św. Teresa z Avila

Rozdziały 26-28

–   KSIĘGA ŻYCIA  –



ROZDZIAŁ 26

Dalszy ciąg o tejże materii. — O niektórych, jakie miała zdarzeniach, dzięki którym do reszty znikły jej obawy, a utwierdziła się w niej pewność, że mowy, które w sobie słyszy, są sprawą ducha dobrego.

 

1. Odwagę, której mi Pan użyczył przeciw czartom, poczytuję sobie za jedną z największych łask, jakie od Niego otrzymałam; bo mieć serce zajęcze i bać się czego bądź, prócz jednej tylko obrazy Bożej, jest to rzecz w najwyższym stopniu niewłaściwa i szkodliwa, skoro takiego mamy nad sobą Króla, tak potężnego i takiego Pana wielkiego, który wszystko może i wszystko stworzenie Jemu jest poddane. Kto chodzi w prawdzie przed Jego Boskim Majestatem i sumienie ma czyste, ten — jak mówiłam — nie ma się czego lękać. Dlatego, powtarzam, wszystka bojaźń i wszystkie obawy nasze do tego jednego powinny by się ściągać, byśmy w niczym, ani w najmniejszej rzeczy nie obrazili Tego, który tejże chwili mocen jest wniwecz nas obrócić; ale jeśli On łaskawie na nas spogląda, nie ma tak groźnego wroga, który by mógł nam zaszkodzić, który by nie musiał przed Nim się ukorzyć.

Może kto powie: Prawda, ale mimo to jednak boję się, bo czyjaż dusza będzie tak prawa, by we wszystkim podobała się Bogu? Pewnie nie moja, tak nędzna i niepożyteczna, i wszelkich niedostatków pełna; ale Bóg nie tak bezwzględnie obchodzi się z dłużnikami swymi, jak to czynią ludzie; zna On ułomność naszą. A przy tym i dusza takimi łaskami obdarzona, mimo wszystką nędzę swoją, widzi w sobie bardzo poważne znaki, po których może poznać, że prawdziwie miłuje Boga. W tych bowiem, które wstąpiły na ten stopień i do tego doszły stanu, miłość już nie pozostaje w ukryciu, jak bywa w początkach, ale objawia się w niepowstrzymanych uniesieniach i pragnieniach oglądania Boga, jak o tym w dalszym ciągu powiem, a po części już wyżej mówiłam. Wszystko dla nich jest uprzykrzeniem i utrapieniem, i umęczeniem cokolwiek nie jest z Bogiem albo dla Boga. Nie ma na tej ziemi odpocznienia, które by im (s.334) nie ciążyło, bo widzą siebie daleko od Tego, który sam jest prawdziwym ich odpocznieniem. Po takich znakach, jak mówiłam, poznaje się jasno, że miłość nie jest udana, ale prawdziwa.

2. Pewnego razu, gdy z powodu jednej sprawy, o której w swoim czasie opowiem (1), wielki cierpiałam ucisk i szemranie, nie tylko ze strony miasta, w którym mieszkam (2), ale i od samegoż Zakonu swego, i mając wiele powodów do niepokoju ciężko byłam strapiona, Pan rzekł do mnie: Czego się lękasz? Czy nie wiesz, że jestem wszechmogący? Ja dotrzymam, co ci obiecałem (jakoż i później tak się stało). Po tych słowach natychmiast takie w sobie uczułam męstwo, że nie tylko w tej sprawie, o którą wówczas chodziło, najmniejszego już nie miałam wahania, ale i gotowa byłam, zdaje mi się, choćby mię to więcej jeszcze utrapień kosztować miało, dalsze jeszcze i nowe dzieła dla służby Jego przedsięwziąć i z nową odwagą ofiarowałam się na wszelkie dla Niego cierpienia. Podobne słowa słyszałam od Pana tak często, iż i zliczyć nie zdołam, ile razy to się powtórzyło. Często także Pan upominał mię i gromił, mianowicie gdym poddawała się jakim niedoskonałościom; słowa Jego wówczas taką mają siłę i grozę, że zdolne są duszę w proch zetrzeć; ale zarazem niosą one i poprawę, bo — jak już mówiłam — wraz z radą i upomnieniem Pan podaje i lekarstwo. Czasem znowu przywodzi mi na pamięć moje przeszłe grzechy, zwłaszcza gdy chce mi użyczyć jakiej szczególnej łaski; dusza wówczas ma to uczucie, jak gdyby już naprawdę stała przed trybunałem strasznego Sądu i prawda z taką jasnością staje jej przed oczyma, że zawstydzona i przerażona, nie wie, gdzie się podziać. Nieraz także Pan przestrzegał mnie przed niebezpieczeństwami, grożącymi mi albo drugim i wiele innych rzeczy przepowiedział mi na trzy albo cztery lata naprzód, i wszystkie się sprawdziły, niektóre z nich będę mogła wymienić. Tyle zatem mam znaków, upewniających mię, iż mowy, które w sobie słyszę, (s.335) pochodzą od Boga, że niepodobna, zdaje mi się, bym tego nie widziała.

3. Wszakże nad wszystkie te znaki jedna jest droga najbezpieczniejsza (i tej się trzymam, i bez niej nie miałabym spokoju, i niedobrze byłoby, gdybyśmy bez niej go miały, my zwłaszcza niewiasty, nie posiadające dostatecznej nauki), tym bardziej, że droga ta nikomu zaszkodzić nie może, a pożytki z niej wielkie; Pan sam mi ją wskazał, po wiele razy zalecając mi, bym nie zaniechała nigdy otwierać całej duszy swojej przed spowiednikiem mającym światło i naukę, i mówić mu o łaskach, jakie Pan mi czyni, i słuchać go.

Miałam spowiednika, który mię na wszelki sposób umartwiał (3), nieraz ciężkie mi zadawał utrapienia i dojmujący w duszy ból mi sprawiał, z czego wielkie miewałam niepokoje, a przecie on właśnie najwięcej, zdaje mi się, przyczynił się do postępu duszy mojej. Choć kochałam go bardzo, nieraz jednak przychodziła mi pokusa opuścić go, bo zdawało mi się, że walki wewnętrzne, jakie we mnie wzniecał, przeszkadzają mi do modlitwy. Otóż, ile razy ulegając tej pokusie, takie uczyniłam postanowienie, tejże chwili słyszałam głos zabraniający mi, bym tego nie czyniła i gromiący mię w sposób nierównie boleśniejszy, niż wszystko co od spowiednika cierpiałam. Zdarzało się, że prawie już ustawałam pod takim podwójnym uciskiem: z jednej strony męczarnia, z drugiej ostra nagana i (s.336) wyrzuty, ale tego mi było potrzeba dla skruszenia niepokornej jeszcze woli mojej. Pewnego razu rzekł mi Pan, że nie mam prawdziwego posłuszeństwa, jeśli nie jestem gotowa cierpieć; niech stawię sobie przed oczy, co On ucierpiał, a wszystko mi się stanie łatwe.

4. Przedtem kiedyś inny spowiednik, u którego spowiadałam się z początku, dawał mi radę, bym mając już pewność, że te rzeczy są z ducha dobrego, milczała o nich i nikomu o nich nie mówiła, ponieważ lepiej takie rzeczy trzymać w ukryciu. Rada nie wydawała mi się zła, zwłaszcza, że ile razy przychodziło mi wyznawać te łaski przed spowiednikiem, tak głęboko nad tym cierpiałam i takie czułam zawstydzenie, że nierównie łatwiej byłoby mi wyznawać grzechy ciężkie; szczególnie też, jeśli to były łaski jakie wielkie i nadzwyczajne. Zdawało mi się, że nie uwierzą, że wyśmieją mię, widziałam w tym jakby brak poszanowania dla cudownych spraw Bożych i tak żywo czułam to wszystko, że byłabym wolała milczeć. Ale byłam w błędzie; wówczas też zaraz usłyszałam głos Pański, mówiący mi, że bardzo źle mi doradzał ów spowiednik, że nigdy niczego zgoła nie powinnam ukrywać przed duchownym przewodnikiem swoim, ponieważ na tej szczerości polega bezpieczeństwo moje, a czyniąc przeciwnie, nieraz mogłabym ulec złudzeniu i zbłądzić.

5. Ile razy zdarzyło się, że Pan mi dał jaki rozkaz na modlitwie, a spowiednik potem przykazał mi rzecz przeciwną, Pan zawsze zalecał mi, bym słuchała spowiednika; ale zarazem boską mocą swoją odmieniał umysł jego, że potem sam kazał czynić to samo, czego Pan żądał ode mnie. Pewnego razu, gdy zabrano nam różne książki w języku kastylijskim (4) i zakazano je czytać, z czego wielką przykrość miałam, bo niektóre z tych książek rada czytywałam, a pisanych po łacinie, nie znając tego języka, czytać nie mogłam. Pan rzekł do mnie: — Nie martw się, Ja tobie dam księgę żywą. Nie mogłam zrozumieć, co by (s.337) znaczyły te słowa, bo jeszcze wówczas widzeń nie miałam (5): ale wkrótce, w kilka dni potem, dobrze je zrozumiałam; bo tyle znalazłam przedmiotu do rozmyślania i do zatapiania się w tym, co oglądałam i z taką miłością Pan zajął się mną, w różny sposób mię nauczając, że książek już rzadko kiedy albo wcale nie potrzebowałam. On sam w boskiej łaskawości swojej był mi księgą prawdziwą, w której widziałam zapisane prawdy Jego. Błogosławiona ta księga, z której pozostaje w duszy poznanie co czytać, co czynić powinna, tak głęboko wyryte, iż tego co poznała, zapomnieć nie może! Któż by, widząc Pana okrytego ranami, smutkiem znękanego, prześladowania cierpiącego, nie pragnął uczestnictwa w tych cierpieniach Jego, nie umiłował, nie pożądał krzyża Jego? Kto ujrzawszy promyczek jeden tej chwały, którą On zgotował tym, którzy Mu służą, nie uzna, że niczym jest wszystko, cokolwiek uczynił albo ucierpieć może, mając nadzieję takiej nagrody? Kto, mając przed oczyma męki potępionych, nie poczyta w porównaniu z nimi za rozkaz wszelkich bólów i mąk tego życia i nie uczuje ile winien jest Panu, który go tyle razy wybawił od tego miejsca rozpaczy wiecznej?

