram się z wszelką szczerością i jasnością. Wszelkie, nawet pierwsze poruszenia moje chciałam, by im były wiadome, a z rzeczy wątpliwych albo podejrzanych oskarżam się, nie oszczędzając siebie. Tu więc, z największą na jaką mię stać było jasnością, wyznałam temu słudze Bożemu cały w krótkości przebieg życia swego i sposób zachowania się na modlitwie, słowem, bez żadnych omówień, i niczego nie tając, odkryłam przed nim całą duszę swoją.

4. Od razu prawie uczułam, że mię rozumie przez doświadczenie własne. I tego właśnie najwięcej mi było potrzeba, bo wówczas jeszcze nie miałam tej łaski, której Bóg później mi użyczył, bym potrafiła rozumieć, jak teraz rozumiem i wyraźnie opisać łaski, jakimi mię boska dobroć Jego obdarza. Potrzeba mi więc było takiego, który by sam na sobie tych przejść doświadczył, aby mię w zupełności zrozumiał i mógł mi objaśnić, co o nich mam trzymać. Oświecił mię takim światłem, jakiego nigdy przedtem nie miałam. Do tej chwili widzenia, jakie miewałam, zwłaszcza te wewnętrzne i umysłowe, i te drugie w wyobraźni, które oglądałam oczyma duszy, były dla (s.376) mnie rzeczą niepojętą. Nie mogłam żadną miarą zrozumieć możliwości takich objawień; zdawało mi się — jak mówiłam — że tylko te, które się przedstawiają oczom ciała, mogą się poczytywać za prawdziwe widzenia, a takich nie miewałam.

5. Dopiero ten mąż święty zupełnie mię oświecił i wszystko mi wytłumaczył. Upewnił mię, że nie mam czego się bać, ale raczej winnam dziękować Bogu, że widzenia moje tak niezawodnie są sprawą ducha Bożego, iż po artykułach wiary nie ma prawdy pewniejszej i w którą bym mocniej wierzyć mogła. Bardzo był ze mnie pocieszony, wielką mi łaskawość i przychylność okazywał i odtąd zawsze miał pieczę o mnie i zwierzał mi się z wielu rzeczy i wewnętrznych spraw swoich. Wielką znajdował przyjemność w tym duchowym obcowaniu, widząc we mnie takie stanowcze i gorące — jak mi je dawał Pan — pragnienia i taką odwagę do podjęcia podobnych rzeczy, jakie on już czynem wypełniał. Bo kogo Pan do tego wysokiego stanu podniesie, dla tego nie ma większej przyjemności i pociechy nad tę, gdy spotka się z drugą duszą, w której by widział początki takich łask, jakie sam otrzymał od Boga. We mnie naówczas chyba mało co więcej było nad pierwsze ich początki, a dałby Bóg, abym i dzisiaj choć tyle ich posiadała.

6. Serdecznie ubolewał nad strapieniem moim. Mówił mi, że jednym z największych cierpień, jakie mogą być na tej ziemi, jest właśnie to, co ja cierpię, to jest przeciwieństwo od ludzi cnotliwych. Zapowiedział mi, że jeszcze wiele utrapień mię czeka, gdyż będąc w ciągłej potrzebie pomocy duchowej, nie mam w tym mieście nikogo, kto by mię rozumiał. Obiecał jednak, że pomówi o mnie ze spowiednikiem moim a także z jednym z tych, którzy najwięcej mię dręczyli, to jest z owym panem, przyjacielem moim, o którym w swoim miejscu mówiłam. On to, właśnie dlatego, że był mi bardzo życzliwy, najsroższą mi wojnę wydawał, bo mając duszę pobożną ale bojaźliwą, nie mógł temu dać wiary, bym mogła być podniesiona do stanu tak wysokiego, kiedy przedtem znał mię tak niecnotliwą. Jakoż dotrzymując swej obietnicy, mąż święty (s.377) miał rozmowę z obydwoma, skutecznymi dowodami przekonywa jąć ich, że obawy ich nie mają słusznej podstawy i że powinni już dać mi spokój. Spowiednik mój nie bardzo tego potrzebował, aby go jeszcze przekonywano, nie tak on pan, którego nawet taka powaga nie zdołała całkiem uspokoić, ale tyle przynajmniej dokazała, że już nie tak bardzo mię straszył.