6. Są to rzeczy, o których za łaską Bożą później jeszcze będzie mowa; na teraz więc wracam do dalszego opisu życia swego. O, gdybym umiała jasno wytłumaczyć te rzeczy, o których tu mówiłam; kto ma w nich doświadczenie, ten sądzę, mię zrozumie i uzna, że umiałam się wyrazić z niejaką dokładnością; komu tego doświadczenia nie dostaje, temu nie będę się dziwiła, jeśli to wszystko poczyta za brednie. To jedno już dostatecznie go wytłumaczy, że ja to pisałam i takiego sądu jego o mnie i o mojej robocie ja pewno nie wezmę mu za złe. O to tylko Pana proszę, bym z łaski Jego zdołała we wszystkim wypełnić wolę Jego, amen. (s.338)

 

ROZDZIAŁ 27

O innym jeszcze sposobie, jakim Pan naucza duszę, i drogą przedziwną, bez słów, wolę jej swoją objawia. — O wielkiej łasce duchowego, bez pomocy wyobraźni widzenia, jaką otrzymała od Pana. — Rozdział to bardzo ważny.

 

l. Wracam więc do opowiadania życia swego. Byłam, jak powiedziałam wyżej, w ciężkim strapieniu i udręczeniu, i usilne za mną zanoszono modły, aby Pan raczył mię zwrócić na inną, bezpieczniejszą drogę, ponieważ ta, którą szłam, tak bardzo, jak utrzymywano, była wątpliwa i podejrzana. Przyznam szczerze, że jakkolwiek i ja o to błagałam Pana i chciałam wzbudzić w sobie pragnienie innej drogi, widząc jednak wyraźny postęp duszy, nie mogłam żadną miarą zdobyć się na to, chyba chwilowo tylko, to jest w chwilach większego udręczenia pod wpływem tego, co mi wciąż powtarzano i obaw, jakie we mnie wzniecano; zawsze jednak kiedy tak kazano, modliłam się o to, czego pragnąć nie mogłam. Widziałam zupełną w sobie odmianę, czułam niewątpliwie, że stałam się lepsza; nic też innego w tym ucisku uczynić nie mogłam, jeno że oddawałam się w ręce Boga, iż On wie czego mi potrzeba i prosiłam Go, aby we wszystkim czynił ze mną według woli swojej. Widziałam, że tą drogą zbliżam się do nieba, kiedy przedtem szłam prosto do piekła; jakże więc miałam pragnąć innej drogi? Jak miałam uwierzyć, że diabeł to wszystko we mnie sprawuje? Choć starałam się z wszystkich sił swoich zmusić siebie do tego pragnienia i tej wiary, nie mogłam; było to nad moje siły. Wszystkie sprawy moje, wszelkie jakie by mogły być dobre uczynki moje, na tę intencję ofiarowałam. Świętych, do których szczególne miałam nabożeństwo wzywałam, aby mię wyzwolili z mocy złego ducha. Odprawiałam nowenny, polecałam siebie św. Hilarionowi (1) i św. Michałowi Archaniołowi, do którego z tego powodu gorętsze jeszcze niż (s.339) przedtem powzięłam nabożeństwo; wielu innym nadto świętym się naprzykrzałam, aby się za mną do Boskiego Majestatu wstawiali i wreszcie mi to wyjednali, by Pan objawił prawdę.

2. Na koniec, po dwu latach takiej ustawicznej mojej i wielu innych za mną modlitwy, aby Pan, jak mówiłam, albo na inną drogą mię wprowadził, albo też jawną uczynił prawdę — bo one mowy Jego we mnie wciąż trwały i bardzo często się powtarzały — zdarzyło mi się co następuje. W dzień chwalebnego św. Piotra, będąc na modlitwie, ujrzałam tuż przy sobie, czyli raczej uczułam, bo oczyma ciała ani oczyma duszy nic nie widziałam, uczułam więc, tak mi się zdawało, tuż przy sobie obecnego Chrystusa Pana, i wyraźną, jakby naoczną miałam pewność, że to On do mnie mówi. Nie mając jeszcze najmniejszego pojęcia, by taki rodzaj widzenia był rzeczą możliwą, zrazu przelękłam się bardzo i płakać tylko mogłam; ale skoro Pan rzekł do mnie jedno tylko słowo uspokojenia, zaraz mi, jak zawsze, spokój wrócił i czułam w sercu pociechę bez najmniejszej trwogi. Zdawało mi się, że ciągle mam przy boku Pana Jezusa, choć nie widziałam postaci Jego, bo widzenie to nie było w wyobraźni; czułam jednak bardzo wyraźnie, że On wciąż stoi przy mnie z prawej strony i że widzi wszystko co robię, i za najmniejszym w sobie skupieniem się, chyba że jakie zupełne roztargnienie odwróciło na chwilę uwagę moją, nie mogłam nie czuć w sobie zupełnie jasnej świadomości, że On jest przy mnie.

3. Udałam się natychmiast do spowiednika dla uczynienia mu, choć z wielką przykrością, wyznania. Zapytał mię, w jakiej postaci Go widzę. Odpowiedziałam, że Go wcale nie widzę. Skądże więc wiesz, zapytał znowu, że jest to Chrystus Pan? Odpowiedziałam, że nie wiem skąd i jakim sposobem, ale że nie mogę nie mieć świadomości, iż On jest przy mnie; że widzę jasno i czuję obecność Jego; że skupienie duszy na modlitwie odpocznienia mam nierównie większe i nieprzerwane, słowem, że z tej obecności Pańskiej widocznie i oczywiście doznaję skutków zupełnie różnych od tych, jakich zwykle doświadczam.

Uciekałam się do różnych porównań, usiłując za ich pomocą jaśniej się wytłumaczyć, ale tego rodzaju widzenia z pewnością żadne, jak sądzę, podobieństwo dokładnie nie objaśni. Jest to bowiem sposób widzenia z rodzaju najwyższych (jak się o tym później dowiedziałam od pewnego męża świętego i wysoce duchowego, to jest od Ojca Piotra z Alkantary, o którym niżej obszerniejszą uczynię wzmiankę, i od innych także znakomitych uczonych i teologów; jest to, mówili mi rodzaj widzenia, do którego zły duch trudniejszy niż do wszelkich innych ma przystęp). Nie dziw zatem, że do wypowiedzenia rzeczy tak wysokich nam niewiastom mało oświeconym nie dostaje wyrazów; uczeni lepiej to objaśnią. Jeśli więc, jak mówię, nie widzę Go ani oczyma ciała, ani oczyma duszy, bo nie jest to widzenie za pomocą wyobraźni, jakimże sposobem wiem i z większą niż gdybym Go widziała oczywistością, pewna jestem Jego przy mnie obecności? Mogłabym na to odpowiedzieć porównaniem z osobą siedzącą w ciemności, albo ślepą i przeto nie widzącą tego, kto przy niej jest; ale to porównanie nie bardzo przypadałoby do rzeczy. Jest w nim niejakie podobieństwo, ale niewielkie; bo osoba ona choć nic nie widzi, może przecie przekonać się o obecności tego, kto przy niej jest, za pomocą zmysłów, słysząc go mówiącego, albo poruszającego się, albo dotykając go. Tu nie ma tego wszystkiego; nie ma tu żadnej ciemności; Zbawiciel oznajmia siebie duszy, poznaniem jaśniejszym niż słońce. Nie mówię, by widziała słońce albo jasność; jest tu tylko światłość, która choć niewidoma, oświeca umysł, aby dusza cieszyła się tak wielkim dobrem. Z widzenia tego wypływają bardzo wielkie korzyści.

4. Nie jest to takie uczucie obecności Bożej, jakiego częstokroć doświadczają ci szczególnie, którzy dostąpili daru modlitwy zjednoczenia i odpocznienia — gdy zaledwie przystąpiwszy do modlitwy, od razu znajdujemy Tego, z kim chcemy rozmawiać i mamy świadomość tego, że On nas słyszy, czując w sobie wewnętrzne skutki łask Jego i uczucia duchowe wielkiej miłości, żywej wiary, mężnych postanowień i słodkiego (s.341) rozrzewnienia. Jest to wielka łaska od Boga i kto jej dostąpił, niech ją ma w wysokiej cenie; ale jakkolwiek bardzo wysoki jest ten rodzaj modlitwy, nie jest to widzenie. Czujesz w niej obecność Bożą po skutkach, jakie w duszy sprawuje i za pomocą tych skutków Jego Boski Majestat daje nam świadomość, iż jest przy nas: tu przeciwnie, dusza jasno widzi, że stoi przy jej boku Jezus Chrystus, Syn Dziewicy. W tamtym rodzaju modlitwy staje się duszy świadoma, pewna w niej skuteczność i działanie Bóstwa; tutaj oprócz tego działania widzi nadto, że i najświętsze Człowieczeństwo jej towarzyszy i łaskami swymi darzyć ją raczy.

5. Gdy tedy zapytał mię spowiednik, kto mi to powiedział, że jest to Jezus Chrystus, odrzekłam: On sam mi to mówi i po wiele razy. Lecz pierwej nim mi to powiedział, wyraziło się już w moim umyśle, że to On; przed tym zaś wyrażeniem w umyśle, On toż samo mi mówił, ale ja Go nie widziałam. Gdybym była ślepa albo siedziała w ciemności, a ktoś, kogo nigdy nie widziałam, ale tylko o nim słyszałam, przyszedł do mnie i powiedział mi, że on jest tym, o którym słyszałam, musiałabym mu uwierzyć; wszakże nie mogłabym z taką pewnością twierdzić, że jest to taż sama osoba, jak gdybym ją była widziała. Tu przeciwnie, choć nie ukazuje się w sposób widomy, Pan wyraża obecność swoją tak jasnym poznaniem, iż nie ma sposobu o niej wątpić. Wrażenie to z woli Jego pozostaje tak głęboko wyryte w umyśle, iż wobec niego wątpliwość nie mniej jest niepodobna, niż wobec naocznego świadectwa zmysłów, owszem i więcej, bo w tym, co oczyma widzimy, może nam niekiedy pozostawać wątpliwość, czy nam się nie przywidziało; tu przeciwnie, choć może na chwilę powstać wątpliwość, z drugiej strony przecie tkwi w duszy niezachwiana pewność, iż powątpiewanie to nie ma żadnej podstawy.

6. Toż samo się tyczy i drugiego sposobu, w jaki Bóg naucza duszę i mówi do niej bez mowy, jak o tym jeszcze pozostaje mi nadmienić. Jest to mowa tak zgoła niebieska, że tu na ziemi, jakkolwiek byśmy usiłowali ją opisać, pojąć ją bardzo trudno, jeśli Pan sam nie da zrozumienia jej przez doświadczenie. Wraża Pan do najgłębszego wnętrza duszy to, co chce, aby zrozumiała, i tam przedstawia jej rzecz bez żadnego zewnętrznego kształtu wyobrażeń albo słów, tak samo zupełnie jak to czyni w widzeniu, o którym mówiłam. Zważmy dobrze ten sposób działania Boga, za pomocą którego dusza przychodzi do zrozumienia tego, co On chce, aby zrozumiała - czy to prawdy wysokie, czy głębokie tajemnice. W ten sposób najczęściej, gdy podoba się Jego boskiej łaskawości dać mi jakie widzenie i znaczenie jego mi objaśnić, przywodzi mię do zrozumienia tego, co mi chce przedstawić. Tu, zdaniem moim, złemu duchowi najtrudniej się wmieszać z następujących przyczyn, które jeśli nie są słuszne, ja chyba bardzo się mylę.

7. Sposób ten widzenia i mowy tak wysoce jest duchowy, iż żadnego przy nim, jak sądzę, nie ma we władzach duszy ani w zmysłach poruszenia, którego diabeł mógłby się uczepić i cokolwiek z niego dla siebie skorzystać. Wprawdzie zupełne to zawieszenie wszelkiego własnego działania nie zawsze się zdarza i trwa krótko; w innych czasach ani władze nie bywają zawieszone, ani zmysły zachwycone, ale owszem zachowują całą działalność swoją. Nie zawsze więc, owszem, rzadko kiedy całkowite to i ogólne zachwycenie towarzyszy kontemplacji, ale gdy jej towarzyszy, wtedy, twierdzę, my sami nic już nie działamy. Wszystko co w nas się dzieje, jest, rzec można, własnym i wyłącznym działaniem Pana (2). Prawda tu wnika do duszy na podobieństwo pokarmu, który niespodzianie napełnił wnętrzności nasze, choć go nie pożywaliśmy ani nie wiemy jakim sposobem tam się dostał, tylko to wiemy i czujemy, że jest w nas. Z tą wszakże różnicą, że w takim dziwnym, jak je tu dla objaśnienia rzeczy przypuszczamy nakarmieniu, nie widzielibyśmy przecie ani jakiego rodzaju to pokarm, ani kto go nam dał, tu przeciwnie, wiem i jedno, i drugie. Wiem, że prawda wniknęła do duszy mojej i że ta prawda pochodzi od Boga, tego tylko nie wiem, jakim sposobem mię nią przeniknął, (s.343) bo tego nie widziałam, ani pojąć tego nie zdołam, ani też nigdy nie powstało we mnie najmniejsze takiej łaski pragnienie, nawet pojęcia nie miałam, by taka łaska była możliwa.

8. W wewnętrznej owej mowie, o której było wyżej (3), Bóg zniewala umysł, aby uważał, choćby nie chciał i słuchał co do niego się mówi. Daje duszy jakoby drugi słuch, aby tę mowę słyszała i zmusza ją niejako do słuchania, nie dopuszczając jej odwrócić uwagi od tego co słyszy. Podobnie, jak ktoś mający dobry słuch, gdyby do niego z bliska i głośno mówiono, nie pozwalając mu zatkać sobie uszu, rad nierad musiałby słuchać. Ostatecznie jednak i ten zawsze coś czyni, bo przykłada uwagę, aby słuchać co mu mówią; tu zaś i tego nie ma, bo nawet od tej odrobiny nieodzownego w innym czasie własnego przyczynienia się, jakim jest samo słuchanie, dusza jest zwolniona. Zastaje tu ucztę gotową już i zastawioną, i nic innego nie ma do czynienia, jeno używać: jak gdyby człowiek ciemny i nieokrzesany, który się nigdy nie uczył ani nawet nie starał się nigdy o naukę czytania, ani do żadnej pracy umysłowej się nie przykładał, nagle znalazł w sobie wszystką wiedzę całkowicie pojętą i przetrawioną, sam nie wiedząc jak i skąd ona mu przyszła, kiedy przedtem nigdy nie pracował ani się starał choćby o nauczenie się abecadła.

9. Ostatnie to porównanie daje mi niejakie objaśnienie tego daru niebieskiego; przezeń dusza w jednej chwili widzi siebie w posiadaniu wszelkiej mądrości i wiedzy; tajemnica Trójcy Przenajświętszej i wiele innych prawd najwyższych tak jej się stają jasne, iż nie ma teologa, z którym by się nie ważyła podjąć sporu w obronie tych boskich wielmożności. Sama zaś zostaje przeniknięta świętym przerażeniem; jedna taka łaska zdolna jest całą ją przemienić i sprawić w niej to, że niczego już nie może miłować prócz Tego, który bez żadnej pracy i trudzenia się z jej strony czyni ją sposobną do posiadania tak wielkich dóbr, objawia jej tajemnice swoje i z taką łaskawością i miłością z nią rozmawia, jakiej żadne słowa nie opiszą. (s.344) Niektóre z tych łask tak są zadziwiające, iż sama niepojęta wielkość ich wzbudza niejakie podejrzenie, zwłaszcza gdy udzielają się tej, która tak mało na nie zasłużyła i potrzeba tu bardzo żywej wiary, aby im uwierzyć. Dlatego też zamierzam niektóre tylko opisać z tych łask, które Pan mi uczynił — chyba żeby mi kazano inaczej, wspomnę tylko o niektórych widzeniach, z których opisania może być niejaki pożytek bądź dla oświecenia drugich, którym by Pan podobnych łask użyczył, aby się ich nie przelękli poczytując je za rzeczy niepodobne, jak to było ze mną, bądź też dla objaśnienia dróg i sposobów, jakimi Pan mię prowadził, co właśnie stanowi główny przedmiot i cel, dla którego mi pisać kazano.