7. Umówiliśmy się, że będę do niego pisywała i donosiła mu co się dalej ze mną wydarzy, i że usilnie będziemy siebie wzajemnie polecali Bogu, bo taka była jego pokora, że przywiązywał jakąkolwiek wartość do modlitw takiego nędznego, jakim ja jestem stworzenia, co mię mocno zawstydzało. Rozstałam się z nim niezmiernie zadowolona i pocieszona, zwłaszcza tym upewnieniem jego, bym bezpieczniej dalej oddawała się modlitwie i nie wątpiła o tym, że to, co się dzieje we mnie, od Boga pochodzi. W razie zaś jakiej wątpliwości radził mi, bym ją dla większego upewnienia siebie wyznała spowiednikowi, a potem była spokojna.

Z tym wszystkim jednak, ponieważ Pan prowadził mię drogą bojaźni, nie mogłam się zdobyć na zupełne i niezachwiane uspokojenie, tak samo jak gdy mi mówiono, że diabeł mię zwodzi, nie mogłam temu dać wiary i naprawdę podzielać strachy straszących mię. Tak więc ani ci, którzy wzniecali we mnie obawy, ani ci, którzy mię do ufności pobudzali, nie mogli dokazać tego, bym zdołała większą słowom ich dawać wiarę, nad tę, jaką Pan dawał do duszy mojej. Choć więc on mąż święty uspokoił mię i pocieszył, nie tyle jednak mu uwierzyłam, bym już zupełnie była bez bojaźni, zwłaszcza, gdy Pan dopuszczał na mnie pewne udręczenia wewnętrzne, o których zaraz mówić będę. Na ogół wszakże — powtarzam — wielką ten święty sługa Boży pozostawił we mnie pociechę i uspokojenie. Nieustanne czyniłam dzięki Bogu i chwalebnemu ojcu mojemu, świętemu Józefowi, bo on to jak byłam przekonana, sprowadził do nas tego męża świętego, jako generalnego komisarza kustodii (3) tutejszej, pod jego wezwaniem zostającej. (s.377) Jemu i Najświętszej Pannie Maryi zawsze się gorąco polecałam.

8. Zdarzało mi się nieraz — i teraz jeszcze, choć rzadziej się zdarza — tak srogie cierpieć w duszy udręczenia w połączeniu z tak wielkimi boleściami i tak srogimi mękami w ciele, że nie wiem co z sobą począć.

Same bóle fizyczne, choć bardzo ciężkie, jakich w innych czasach doświadczałam, gdy nie było przy nich tych ucisków wewnętrznych, bardzo ochotnie i z weselem ducha znosiłam, ale gdy te cierpienia razem się zeszły, była to męka taka, że mię prawie do ostateczności przyprowadzała. Wszystkie łaski, jakich mi przedtem Pan udzielił, zacierały się wówczas w mej pamięci; pozostawało mi tylko mgliste wspomnienie jakby snu przebytego, które tylko przymnażało udręczenia. Rozum tak miałam zaciemniony, że wpadłam w niezliczone wątpliwości i obawy. Zdawało mi się, że tych przejść i widzeń swoich nie umiałam zrozumieć; może się tylko łudziłam; dość tego, że sama się oszukałam, bym miała jeszcze oszukiwać uczciwych ludzi. Taka wydawałam się samej sobie zła i przewrotna, że wszystkie nieszczęścia i klęski, jakie kiedy przyszły na ludzi i wszystkie herezje, jakie kiedy na świecie powstały, przedstawiały mi się jako naturalny skutek grzechów moich.

9. Była to pokora fałszywa i czartowski wynalazek na zatrwożenie duszy mojej i popchnięcie jej, jeśliby popchnąć się dała, do rozpaczy. Nie mówię tego na domysł, ale z długiego doświadczenia własnego; bo teraz, gdy szatan widzi, żem się poznała na tej zdradzie jego, już mię nie tak często dręczy w ten sposób, jak to przedtem uczynił. Że ta rzekoma pokora jest sprawą złego ducha, to jasno widać z całego jej przebiegu: zaczyna się od niepokoju, zamieszania wewnętrznego i przez cały czas trwania swego trzyma duszę w nieustannym zamęcie, sprawia w niej ciemności i gnębiący smutek, oschłość i niesmak do modlitwy i do wszelkich uczynków dobrych. Dusza pod jej naciskiem, rzekłbyś dusi się i ciało jest jakby skrępowane i do niczego niezdolne. Prawdziwa pokora przeciwnie, choć jasno stawia przed oczy duszy nędzę jej, nad nią boleje, złości swoje (s.379) tak samo jak tamta w najciemniejszych barwach sobie maluje i prawdziwiej niż tamta je czuje, nie prowadzi przecie za sobą zamieszania wewnętrznego ani niesmaku, ani ciemności, ani oschłości, ale owszem, całkiem na odwrót, przynosi duszy wesele, pokój, słodkość i światło. Jest w niej ból, ale ból ten z drugiej strony duszę pociesza, gdy widzi, jak wielką łaskę Bóg jej czyni, sprawując w niej ten ból i jak wielki z niego pożytek. Głęboki żal ją kruszy, iż obraziła Boga, ale z drugiej strony serce jej się rozszerza na wspomnienie o miłosierdziu Jego. Jasno widzi siebie, jaką jest i wstydzi się samej siebie, a zarazem wysławia łaskawość Boga, iż tak długo ją znosił. W tamtej rzekomej pokorze, którą sprawuje zły duch, nie masz dla duszy światła do niczego dobrego; Boga przedstawia jej groźnego, tępiącego wszystko ogniem i krwią. Stawia jej przed oczy samą tylko sprawiedliwość, a chociaż dusza i wówczas wierzy, że jest i miłosierdzie, bo tej władzy diabeł nie ma, by jej odebrał wiarę, ale sposób w jaki je widzi, nie zdoła jej pocieszyć, przeciwnie, wielkość tego miłosierdzia, im jaśniej je poznaje, tym bardziej jeszcze ją udręcza, bo tym jaśniej w świetle jego widzi, jak wiele winna jest Bogu.

10. Ten wynalazek diabelski jest jednym z najsubtelniejszych i najskrytszych, a dla duszy najboleśniejszych podstępów, jakich kiedy od złego ducha doznałam. Mówię też o nim dla przestrogi waszej miłości, abyś, jeśliby nieprzyjaciel z tej strony cię kusił, miał niejakie światło ku poznaniu go, jeśli jeszcze pozostawi ci umysł swobodny, abyś go poznać zdołał. Bo nie sądź, Ojcze, by nauka i wiedza tu na wiele się przydały; ja chociaż zgoła jej nie posiadam, przecie skoro otrząsnęłam się z tej pokusy, zrozumiałam, że jest to czcza mara. Zrozumiałam, że stało się to z woli i dopuszczenia Pana, że pozwolił diabłu kusić mię, jak dopuścił mu kusić Joba, choć — jako nędzną i grzeszną — nie pozwolił, by mię kusił z taką jak Joba srogością.

11. Raz, pamiętam, zdarzyło mi się to w dzień przed pierwszymi nieszporami Bożego Ciała, a jest to uroczystość, do której szczególne mam nabożeństwo, choć nie tak gorące (s.380) jakby należało. Tym razem trwało to tylko do dnia samego święta; ale w innym czasie napaści trwają cały tydzień, dwa i trzy tygodnie, albo może jeszcze i dłużej. Szczególnie też zdarzało mi się to w tygodniu Męki Pańskiej i w Wielkim Tygodniu, kiedy właśnie z największą rozkoszą zwykłam oddawać się modlitwie wewnętrznej. Nagle zły duch opanowuje rozum myślami nieraz tak błahymi, że w innym czasie śmiałabym się z nich, i trzyma go jakby omotanego we wszelkie błazeństwa, jakie zechce mu poddać, i duszę tak spętaną, iż nie jest panią siebie ani zdolną pomyśleć cokolwiek bądź dobrego. Przedstawia jej same tylko fraszki i niedorzeczności bez sensu ni związku, ni przypiął, jak to mówią, ni przyłatał, a które nawałem swoim tak plączą i jakoby dławią duszę, iż wydobyć się z nich nie może. Nieraz, przyznaję, takie miałam uczucie, jak gdyby czarci bawili się duszą moją jak piłką, rzucając nią i odrzucając tam i sam, a żadnego nie zostawiając jej wyjścia, którędy by się z rąk ich wyrwała. Trudno wyrazić, jakie dusza w tym stanie męki cierpi. Szuka na wszystkie strony ratunku, a Bóg nie dopuszcza, by go znalazła. Jedna tylko jej pozostaje świadomość wolnej woli swojej, ale i ta jest niejasna, jak gdyby miała oczy przysłonięte, podobna jest wówczas do człowieka, który w ciemności nocnej idąc drogą niebezpieczną, cały jednak z niej wyszedł dlatego, że często chodził nią za dnia i pamięta, gdzie są miejsca trudniejsze i gdzie stąpić nogą, aby przepaść ominął. Tak i dusza w tym stanie omija przepaść obrazy Bożej, nie tyle świadomym siebie zastanowieniem się, do którego wówczas mało jest sposobna, ile raczej jakby instynktownie i skutkiem nabytego już cnotliwego nałogu wystrzegania się grzechu, nie mówiąc już o tym co główne i najważniejsze, że Pan ją trzyma i strzeże.