10. Wracając tedy do onego sposobu mowy wewnętrznej i duchowego jej rozumienia, sądzę, że na to Pan raczy używać tego sposobu, aby dusza powzięła niejaką wiadomość o tym, co się dzieje w niebie. Jako w niebie wybrani bez mowy rozumieją siebie (chociaż, by taki mógł być rodzaj mowy i porozumiewania się, zgoła o tym nie wiedziałam, aż Pan w dobroci swojej raczył mię o tym przekonać naocznie i ukazał mi to w zachwyceniu), tak i tu już w tym wygnaniu ziemskim. Bóg i dusza rozumieją się między sobą tym samym tylko, że Jego Boski Majestat chce, by dusza Go rozumiała i tak bez żadnego przyboru słów rozmawiają z sobą ci dwoje jak przyjaciel z przyjacielem i wzajemną sobie miłość swoją okazują. Wszak i tu na ziemi dwoje mocno miłujących jedno drugie, a odpowiednią obdarzonych pojętnością potrafi, rzec można, bez żadnych znaków, samym tylko spojrzeniem porozumiewać się między sobą. Takie pewno muszą być i owe rozmowy niebieskie, choć tu widzieć ani pojąć nie zdołamy, w jaki sposób tam, oka nie spuszczając, wzajemnie patrzy w siebie tych dwoje miłośników, na podobieństwo tego, co w Pieśni Oblubieniec mówi do oblubienicy (4), co właśnie jak zdaje mi się, słyszałam, ma się rozumieć o tym obcowaniu w niebie. (s.345)

11. O dziwna łaskawości Twoja, Boże, iż tak pozwalasz patrzyć na siebie oczom, które na tyle rzeczy złych patrzyły, jak te oczy duszy mojej! Niech już ten widok Twój, Panie, utwierdzi je na zawsze, aby nigdy więcej nie patrzyły na rzeczy niskie i w niczym już sobie nie podobały, jeno w Tobie samym! O niewdzięczności ludzka! Czyż nigdy się nie opamiętasz, że nawet takich niewypowiedzianych łask uznać i ocenić nie umiesz? To, co o nich tu mówię, wiem z własnego doświadczenia, że jest prawdą; i to także wiem i świadczę, cokolwiek by można o nich powiedzieć największego, będzie zaledwie małą cząstką tego, co Ty, Panie, czynisz, duszy, gdy ją na tę wysokość takiego z sobą obcowania wyniesiesz. O dusze, ile was jest, które już zaczęłyście oddawać się modlitwie wewnętrznej, o duszo wszelka, która masz wiarę prawdziwą, jakiego dobra już i w tym życiu — nie mówiąc już o tym, co zyskacie na żywot bez końca — możecie szukać i pragnąć, które by mogło iść w porównanie z najmniejszym z tych dóbr takiego z Bogiem obcowania?

12. Przypatrzcie się i zobaczcie tę nieskończoną hojność Boga, iż ktokolwiek dla Niego opuści wszystko, temu On bez zastrzeżeń oddaje siebie samego! Nie ma u Niego względu na osobę ludzką. Miłość Jego rozciąga się do wszystkich; żadnego On z tej miłości swojej nie wyłącza, jakkolwiek by był niecnotliwy i grzeszny, kiedy ze mną nawet tak uczynił i do tak wysokiego stanu mię wyniósł. Przypatrzcie się i zobaczcie, że to, co tu mówię, nie jest ani zarysem tego, co bym powiedzieć mogła. Tyle tylko mówię, ile koniecznie potrzeba do określenia tego rodzaju widzenia i tej łaski, którą Pan czyni duszy. Ale nie widzę i wypowiedzieć nie mogę tego, co dusza czuje, gdy Pan odkrywa przed nią tajemnice i wielmożności swoje. Jest to rozkosz tak przewyższająca wszelkie rozkosze, jakie umysł ludzki na tej ziemi pojąć zdoła, iż dusza, która jej zakosztowała, słusznie się brzydzi uciechami tego życia, które wszystkie razem zebrane samym są błotem. Wzdryga się ze wstrętem na myśl równania ich, chociażby miała używać ich bez końca, z tymi rozkoszami, którymi Pan ją napawa; a przecie rozkosze te (s.346) są tylko jedną kroplą z tej wielkiej i bystrej rzeki wesela bez miary, która nas czeka w wieczności.

13. Wstyd to dla nas prawdziwy i ja pierwsza wstydzę się samej siebie, i gdyby mogło być zawstydzenie w niebie, słusznie i więcej niż kto bądź miałabym tam czego się rumienić — jakim prawem śmiemy żądać dla siebie takich dóbr niewypowiedzianych i rozkoszy, i chwały na wieki, samym tylko kosztem Pana Jezusa? Jeżeli nie mamy odwagi pomagać Mu w noszeniu krzyża z Cyrenejczykiem, czy przynajmniej nie zapłaczemy nad Nim z córkami jerozolimskimi? Jak to? Bawiąc się i wszelkich przyjemności używając, chcemy dojść do posiadania tego wesela, które On takim nakładem krwi swojej dla nas nabył? — To być nie może. I uganiając się za marną czcią u ludzi, myślimy, że Mu powetujemy takie zelżywości, jakie On ucierpiał, abyśmy na wieki królowali? — To jest niemożebne. Błądzisz, błądzisz ktokolwiek idziesz tą drogą; nigdy nią nie dojdziesz do celu.

Podnieś głos swój. Wielebny Ojcze, ogłaszaj te prawdy, kiedy mnie Bóg nie dał władzy ku temu. Bodajbym sama przynajmniej zawsze na nie pamiętała! Ale tak późno usłuchałam głosu Bożego, tak późno zrozumiałam go, jak o tym świadczy to pisanie moje, że wielki mię wstyd ogarnia mówić o tych rzeczach i wolę raczej milczeć. To jedno tylko tu wspomnę, co nieraz rozważam, myśląc o szczęśliwości błogosławionych w niebie. Oby Bóg raczył mię wieść taką drogą, iżbym i ja dojść mogła do tego kresu i tej szczęśliwości używać!

14. Jaka to będzie, prócz wspólnej wszystkim, poszczególna dla każdego dodatkowa chwała, jakie wesele błogosławionych, gdy dostąpiwszy tej szczęśliwości, ujrzą i wiecznie wspominać będą, jak od chwili nawrócenia swego, choć może niejeden późno zaczął, niczego nie opuścili, co jeno dla Boga uczynić mogli. I niczego nie zaniechali, aby Mu każdy wedle miary sił i stanu swego, mniej lub więcej, ale każdy wedle całej wydatności swojej wszystko, na wszelki sposób i samych siebie oddali w ofierze. Jak bogaty okaże się, kto wszystkie bogactwa porzucił dla Chrystusa! Jak wysoko uczczony będzie, kto dla (s.347) miłości Jego wszelką czcią ziemską wzgardził i podobał sobie w głębokim poniżeniu! Jak mądry będzie znaleziony, kto cieszył się, gdy go poczytywano za szalonego i głupca, kiedy samą Mądrość Przedwieczną tym zelżywym mianem obrzucano! Lecz jakże mało snadź dla grzechów naszych dzisiaj jest takich! Tak jest, zniknął między nami, rzec by można, i wyczerpał się rodzaj tych, których ludzie mieli za szaleńców, patrząc na czyny ich bohaterskie, godne prawdziwych miłośników Chrystusa! O świecie, świecie! — jakże fałszywy twój honor zyskuje na tym, że mało jest takich, którzy by cię znali!

15. Snadź wyobrażamy sobie, że lepiej służymy Bogu, gdy nas ludzie chwalą jako roztropnych i umiarkowanych; i wnosząc z tego, jak ta roztropność i to umiarkowanie powszechnie dziś panuje między nami, takie w rzeczy samej musi być przekonanie nasze. Zdaje nam się, że byłoby to złym zbudowaniem dla ludzi, gdybyśmy w postawie naszej nie zachowywali pozorów przyzwoitości światowej i nie utrzymywali godności stanu i stanowiska swego. Dziś nawet zakonnik czy duchowny, czy mniszka, uważaliby to za nowość i za dawanie zgorszenia maluczkim, gdyby mieli chodzić w wytartym, łatanym habicie. Boją się nawet oddawać życiu skupionemu i modlitwie bogomyślnej, tak dalece świat na nich wpływ swój wywiera, tak dalece poszły w zapomnienie święte sprawy doskonałości chrześcijańskiej i wielkie one ogniste uniesienia i zapały Świętych. Większa stąd, zdaniem moim, szkoda i więcej to się przyczynia do tych klęsk i nieszczęść, które w tych czasach na nas przychodzą, niż to rzekome zgorszenie, jakie by miał dawać zakonnik, gdyby uczynkiem głosił ludziom tę wzgardę świata, której ich uczy słowem i kazaniem. Z takich zgorszeń Pan wyprowadza wielkie pożytki i chociażby niektórzy się gorszyli, drudzy za to kruszyliby się. Oby nam było dane oglądać takich sług Bożych, którzy by choć w zarysie przedstawiali nam wyobrażenie tej świętości, jaką okazał na sobie Chrystus Pan i Apostołowie Jego! Dziś więcej niż kiedy bądź takich nam potrzeba.

16. O, jakiegoż to skarbu Bóg nas świeżo pozbawił, (s.348) zabierając do chwały swojej błogosławionego Ojca Piotra z Alkantary!

Świat, powiadają, nie jest dziś już zdolny do tak wysokiej doskonałości. Dziś i organizmy są słabsze i czasy się zmieniły. Ten przecie mąż święty żył za naszych czasów, a duchem był potężny jak Święci dawnych czasów i dlatego trzymał świat pod nogami. I chociaż nie wszyscy zdolni są tak ogołocić się z wszystkiego jak ten sługa Boży i taką ostrą jak on czynić pokutę, wszakże, jak na innych miejscach mówiłam, wiele jest innych sposobów ćwiczenia się we wzgardzie świata i Pan sam uczy ich każdego, w kim tylko znajdzie serce odważne. Jakże wielkie musiał je dać Bóg w łaskawości swojej temu Świętemu — o którym mówię — iż zdołał czterdzieści i siedem lat, jak wszystkim wiadomo, wytrwać w tak surowej pokucie! Chcę tu przytoczyć niektóre szczegóły tej pokuty, najzupełniej, jak o tym wiem, prawdziwe.