12. Wiara w takich chwilach, podobnie jak i inne cnoty, martwa jest i uśpiona, choć nie całkiem zagasła. Dusza wierzy zawsze w to, czego uczy Kościół, ale jakoby usty tylko, a z drugiej strony czuje się wewnątrz ściśniona i odrętwiała, tak iż znajomość Boga i rzeczy Bożych dochodzi do niej tylko jakby (s.381) jakieś dźwięki dalekie. Miłość podobnież tak w niej jest oziębła, że gdy jej mówią o Bogu, słucha wprawdzie i wierzy, że tak jest, bo tak Kościół naucza, ale tego, co przedtem sama czuła dla Boga, zgoła nie pamięta. Pójść na modlitwę albo schronić się na samotność większego tylko dodaje jej ucisku, bo wszędy nosi z sobą i czuje w sobie prawdziwie nieznośne udręczenie, a przyczyny jego dojść nie może. Jest to, jak sądzę, słaby ale wierny obraz piekła, i tak jest w istocie. Pan sam raczył mi to objawić w widzeniu. Dusza czuje w sobie ogień, który ją pożera, a nie wie kto i skąd go wzniecił, ani jak się przed nim schronić, ani jak ugasić. Jeśli dla ulżenia sobie weźmie książkę do ręki, tak nic jej nie rozumie, jakby czytać nie umiała. Raz, pamiętam, otworzyłam żywot któregoś Świętego, próbując czy mi nie trafi do serca i czy nie odniosę jakiej pociechy z opisu cierpień sługi Bożego, otóż czteroma czy pięcioma nawrotami odczytując kilka zaledwie wierszy, mniej jeszcze rozumiałam na końcu niż z początku, choć książka pisana była w języku hiszpańskim. Ostatecznie musiałam ją odłożyć. Zdarzyło mi się to wiele razy, ale ten raz szczególnie utkwił mi w pamięci.

13. Gorzej jeszcze próbować szukania sobie ulgi w rozmowie z drugimi, bo diabeł takie w tobie nieci uczucia niechęci, kwasu i goryczy, że zda się chciałbyś wszystkich zjeść; i nic na to poradzić nie zdołasz, tylko przy wszelkiej usilności ledwo powściągnąć możesz wybuchy tej niechęci, czyli raczej Pan sam, gdy jesteś w tym stanie, trzyma cię ręką swoją, abyś nie powiedział albo nie uczynił czego, co byłoby z ujmą dla bliźniego i z obrazą Boga.

Co do spowiedzi zaś powiem szczerze, jaka mię najczęściej spotykała na niej pociecha. Ci, którzy mię wówczas spowiadali i dotąd spowiadają, są to bez wątpienia ludzie bardzo świątobliwi; mimo to jednak, gdym do nich przychodziła, słyszałam od nich słowa i strofowania tak ostre, że sami potem — gdym im to przypominała, sobie się dziwili tłumacząc się, że nie było w ich mocy inaczej do mnie mówić; że jakkolwiek mocno sobie postanawiali na przyszły raz powstrzymać się od tego łajania, (s.382) a widząc mię w takich męczarniach na duszy i na ciele, litowali się nade mną i chcieli mię pocieszyć, i przyjąć z dobrocią, to jednak gdy przychodziło do rzeczy, mimo woli i niespostrzeżenie znowu w ten sam sposób ze mną się obchodzili. Nie były to słowa złe — w tym znaczeniu, by obrażały Boga — ale były to niezawodnie słowa najtwardsze i najprzykrzejsze, jakie można usłyszeć od spowiednika. Chcieli zapewne zadać mi zbawienne umartwienie, i ja też w innym czasie gotowa byłabym znieść je z weselem, ale wówczas wszystko było dla mnie męką.