17. Sam mi je opowiadał i drugiej jeszcze osobie (5), której chętnie się zwierzał (ja zaś te zwierzenia się, zawdzięczam życzliwej jego dla mnie miłości, którą Pan w nim wzbudził z wielkiej dobroci swojej, aby w czasie ciężkiej potrzeby, o której już mówiłam i jeszcze mówić będę, był obrońcą moim i odwagi mi dodawał). Przez czterdzieści lat, mówił mi, o ile dobrze liczbę pamiętam, żadnej nocy czy też we dnie nie spał dłużej nad półtorej godziny; z wszystkich umartwień jakie sobie zadawał, najtrudniej mu było w początkach sen zwyciężyć; w tym celu ustawicznie się trzymał w postawie albo klęczącej, albo stojącej. Tego snu tak krótkiego używał siedząc z głową opartą na kołku wbitym w ścianie. Położyć się choćby był chciał, nie mógł, bo cela jego — jak wiadomo — nie miała więcej nad półpiątej stopy długości. Przez wszystkie te lata, choć w najsilniejszy upał słoneczny, choć w deszcz ulewny, nigdy nie nakrywał głowy kapturem; nigdy nie nosił obuwia; za całe ubranie służył mu gruby habit z sierści, bardzo ciasny, (s.349) wdziany na samo ciało i płaszczyk z takiejże materii. W najtęższe mrozy zdejmował go i drzwi, i okienko celi trzymał otwarte, aż po niejakim czasie znowu wkładał płaszcz i drzwi zamykał; i ten był, mówił mi, jego sposób zagrzania się i dogodzenia ciału zziębniętemu lepszym od zimna zabezpieczeniem. Wstrzymywać się po trzy dni od wszelkiego pokarmu było u niego rzeczą bardzo zwyczajną; gdym mu z tego powodu objawiła swoje zdziwienie, upewniał mię, że to rzecz wcale nietrudna, trzeba się tylko przyzwyczaić. Czasem, jak słyszałam od jednego z towarzyszów jego, zdarzało mu się cały tydzień pozostawać bez jedzenia. Bywało to zapewne w czasie modlitwy, na której miewał wielkie zachwycenia i zapały miłości Bożej, czego raz byłam świadkiem.

18. Ubóstwo posuwał do ostatnich granic; umartwienia od młodych lat tak ściśle przestrzegał, że raz na przykład, jak mi powiadał, przez trzy lata przebywając w jednym klasztorze Zakonu swego, żadnego z braci nie znał z twarzy, tylko z głosu, bo nigdy oczu nie podnosił, i do miejsc wyznaczonych na zebrania zakonne nie mógł trafić, jeno idąc za drugimi. Podobne umartwienie wzroku zachowywał w drodze. Na niewiastę przez długie lata nigdy nie spojrzał, aż w końcu do zupełnej w tym względzie doszedł obojętności i, jak mi mówił, wszystko mu jedno było widzieć niewiastę czy nie widzieć; prawda, że w czasie kiedy go poznałam, był już bardzo podeszły w latach, i ciało jego tak było wycieńczone i wyschłe, jak gdyby miasto z ciała i kości, złożone było z suchych gałęzi.

Przy całej tej świętości swojej i surowości życia, bardzo był uprzejmy i ludzki dla drugich. Sam z siebie mało mówił, chyba zapytany, ale gdy mówił, trafny sąd o rzeczach i dziwnie miły dowcip jego nadawały słowom jego wdzięk niezrównany. Wiele innych rzeczy jeszcze miałabym do powiedzenia o nim i rada bym powiedziała, ale się boję, co wasza miłość powie na to, że wdając się w takie opowiadanie odchodzę od przedmiotu; i w tym co napisałam, nie byłam bez obawy. Dodam więc tylko na zakończenie, że jak żył tak i umarł, nauczając i (s.350) upominając braci. Czując już koniec bliski, zmówił psalm: Laetatus sum in his quae dicta sunt mihi (6), i padłszy na kolana, umarł (7).

19. Podobało się Panu w dobroci swojej, by zmarły po zejściu jeszcze bardziej był mi pomocny, niż był za życia. W wielu zdarzeniach wspomógł mię radą swoją. Widziałam go po wiele razy jaśniejącego chwałą. Pierwszy raz, gdy mi się ukazał, rzekł do mnie, że właśnie dzięki szczęśliwej pokusie zasłużył sobie na taką zapłatę. Wiele innych jeszcze rzeczy od niego słyszałam. Na rok przed śmiercią ukazał mi się — choć nieobecny — i miałam objawienie, że niezadługo umrze, o czym go uprzedziłam w miejscu, gdzie się znajdował, o kilka mil stąd odległym. W chwili konania swego ukazał mi się i rzekł, że już idzie na odpoczynek. Nie przywiązywałam wiary do tego objawienia, ale wspomniałam o nim kilku znajomym; aż oto w tydzień potem przyszła wiadomość, że umarł, czyli raczej począł żyć na wieki.

20. Ten więc jest kres, do którego przywiodło go surowe życie jego: chwała tak wielka i nieogarniona, dlatego więcej, rzec mogę, cieszę się nim, gdy teraz żyje w niebie, niż gdy żył na tej ziemi. Pan objawił mi pewnego dnia, że ktokolwiek będzie Go prosił o co bądź w imię tego sługi Jego, będzie wysłuchany. Ja też wiele rzeczy polecałam jemu, aby o nie prosił Pana i wszystkie się spełniły. Niech będzie błogosławiony na wieki, amen.

21. Ale na co to długie opowiadanie, jakoby mające dopiero pobudzić waszą miłość do wzgardzenia wszystkim co przemija, jak gdybyś jeszcze nie wiedział o tym, że wszystkie rzeczy tego świata są znikomością i niczym, i nie miał już postanowienia oderwania się od wszystkiego i postanowienia tego nie wypełnił już czynem!

Ale takie widząc powszechne na świecie skażenie, napisałam to dla ulżenia sobie, bo chociaż z tego, że ja to mówię, nie (s.351) będzie innego pożytku, jeno to, że się trudzę tym pisaniem, wszakże to dla mnie jest ulgą i pociechą, że wszystko, co tu powiedziałam, świadczy przeciwko mnie. Niech mi Pan odpuścić raczy, co w tym przeciw Niemu zawiniłam, i wasza miłość także mi daruje, że na próżno go nudzę. Zdawałoby się prawie, że każę tobie pokutować za grzechy moje.

 

ROZDZIAŁ 28

O nowych nadzwyczajnych łaskach, jakich Pan jej udzielał, i jak po raz pierwszy widomie się jej objawił. — Co to jest widzenie przez wyobraźnię. — Jak wielkie skutki i znaki widzenie to po sobie zostawia, jeśli jest od Boga. — Są to rzeczy bardzo ważne i pilnej uwagi godne.

 

1. Wracam do rzeczy przerwanej. Widzenie ono czyli raczej jasna świadomość obecności stojącego przy boku moim Zbawiciela, trwało ustawicznie przez kilka dni. Wielkie z niego odniosłam pokrzepienie duszy. Nie wyszłam przez cały ten czas z modlitwy wewnętrznej, starając się wszystkie czynności moje tak spełnić, iżby ten Boski Świadek, którego jasno widziałam na mnie patrzącego, nie miał z nich niezadowolenia. Chwilami, ponieważ wciąż to we mnie wmawiano, miewałam obawy, czy nie podlegam złudzeniu, ale obawy te prędko przemijały, bo zawsze Pan sam mię uspokajał.

Pewnego dnia, gdy byłam na modlitwie, spodobało się Panu ukazać mi widomie same tylko ręce swoje, a był to widok tak zachwycający, że nie mam słów na opisanie go. Ogarnął mię zrazu strach wielki, jak tego zawsze doświadczam z początku, ile razy Pan mi użyczy jakiej nowej łaski nadprzyrodzonej. W kilka dni później ujrzałam boskie Jego oblicze, które mię pięknością swoją jakoby całą pochłonęło. Nie mogłam z początku zrozumieć, dlaczego Pan mi się ukazywał tak częściami, kiedy potem miał mi uczynić łaskę ujrzenia całej Jego postaci; później dopiero zrozumiałam, że czynił to w boskiej (s.352) łaskawości swojej ze względu na przyrodzoną niedołężność moją, bo nędzne takie i grzeszne stworzenie, jakim ja jestem, tak wielkiej chwały od razu by nie zniosło, i dlatego Pan miłosierny, znając tę nędzę moją, w taki sposób stopniowo mię przygotowywał. Niech będzie za to błogosławiony na wieki.

2. Może się wyda waszej miłości, że nie potrzeba było na to wielkiego z mojej strony wysilenia, aby patrzeć na ręce i na oblicze tak zachwycająco piękne. — Ale piękność ciał uwielbionych tak jest przewyższająca i blask nadprzyrodzonej chwały ich tak olśniewający, że widok ich wprawia w zachwyt i osłupienie; stąd też widzenie to taką mię przeniknęło bojaźnią, że cała byłam wstrząśnięta i przerażona; choć później upewnienie się, że się nie łudzę, takie we mnie sprawiło uspokojenie i takie błogie z widzenia tego uczułam w sobie skutki, że strach wszelki rychło ustąpił (1).

3. W dzień świętego Pawła, gdy byłam na Mszy św., ukazało mi się w zupełności najświętsze Człowieczeństwo Chrystusa, tak jak je przedstawiają na obrazach - zmartwychwstałe, pełne niewypowiedzianego wdzięku i majestatu. Na usilny rozkaz waszej miłości opisałam to widzenie w osobnym liście, choć nie bez wielkiej trudności i przykrości to uczyniłam, bo są to rzeczy, o których chcąc mówić, czuje się aż do unicestwienia całą niemoc swoją. Opowiedziałam jednak rzecz jak umiałam najlepiej i nie mam już potrzeby powtarzania tu opisu. To tylko powiem, że chociażby w niebie nie było innej rozkoszy dla oczu, niż widok tej wielkiej piękności ciał uwielbionych, a zwłaszcza Człowieczeństwa Pana naszego Jezusa Chrystusa, to jedno już byłoby niewypowiedzianą chwałą i szczęśliwością. Jeśli już tu na ziemi, gdzie Majestat Jego objawia nam się tylko w mierze odpowiedniej słabej (s.353) wydolności nędzy naszej, widok ten tak zachwyca i uszczęśliwia, cóż dopiero będzie tam, gdzie dusza w zupełności cieszy się oglądaniem takiej piękności i wielmożności?

4. Widzenia tego, choć dzieje się za pomocą wyobraźni, ani żadnego innego nigdy nie widziałam oczyma ciała, tylko zawsze oczyma duszy.

Według nauki uczonych, którzy lepiej się na tym znają niż ja, widzenie poprzednio opisane jest wyższego rodzaju niż to ostatnie, a to ostatnie jest o wiele doskonalsze od tego, które się widzi oczyma ciała. Zmysłowe to widzenie, tak uczą, należy do rzędu najniższych i najwięcej jest wystawione na niebezpieczeństwo ułud diabelskich. Wówczas trudno mi było to zrozumieć, owszem, raczej pragnęłam, skoro już dana mi została ta łaska, by mi przychodziła w sposób dla oczu cielesnych widomy, aby mi spowiednik nie mówił, że mi się przywidziało. I mnie też to się zdarzało, gdy widzenie takie minęło — i to zaraz — że cała rzecz wydawała mi się złudzeniem i przywidzeniem, i trapiłam się myślą, że mówiąc o tym spowiednikowi, może go oszukałam. Był to nowy powód do płaczu i znowu szłam do niego, i wyznawałam mu obawę swoją. On mię pytał, czy rzecz przedstawiała się mi tak ,jak ją wyznawałam, czy też miałam zamiar go oszukać? Odpowiadałam mu szczerze, jak było: że nie zdaje mi się, bym kłamała ani zamiaru nie miałam kłamać, ani za nic w świecie nie zgodziłabym się mówić co innego, niż myślę. On też wiedział o tym dobrze i przeto starał się mnie uspokoić. Z drugiej strony, chodzenie do niego z takimi rzeczami tak mi było ciężkie i przykre, że nie pojmuję, jakim sposobem diabeł zdołał wbić mi do głowy przypuszczenie, że może je zmyślam, abym potem sama siebie tą myślą zadręczała.

Ale Pan z taką boską natarczywością wciąż na nowo tę łaskę mi dawał i tak jasno prawdziwość jej mi ukazywał, że ta wątpliwość, czy się nie łudzę, rychło mię opuściła; za czym dopiero spostrzegłam i dowodnie się przekonałam, jaki był mój nierozum. Bo chociażbym całe lata wysilała wyobraźnię na zmyślenie i przedstawienie sobie takiej piękności, nigdy bym tego (s.354) dokazać nie zdołała, ani nie umiała. Piękność ta, choćby samą tylko jasnością i blaskiem swoim przewyższa wszystko, cokolwiek człowiek na tej ziemi zdoła sobie wyobrazić.

5. Nie jest to blask taki, który by raził oko: jest to dziwnie wdzięczna białość, z jasnością dokoła rozlaną, która niewypowiedzianą rozkosz oku sprawia, a nie męczy go, ale słodką je oświeca światłością, aby mogło widzieć tak boską piękność. Jest to światło tak różne od tego światła ziemskiego, że w porównaniu z jasnością i świetnością, z jaką się ono oku przedstawia, jasność słońca wydaje się ciemna, i już by się nie chciało na nie patrzeć. Taka jest między tym dwojakim światłem różnica, jaka by zachodziła między wodą przejrzyście czystą, płynącą po dnie kryształowym i odbijającą na sobie promienie słońca, a wodą całkiem mętną, gęstymi mgłami pokrytą i gruntem błotnistym bieżącą. Nie żeby tu w istocie było słońce albo ta światłość boska podobna była do światłości słońca, ale ostatecznie tamta przedstawia się duszy jako światłość istotna i przyrodzona, a ta druga raczej jako rzecz sztuczna. Jest to światłość, która nie zna nocy, zawsze jest światłością i nic jej zaćmić nie zdoła. Jest to na koniec światłość taka, że i najbystrzejszy rozum ludzki, choćby całe życie nad tym pracował, nie potrafi jej sobie przedstawić, jaką jest; a tak nagle i prędko Bóg ją ukazuje, że gdyby na ujrzenie jej potrzeba było człowiekowi otworzyć oczy, nie miałby czasu na ich otworzenie. Ale oczy otwarte czy zamknięte, nic tu nie znaczą; gdy Pan chce, byśmy tę światłość Jego widzieli, widzimy ją, choćbyśmy nie chcieli. Nic tu nie pomoże żadne odwracanie uwagi, żadna siła potędze tego świata się nie oprze, żadna baczność, żadne staranie jej nie powstrzyma. O tym wiem dobrze z własnego doświadczenia swego, jak się z tego, co jeszcze powiem, okaże.

6. Na teraz chciałabym tu objaśnić, w jaki sposób Pan ukazuje się w tych widzeniach. Nie mówię, bym chciała wytłumaczyć, w jaki sposób to może być, by ta światłość Boża tak silnie przeniknęła zmysł wewnętrzny i w umyśle wyryło się tak jasne wyobrażenie Boga, iż prawdziwie czujemy Jego przy (s.355) nas obecność: to jest rzeczą uczonych. Jak się to dzieje, tego nie podobało się Panu dać mi zrozumieć. Taka jestem ciemna i tak tępego pojęcia, że mimo wszelkich, jakie mi w tej rzeczy dawano objaśnień, nie doszłam do tego, bym istotę tego zrozumiała. Rzecz pewna, że choć waszej miłości się zdaje, że mam rozum bystry, ja tej bystrości nie posiadam; rozum mój taki, że, jak o tym w wielu zdarzeniach się przekonałam, tyle tylko rozumie, ile mu, jak to mówią, łopatą włożą o głowy. Nieraz spowiednik mój zdumiewał się nad ignorancją moją; nigdy też nie próbował wytłumaczyć mi, jakim sposobem Bóg uczynił to lub owo, albo jak to lub owo mogło się stać: ani też ja wytłumaczenia tego nie pragnęłam i nie pytałam o nie, chociaż — jak mówiłam — od wielu lat dane mi było przestawać z dobrymi teologami i uczonymi. Czy dana rzecz jest grzechem czy nie, o to ich pytam; co o reszty, nie potrzeba mi było innej wiadomości nad tę, że Bóg uczynił to wszystko i rozumiałam to dobrze, że nie mam czego szperać w cudownych sprawach Jego, a tylko chwalić Go za wszystkie. Owszem, nawet tajemnice trudne i niezgłębione większą we mnie pobożność wzbudzają, i to tym większą, im są trudniejsze.

7. Powiem więc tylko, co widziałam i czego sama doznałam; w jaki sposób Pan to uczynił, to wasza miłość lepiej wytłumaczy i objaśni cokolwiek by było ciemnego i czego bym ja nie potrafiła należycie wyrazić. — W niektórych razach zdawało mi się, że to, co widzę, jest tylko wyobrażeniem; w innych i częściej widziałam, że to nie wyobrażenie tylko, ale Chrystus sam; zależało to od stopnia jasności, w jakiej raczył mi się ukazywać. Nieraz gdy jasność jest mniej silna, widzenie jest niewyraźne i przedstawia się jako obraz, ale obraz nie taki, jakim bywają wizerunki ręką ludzką malowane, chociażby najdoskonalsze, jakich widziałam dosyć (2). Niedorzecznością byłoby szukać między tym dwojakim rodzajem wyobrażeń (s.356) jakiego bądź podobieństwa. Taka jest ni mniej ni więcej między nimi różnica, jak człowiek żywy różni się od wizerunku swego; chociażby wizerunek był najpodobniejszy, nigdy przecie nie odtworzy on tak pierwowzoru swego, by nie było widać od razu, że — w końcu — to tylko martwe malowanie. Nie mam potrzeby dłużej się nad tym rozwodzić, bo porównanie to najdokładniej oddaje myśl moją i dosłownie odpowiada rzeczywistości.