Nieraz nachodziła mię myśl, że istotnie ich oszukuję, szłam wtedy do nich, i ostrzegałam ich jasno, by się mieli ze mną na baczności, bo bardzo być może, że ich w błąd wprowadzam. Czułam dobrze, że umyślnie i świadomie nigdy bym tego nie uczyniła ani za nic nie zgodziła się na kłamstwo; ale wszystkiego się bałam. Jeden z nich, widząc wyraźnie, że to tylko pokusa, powiedział mi kiedyś, bym o to była spokojna, że choćbym sama chciała oszukiwać, on się nie da oszukać. Bardzo mię to zapewnienie jego pocieszyło.

14. Czasem — w przeważającej większości wypadków, choć nie zawsze — po przyjęciu Komunii albo i w samej już chwili przystąpienia do niej, nagłej doznawałam ulgi i tak zdrową się czułam na ciele i na duszy, że nadziwić się takiej zmianie nie mogłam. Snadź za wnijściem tego Boskiego Słońca pierzchały wszystkie ciemności duszy mojej i jasno mi się ukazywała marność tych strachów i udręczeń, w jakich przedtem zostawałam. Innymi razy — jak już mówiłam (4) — od jednego słowa takiego jak: Nie smuć się; nie bój się, usłyszanego z ust Pana, z towarzyszącym mu widzeniem albo i bez widzenia, zupełny spokój i pogoda wracały do duszy mojej, jak gdybym nigdy nic nie była ucierpiała. Wówczas rozkoszowałam się w Bogu. Żaliłam się Mu, że pozwala na to, bym takie męki cierpiała. Cierpienia te jednak sowicie mi się opłacały, bo prawie zawsze następowała po nich wielka hojność łask. Widocznie, jak sądzę, (s.383) dusza w tych cierpieniach oczyszcza się jak złoto w ogniu, wychodzi z nich więcej uduchowiona i jakby już uwielbiona, to jest zdolniejsza oglądać Boga w samej sobie. I wszelkie utrapienia, choć zdawałyby się nieznośne, już dla niej są drobnostką. Pragnie na nowo i więcej jeszcze ich ucierpieć, jeśli ma z nich być większa chwała Pana. I jakkolwiek by wielkie na nią przyszły uciski i prześladowania, jeśli jeno je znosi bez obrazy Boga, radując się owszem, że je cierpi dla Niego, wszystko w tym większy zysk jej się obraca; tylko że ja nie tak je znoszę, jak je znosić należy, lecz bardzo niedoskonale.

15. Są znowu okresy, kiedy doznaję innego rodzaju cierpienia. Zdaje mi się, że straciłam wszelką możność zdobycia się na jakąkolwiek myśl dobrą albo dobre pożądanie; czuję się na ciele i na duszy niepożyteczną do niczego i ociężałą. W takich jednak chwilach nie miewam tamtych, o których wyżej mówiłam pokus i niepokojów, tylko pewien, nie wiadomo skąd niesmak ogólny, w którym dusza miejsca sobie znaleźć nie może. Starałam się wówczas ze wszystkich sił zajmować jakimi bądź dobrymi uczynkami zewnętrznymi; jasno wszakże widziałam w tym stanie, jaka jest niemoc i nieudolność duszy, gdy łaska się ukryje. Nie bardzo jednak nad nim cierpiałam, bo widok takiej nędzy i niskości mojej poniekąd mi przyjemność sprawiał.