8. Nie mówię jednak, by było to proste tylko porównanie, bo żadne porównanie nie może w zupełności dorównać prawdzie, a to, co mówię, jest samą prawdą, to jest, że tak ni mniej ni więcej różni się to wyobrażenie Boga Wcielonego od wizerunków ręką ludzką uczynionych, jak różnym jest człowiek żywy od podobizny jego malowanej na płótnie. Tu jeśli jest wyobrażenie, jest to wyobrażenie żyjącego, nie jest to martwa podobizna człowieka, ale jest to Jezus Chrystus żywy, okazujący się człowiekiem zarazem i Bogiem, nie jakim był leżąc w grobie, ale jakim wyszedł z grobu po zmartwychwstaniu swoim. Niekiedy przychodzi z taką wielmożnością, iż niepodobna wątpić, że to On, Pan sam we własnej Osobie; zdarza się to szczególnie po Komunii, kiedy już wiara sama upewnia nas o Jego w nas obecności. Wówczas tak się okazuje Panem tej swojej gospody, że dusza jakoby przed Nim niszczeje i cała się czuje pochłonięta w Chrystusie. O Jezu mój! Kto zdoła wypowiedzieć ten blask majestatu, w jakim się w takiej chwili objawiasz? Jakże wobec tej wielmożności, z jaką się jej ukazujesz, rozumie to dusza, że Ty sam jesteś Panem nieba i ziemi, że choćbyś tysiące i mnóstwo niezliczone nowych światów i nowych niebios stworzył, wszystka ta ogromna dzierżawa byłaby przecie niczym dla takiego Pana, jakim Ty jesteś.

9. Tu także jasno się widzi, jaka jest niemoc wszystkich czartów w porównaniu z wszechmogącą potęgą Twoją i jako kto Tobie wiernie służy, mocen jest całe piekło zdeptać nogami. Tu widzi się, jak słuszny powód do przestrachu mieli (s.357) czarci, gdy Ty zstąpiłeś do otchłani (3), jak słusznie mogli wówczas życzyć sobie tysiąca nowych piekieł głębszych niż piekło, aby się w nich skryć mogli przed takim ogromnym majestatem Twoim, który tu raczysz ukazywać duszy, aby poznała, jak jesteś wielki i jaka jest potęga najświętszego, złączonego z Bóstwem Człowieczeństwa Twego. Tu łatwo jej przedstawić sobie, co będzie w dzień sądu, gdy jawnie przed wszystkim światem ukaże się majestat tego Króla i srogość gniewu Jego przeciwko złym. Tu dusza uczy się prawdziwej pokory, przeniknięta widokiem nędzy swojej wobec tego majestatu tak jawnej, że już jej nie widzieć nie może. Tu przejmuje się zawstydzeniem i prawdziwym żalem za grzechy swoje i dla tego samego, że Ty, Panie, tak łaskawym jej się okazujesz i taką jej miłość objawiasz, nie wie gdzie się podziać przed Tobą i cała siebie wyniszcza.

Twierdzę bez wahania, że gdy Pan w taki sposób raczy odkryć przed duszą niejaką część wielmożności swojej i majestatu, niepodobna, by jaka bądź siła śmiertelnego człowieka wytrzymała brzemię tego widzenia (gdyby Pan sam nie raczył przyjść jej w pomoc w sposób zgoła nadprzyrodzony, przenosząc duszę w stan zachwycenia i ekstazy, w którym widok tego widzenia zatraca się w rozkoszy używania).

Czy to prawda, że pamięć tego nadmiernego blasku chwały potem się w duszy zaciera? — Tak, ale on majestat i ona piękność Pańska tak w niej pozostają wyryte, że zapomnieć o nich nie może, chyba gdy podoba się Panu doświadczyć ją próbą, o której w dalszym ciągu mówić będę, gdzie dusza taką cierpi straszną oschłość i opuszczenie wewnętrzne, że o wszystkim, rzekłbyś, nawet o Bogu zapomina. Dusza po tym widzeniu pozostaje przemieniona i ustawicznie jakby przepojona Bogiem. Zaczyna niejako w nowy sposób kochać Boga żywą, w bardzo wysokim, jak mnie się widzi, stopniu, miłością; (s.358) a choć ten poprzedni rodzaj widzenia, w którym, jak mówiłam, Bóg objawia się duszy bez widomego wyobrażenia, jest wyższy, wszakże ten drugi więcej odpowiada ułomności naszej, bo pozostawiając wyryty w wyobraźni obraz tej boskiej obecności, skutecznie ułatwia duszy zachowanie pamięci na tak wielką łaskę i stateczne w rozpamiętywaniu jej skupienie myśli. Toteż oba te rodzaje widzenia prawie zawsze idą z sobą w parze i tak jedno z drugim się łączy, że w widzeniu przez wyobraźnię oglądamy oczyma duszy dostojność i piękność, i chwałę najświętszego Człowieczeństwa, a w tamtym widzeniu, o którym mówiłam - umysłowym, objawia nam się jako Bóg potężny, który wszystko może, wszystko rozrządza, wszystkim włada i wszystko swoją miłością napełnia.

10. Ten rodzaj widzenia bardzo wysoko cenić sobie powinniśmy; nie grozi w nim, zdaniem moim, żadne niebezpieczeństwo, bo ze skutków jakie ono sprawuje, rzecz widoczna, że zły duch żadnej tu nie ma siły.

Trzy czy cztery razy, o ile pamiętam, chciał mi szatan w ten sposób ukazać tegoż Pana za pomocą mamiących widziadeł; postać cielesną potrafi przybrać, ale nie zdoła podrobić tej chwały, jaką jaśnieje tego rodzaju objawienie pochodzące od Boga. Tworzy on widziadła swoje, chcąc nimi zatrzeć skutki prawdziwego widzenia, jakie dusza miała; ale ona odpycha od siebie te mary i pod natarczywością ich trwoży się, czuje w sobie niesmak i niepokój, traci uczucia pobożne i słodkości wewnętrzne, jakimi przedtem się cieszyła i staje się niezdolna do modlitwy. To — jak mówię — zdarzyło mi się w początkach trzy albo cztery razy. Widziadła te szatańskie tak są rzeczą z gruntu różną od widzeń Bożych, że każdy kto doszedł choćby tylko do modlitwy odpocznienia, z łatwością jak sądzę, to rozpozna za pomocą tego, co wyżej powiedziano o skutkach mowy wewnętrznej (4). Jest to rzecz bardzo widoczna i nie sądzę, by dusza mogła tu być od złego ducha oszukana, chybaby sama chciała dać się oszukać, jeśli jeno z pokorą i prostotą postępuje. (s.359) Ktokolwiek raz doznał prawdziwego widzenia Bożego, ten natychmiast jakby dotykalnie uczuje fałsz widziadła szatańskiego; choć i zły duch na wstępie sprawia w duszy niejakie smaki i słodkości duchowe, ona przecie czuje od razu, że to nie takie słodkości, jakie towarzyszą widzeniom Bożym i ze wstrętem je odrzuca. Nie widzi w nich żadnego znaku czystej i świętej miłości. Tym sposobem zły duch sam siebie zdradza i od razu się wydaje, kto pod tymi pięknymi pozorami siedzi ukryty, tak iż kto ma w tych rzeczach jakiekolwiek doświadczenie, temu czart nic złego zrobić nie może.

11. Podobnież, żeby to widzenie mogło być prostym tylko wytworem wyobraźni, jest to rzecz bezwarunkowo niepodobna. Nie masz tu najmniejszej podstawy przyrodzonej. Sama już piękność i białość jednej tylko ręki przewyższa wszelką wyobraźnię naszą. A potem w jakiż sposób, w jednej chwili przedstawić sobie, jakby obecne takie rzeczy, które nigdy nie były w pamięci ani w myśli naszej, których wyobraźnia i po najdłuższej pracy nie zdołałaby pojąć, bo — jak mówiłam — przewyższają nieporównanie wszystko, cokolwiek na tej ziemi zrozumieć możemy. Jest to bez wątpienia czyste niepodobieństwo. Ale chociażby nawet wyobraźnia mogła tu czego dokazać, nic by to nie pomogło, jak o tym jasno nas przekona następująca druga uwaga.

Gdyby widzenie takie tworzyło się rozumem, pominąwszy, że nie sprawowałoby tych wielkich skutków, jakie sprawuje widzenie od Boga, ani w ogóle żadnych skutków nadprzyrodzonych, dusza zamiast pożytku miałaby tylko szkodę. (Byłaby podobna do człowieka, który by chciał zasnąć, a poniewolnie leżał rozbudzony, bo sen nie przychodzi; pragnąłby bardzo snu, bo czuje jego potrzebę czy to dla wielkiego znużenia, czy dlatego, że go głowa boli. Stara się jak może przywoływać sen i chwilami zdaje mu się, że zasypia; ale nie jest to sen prawdziwy, nie pokrzepi go, i głowa od takiego snu nie odpocznie, owszem, nieraz większe jeszcze po nim czuje zniemożenie). Tak by było w pewnej mierze i z tym widzeniem, gdyby było prostym wytworem wyobraźni: dusza pozostawałaby (s.360) po nim czcza i próżna, miasto pokrzepienia i siły - odnosiłaby z niego tylko znużenie i niesmak. Gdy przeciwnie, widzenie prawdziwe, wyrazić niepodobna jakimi ją skarbami wzbogaca i ciału nawet zdrowia i siły przysparza.