16. Czasem jeszcze zdarza mi się, że nawet na samotności nie jestem zdolna uważnie i statecznie myśli zatrzymać ani na Bogu, ani na jakiej bądź rzeczy dobrej, ani rozmyślania odprawić jak należy; ale tu zdaje mi się, przyczyna takiej niezdolności mojej jest mi wiadoma. Rozumiem, że przeszkadza mi tu wyobraźnia i rozum; bo wola jest dobra, zdaje mi się, i do wszystkiego dobrego gotowa, ale ten rozum taki jest zapamiętały, że miota się i rzuca na kształt furiata, którego nikt nie potrafi poskromić; nie jest w mocy mojej utrzymać go, by cicho siedział choć na długość jednego Wierzę. Czasem śmieję się z niego i dla lepszego poznania nędzy swojej puszczam go na wolę jego, i patrzę za nim, co też będzie dokazywał. (s.384) I — dzięki Bogu — nigdy się nie zwróci do rzeczy złych, tylko błąka się po obojętnych, co wypadnie uczynić tu i ówdzie. Wówczas widzę na oczy, jaką niezmiernie wielką łaskę czyni mi Pan, gdy tego szaleńca trzyma na uwięzi i przenosi mię w stan doskonałej kontemplacji, myślę też sobie, co by powiedzieli o mnie ci, którzy mię mają za dobrą, gdyby mogli zajrzeć we mnie i ujrzeli mię w takim obłędzie. Żal mi serdecznie biednej duszy, zmuszonej żyć w takim złym towarzystwie. Pragnęłabym widzieć ją na wolności i nieraz tak się modlę: “Kiedyż, o Boże mój, dojdę do tego, bym widziała całą duszę swoją zajętą jedynie wysławianiem Ciebie, by wszystkie jej władze cieszyły się Tobą? Nie dopuszczaj Panie, bym dłużej jeszcze żyła tak rozerwana, jakby na cząstki i by każda część tak niemal rozchodziła się w inną stronę”. Tego cierpienia doznaję bardzo często, nieraz — rozumiem to dobrze — i złe zdrowie moje bardzo się do tego przyczynia. Gorzko tu mi się przypomina szkoda, jaką nam wyrządził grzech pierworodny, bo z tego źródła snadź pochodzi ona niesposobność nasza do cieszenia się całą duszą takim dobrem nieskończonym. Ale u mnie pochodzi ona bez wątpienia i z własnych grzechów. Gdybym nie była tyle nagrzeszyła, miałabym snadź więcej statku w dobrym.

17. Oto jeszcze jedno strapienie moje i nie najmniejsze. Naczytawszy się wielu książek, traktujących o modlitwie wewnętrznej i rozumiejąc, zdawało mi się, wszystko co w nich czytałam, sądząc nadto, że przy łaskach, jakich mi użyczył Pan, już ich nie potrzebuję, zaniechałam ich, czytając już tylko żywoty Świętych, których przykłady, gdy znajduję siebie tak daleką od tej doskonałości, z jaką oni służyli Bogu, pobudzają mię, zdaje mi się, do dobrego i ducha mi dodają.

Otóż wydawało mi się to wielkim brakiem pokory, bym będąc taka, jaką się być znam, miała uważać siebie za wyniesioną na taki wysoki stopień modlitwy, a nie mogąc jednak zataić przed sobą, że tak jest, wielkie stąd utrapienie miałam, aż dopiero ludzie uczeni, a szczególnie błogosławiony Piotr z Alkantary nauczyli mię, że się o to trapić nie powinnam. (s.385) Dobrze to widzę, że służyć Bogu naprawdę jeszcze nie zaczęłam — chociaż On w boskiej hojności swojej obsypuje mię łaskami, jakie zwykł dawać tylko najlepszym. — Widzę, że jestem chodzącą niedoskonałością, i nic nie mam prócz dobrych pożądań i prócz tego, że Go miłuję, bo w tym względzie przyznać muszę, że Pan użyczył mi łaski tyle, iż mogę Mu choć w czym małym usłużyć. Mam pewną świadomość tego, że Go miłuję, ale uczynki moje nie cieszą mnie. Zasmuca mię to mnóstwo niedoskonałości, jakie widzę w sobie.

18. Czasem znowu opada mię — szczerze mówię — jakieś ogłupienie duszy. Zdaje mi się, że nic nie robię ani dobrze, ani źle, tylko ciągle za tłumem, jak to mówią, bez pracy ni płacy; że nic mnie nie obchodzi ani życie, ani śmierć, ani przyjemność, ani przykrość — słowem, że jestem jak drewno bez czucia. Dusza moja w tym stanie wydaje mi się jakby osiołek na paszy, żyje i rośnie, bo mu dają jeść, ale sam tego jakoby nie czuje; tak i dusza w tym stanie nie może bez wątpienia być bez paszy wielkich łask Bożych, skoro życie, choć żyje tak nędznie, jej nie ciąży i spokojnie je znosi — ale żadnych nie czuje w sobie poruszeń ani skutków, po których mogłaby poznać co się w niej dzieje.

19. Zdaje mi się teraz, że dusza w takim stanie, bez jasnej świadomości siebie łaską żyjąca i postępująca, podobna jest do okrętu płynącego na morzu przy łagodnym i pomyślnym wietrze; dużo taki okręt drogi zrobi, a jednak ledwo czuć, że się naprzód porusza. Skutki łaski bywają tutaj tak potężne, że dusza jakoby tejże chwili widzi postęp swój; natychmiast poczynają w niej kipieć święte żądze, i nigdy jej i największej rzeczy nie dosyć. To mają do siebie owe wielkie zapały miłości, o których było wyżej, gdy Bóg ich raczy duszy użyczyć. Jest ona wówczas na kształt tych źródełek, które nieraz widziałam tryskające, które bez przestanku dobywając się spod ziemi, wraz z wodą i piasek w górę podrzucają. Porównanie to, zdaniem moim, żywo oddaje to, co się dzieje w duszy do tego wysokiego stanu podniesionej. Nieustannie kipi w niej miłość, nieustannie rwie się do czynu; nie może wytrzymać (s.386) bezczynnego zamknięcia w sobie, podobnie jak woda owego źródła nie może wytrzymać pod ziemią, ale ją podrzuca siłą się dobywając. Pod ciśnieniem tej miłości, która ją porywa, dusza taka prawie nigdy nie daje sobie pokoju i zmieścić w sobie nie może. Sama napojona z tego źródła miłości, z którego pije do woli, pragnęłaby aby z niej pili i inni i pomagali jej chwalić Boga. O, ileż razy przychodzi mi tu na myśl owa woda żywa, o której Pan mówił do Samarytanki! Jakże kocham ten fragment Ewangelii! Jeszcze dzieckiem będąc, choć nie rozumiałam wówczas, tak jak dziś rozumiem, głębokiego jej znaczenia, błagałam Pana po wiele razy, aby mi dał tej wody, i później też wszędzie gdziekolwiek przebywałam, miałam przy sobie obraz, przedstawiający tę tajemnicę, a pod nią wypisane te słowa Samarytanki do siedzącego przy studni Zbawiciela: Domine, da mihi aquam (5).

20. Miłość ta podobna jest również do wielkiego ognia, któremu aby nie zgasł, potrzeba wciąż nowego pożywienia. Dusza taka rada by, cokolwiek by ją to kosztować miało, zewsząd znosić drwa, aby ten ogień nie ustał. Co do mnie, poprzestałabym na tym, bym mogła do niego dorzucać choć słomy i często też nie mam nic lepszego. Czasem śmieję się z tego ubóstwa swego, czasem gorzko nad nim boleję. Popęd wewnętrzny nagli mię, bym czymkolwiek przysłużyła się Panu — a ponieważ mię nie stać na więcej, ubieram więc obrazy w zieleń i kwiaty, zamiatam i sprzątam w kaplicy i inne tym podobne spełniam posługi, tak małe i błahe, że mnie aż wstyd. Choć zadam sobie jaką pokutę, jaka to mała rzecz, że i wspomnieć o niej nie warto, i gdyby nie to, że Pan przyznaje wartość niejaką dobrej woli, rzecz sama, dobrze to widzę, żadnej nie ma wartości, i sama pierwsza z siebie się śmieję. Niemałe to cierpienie dla duszy, której Bóg w dobroci swojej tego ognia miłości swojej hojnie udzieli, gdy nie staje jej potem siły ciała, aby mogła co uczynić dla Niego. Boleść to bardzo (s.387) wielka: umiera z obawy, by ten piękny ogień nie zgasł, a nie ma siły na to, aby mogła drew nanieść do niego i płomień jego utrzymać! Wówczas, sądzę, sama w sobie gore, na popiół się spala, we łzach się rozpływa i w ogniu własnym niszczeje. Jest to sroga męka, choć zarazem i słodka.

21. Ma doprawdy za co nieskończone dzięki czynić Bogu ta dusza, której Pan, wyniósłszy ją do tego stanu, daje siły odpowiednie do czynienia pokuty, zdolności, naukę i swobodę do przepowiadania słowa Bożego, do słuchania spowiedzi, do pociągania dusz do miłości i służby Bożej. Nie wie ona zaiste i nie rozumie, jaki to skarb nieoceniony posiada, jeśli sama nie doznała i nie zakosztowała, co to znaczy i jak to boli, wciąż otrzymywać niezliczone łaski od Pana, a nic nie móc uczynić dla służby Jego. Niech będzie błogosławiony za wszystko i niechaj Mu wieczną chwałę oddają Aniołowie, amen.

22. Nie wiem, czy to dobrze, że tyle tu opowiadam drobnych szczegółów. Ale ponieważ wasza miłość znowu mi przysłałeś polecenie, bym się nie lękała zbytniego rozszerzania się i niczego nie opuszczała, więc jasno i szczerze spisuję wszystko, co pamiętam. Nie będzie bez tego, że i tak wiele rzeczy pominę; bo do zupełnej dokładności trzeba by dużo czasu, którego, jak mówiłam, mam tak mało, a może jeszcze z tej straty czasu nie byłoby żadnego pożytku.


Przypisy do rozdziału 29

(1) Według Graciána był to Gonzalo de Aranda, jeden z grupy pięciu czy sześciu badaczy ducha Świętej, którzy zadręczali ją ostrzeżeniami przed omamieniem szatańskim.

(2) W znaczeniu lekceważenia i wyśmiania.

(3) Juana de Ahumada, siostra świętej Teresy, usilnie a zręcznie, jakoby nic nie wiedząc o cudownych jego właściwościach, póty nalegała na swoją świętą siostrę o darowanie jej tego krzyża, póki ta, ulegając w końcu jej natarczywości nie spełniła prośby. Uszczęśliwiona z posiadania takiego skarbu Juana zabrała go z sobą do Alby, gdzie z największą czcią go przechowywała. Niejednokrotnie raczyła dzielić się ze mną swoim szczęściem, pokazując mi ten cudowny krucyfiks, złożony z czterech dość sporych kawałków hebanu. Pewna pani mieszkająca w Albie, Maddalena de Toledo, zupełnie ślepa, kiedyś po śmierci św. Teresy odwiedzając Juanę de Ahumada, wzięła w ręce drogą tę relikwię, przyłożyła do oczu, i w tejże chwili wzrok odzyskała”. Po śmierci Juany de Ahumada krzyż przeszedł w ręce Marii Enriquez de Toledo, księżnej Alby. Po śmierci księżnej jego zwrotu poczęli się domagać drogą sądową karmelici, i po śmierci Franciszki de Tapia, starej pokojowej księżnej, został on im przyznany wyrokiem sądowym. Krzyżem tym opiekowali się ojcowie z Valladolid aż do XVIII wieku. Potem przez jakiś czas była ta relikwia w posiadaniu karmelitanek bosych, jednak wnet wróciła do ojców, gdzie wydawało się, że jest bezpieczniejsza. Niestety zaginęła w czasie nieszczęsnej kasaty zakonów w Hiszpanii, która miała miejsce po roku 1835 (Ribera, Vida de la Santa, ks, I, r. 11; Jerónimo de San José, Historia del Carmen Descalzo, ks. II, r. 20).

(4) Prześlicznie o tych samych przeżyciach duszy mówi św. Jan od Krzyża w Żywym płomieniu miłości.

(5) “Jak łania pragnie wody ze strumieni” (Ps 42, 2).

(6) Łaskę tę nadzwyczajną otrzymała Święta w 45 roku życia, gdy jeszcze mieszkała w klasztorze Wcielenia w Awili. Bóg później na cały Kościół wsławił to cudowne zranienie swojej oblubienicy, gdy w początku XVIII wieku papież Benedykt XIII (d. 25 maja 1726), na prośbę hiszpańskiej i włoskiej kongregacji zreformowanego Karmelu ustanowił osobne święto i wszystkim zakonnikom i zakonnicom reformy karmelitańskiej zezwolił na osobne oficjum na cześć Przebicia serca św. Teresy. Z początku oficjum to miało tylko własną orację i lekcje; później tenże papież zatwierdził całkowite na to święto oficjum i mszę.

(7) w r. 20,9 n.


Przypisy do rozdziału 30

(1) Na końcu r. 27, 16 n.

(2) Guiomar de Ulloa.

(3) Kustodią w zakonach franciszkańskich zowie się pewna liczba domów, nie dość liczna, by mogła tworzyć prowincję.

(4) W r. 25, 18 i 26, 2.

(5) “Panie, daj mi tej wody” (por. J 4, 15). W domu rodzinnym św. Teresy był piękny obraz przedstawiający tę scenę ewangeliczną. Teresa, już jako małe dziewczę, wpatrywała się często przez długie chwile w ten obraz.