12. Tę rację i inne, przywodziłam w odpowiedzi na zarzuty — jakie mi czyniono bardzo często - utrzymując, że jest to sprawa diabelska, że zły duch mię oszukuje i mami; broniłam się także, jak mogłam, za pomocą porównań, które Pan mi na myśl nasuwał, ale wszystko to było daremnie. Bo iż w porównaniu z ludźmi wysoce świątobliwymi, z którymi żyłam w tym miejscu, ja byłam ostatnią grzesznicą, a Bóg nie tą drogą ich prowadził, tym samym więc oni bali się o mnie, że błądzę i podlegam złudzeniom czartowskim. I tak snadź za grzechy moje, te obawy i podejrzenia o mnie z ust do ust się rozchodziły i wszystkim stawały się wiadome wewnętrzne przejścia moje, choć ja o nich nikomu nie mówiłam, tylko jednemu spowiednikowi swemu i tym, do których spowiednik mię odsyłał.

13. Jednego razu między innymi taką im dałam odpowiedź, że gdyby ci, którzy takie rzeczy na mnie mówią, upewniali mię, że osoba, która tylko co ze mną rozmawiała i którą ja dobrze znam, nie była tą, za kogo ją miałam, że mi się tylko przywidziało, że to ona, i oni tego są pewni, ja w takim razie bez wątpienia wierzyłabym raczej ich zapewnieniom, niż własnym oczom moim; ale gdyby ta osoba na znak wielkiej dla mnie miłości swojej, podarowała mi i w rękach moich zostawiła drogie klejnoty, jakich przedtem zgoła nie posiadałam i z ubogiej, jaką byłam, widziałabym się teraz bogatą, wtedy już jakkolwiek bym chciała, nie mogłabym im wierzyć. A te klejnoty ja mogę im pokazać, bo wszyscy, którzy mię znali, jasno widzieli wielką zmianę, jaka zaszła w mojej duszy. Poświadczał ją mój spowiednik i wielka pod każdym względem różnica między dawnym a obecnym postępowaniem moim nikomu nie była tajna, owszem, z bijącą oczywistością wszystkich uderzała. Za czym kiedy przedtem byłam tak niecnotliwa, niepodobna mi teraz, mówiłam, dać wiarę temu, by (s.360) diabeł, gdyby on sprawował we mnie te widzenia, na oszukanie mnie i pociągnięcie do piekła chciał używać sposobu tak przeciwnego zamiarom jego, oswobadzając mię od złych nałogów moich, a wlewając we mnie cnoty i męstwo. Boć jasno widziałam, że od tych widzeń naraz taka się we mnie stała odmiana.

14. Spowiednik mój (5), jak mówiłam — bardzo świątobliwy zakonnik z Towarzystwa Jezusowego — takie same dawał w obronie mojej odpowiedzi, jak się o tym później dowiedziałam. Był to kapłan wysokiej roztropności i najgłębszej pokory, ale właśnie ta pokora jego naprowadziła na mnie ciężkie utrapienie; bo jakkolwiek w niezwykłym stopniu oddany był modlitwie i naukę posiadał, w sądzie swoim o mnie nie dowierzał samemu sobie, tym bardziej, że Pan go tą drogą nie prowadził. Nacierpiał się on niemało z mojego powodu. Ostrzegano go, jak słyszałam, by miał się ze mną na baczności, by snadź przywiązując jaką bądź wiarę do tych rzeczy, które mu wyznawałam, nie dał się diabłu wyprowadzić w pole; przytaczano mu różne przykłady na stwierdzenie tych przestróg. Wszystko to wielkim dla mnie było udręczeniem. Obawiałam się, że w końcu nie będę miała przed kim się spowiadać, że wszyscy usuną się ode mnie jak od zapowietrzonej; płakałam bez przestanku.

15. Prawdziwa to była opatrzność Boża, że ten Ojciec raczył cierpliwie mię znosić i nie odmawiać mi spowiedzi; bo też tak wielki i żarliwy był to sługa Boży, że dla miłości Boga gotów był znosić wszystko. Zalecał mi więc, bym się strzegła obrazy Bożej, bym nie odstępowała w niczym od wskazówek i przepisów jego i nie lękała się tego, by on mię opuścił. Na wszelki sposób i w każdej potrzebie dodawał mi odwagi i mię uspokajał. Szczególnie nalegał na to, bym niczego przed nim nie ukrywała i tak też czyniłam. Upewniał mię, że bylebym była wierna temu zaleceniu, nie mam czego się obawiać; że wówczas rzeczy te chociażby były sprawą diabelską, nic mi nie (s.362) zaszkodzą; że owszem, Pan na pożytek mój obróci tę szkodę, którą by zły duch chciał wyrządzić duszy mojej. W taki sposób pracował ile mógł nad wewnętrznym udoskonaleniem moim. Ja w takiej ciągle żyjąc obawie, posłuszną mu byłam we wszystkim, choć niedoskonale. Przez trzy lata i więcej, w których mnie spowiadał wśród tych ciągłych utrapień, dużo miał za mnie do zniesienia, gdyż w wielkich, jakie wówczas cierpiałam prześladowaniach, będąc z dopuszczenia Pańskiego posądzaną i potępianą w wielu rzeczach, w których po większej części nie było nic złego, wszystko to składano na niego i jego za mnie obwiniano, choć żadnej nie miał winy.

16. Gdyby nie to, że był to mąż tak święty — i że Pan mu odwagi dodawał — żadną miarą nie byłby zdołał wytrzymać tego wszystkiego, co miał do cierpienia, bo z jednej strony potrzeba mu było odpowiadać tym, którym się zdawało, że jestem na złej drodze, a zapewnieniom jego, że się mylą, wierzyć nie chcieli; z drugiej zaś strony musiał mnie uspokajać i uśmierzać obawy moje, i gdy obawy te we mnie się wzmagały, tym bardziej znowu trudzić się i pracować dla dodania mi otuchy. Za każdym bowiem widzeniem i za każdą nową łaską dopuszczał Pan na mnie wielkie strachy, które mię po zniknięciu widzenia dręczyły. Wszystko to pochodziło stąd, że byłam i jestem tak wielką grzesznicą. On mię pocieszał z wielkim współczuciem i, gdyby był miał więcej wiary w siebie samego, nie byłabym tyle i tak długo cierpiała, bo w tym wszystkim Bóg mu dawał poznawać całą prawdę i samże Najświętszy Sakrament, jak tego pewna jestem, był mu światłością ku jej poznaniu (6).

17. Inni słudzy Boży, nie chcąc wierzyć, bym była na drodze bezpiecznej, długie o tych rzeczach toczyli ze mną (s.363) rozmowy. A był między nimi jeden bardzo mi drogi, bo dusza moja nieskończenie wiele mu zawdzięczała (był to człowiek świątobliwy, gorąco pragnął postępu mojego w doskonałości i prosił za mną Boga, aby mię oświecić raczył); tym większą więc boleść miałam, widząc, że on mnie nie rozumie (7). Mówiłam z nimi po prostu i otwarcie, a oni słowa moje brali w innym znaczeniu niż to, które chciałam przez nie wyrazić; i tak szczerość mowy mojej wydawała im się brakiem pokory; za najmniejszym uchybieniem, jakie we mnie spostrzegli, a mogli ich spostrzec wiele, zaraz mię potępiali we wszystkim. Pytali mię o to i owo; odpowiadałam w dobrej wierze bez oglądania się na dobranie wyrazów, a oni z tego zaraz wyprowadzali wniosek, że chcę ich uczyć, że mam siebie za uczoną. Wszystko to natychmiast donosili spowiednikowi memu, w dobrym bez wątpienia zamiarze, mając na celu poprawę moją, a spowiednik ostro mię za to strofował.

18. Utrapienia te, z różnych stron na mnie spadające, trwały bardzo długo, ale dzięki łaskom, jakie mi Pan czynił, ochotnie je znosiłam. Opowiadam te szczegóły, aby się z nich okazało, jakie udręczenie cierpi dusza, gdy na tej drodze duchowej nie ma przewodnika doświadczonego. Gdyby nie wielkie łaski, którymi darzył mię Pan, nie wiem, co by się ze mną stało. Cierpiałam trwogi i udręczenia, zdolne odebrać mi rozum. Nieraz znajdowałam się w takiej ostateczności, że już nie wiedziałam co począć, tylko oczy wznosiłam do Pana, błagając ratunku. Przeciwieństwa takie, wyrządzane przez ludzi cnotliwych takiej jak ja grzesznej, słabej, a do tego bojaźliwej kobiecinie mogą się w opowiadaniu moim wydawać drobnostką; ale ja choć przeszłam w życiu przez bardzo ciężkie utrapienia, to poczytuję za jedno z najcięższych. Daj Boże, abym przez nie była oddała jakąkolwiek chwałę Boskiemu Majestatowi Jego, tak jak pewna jestem tego, że mieli ją na celu i większego tylko dobra mojego pragnęli ci, którzy mię potępiali i za zmamioną od złego ducha podawali.


Przypisy do rozdziału 26

(1) Przy fundacji klasztoru Św. Józefa w Awili.

(2) Awila.

(3) Baltasar Alvarez (por. 28, 14), jak powiada o nim Luis de la Puentę, z nieubłaganą stałością umartwiał Teresę we wszystkim, tłumiąc w niej i powściągając każdy najlżejszy objaw popędów przyrodzonych, i stopniowo umarzając w tej duszy bohaterskiej wszelkie poruszenia natury, aby żyła tylko nadprzyrodzonym życiem łaski. Pewnego razu, gdy chwilowo wyjechał z Awili, Teresa, ciężkim strapieniem wewnętrznym udręczona, napisała do niego błagając o bezzwłoczną odpowiedź. Jakoż ojciec odpowiedział natychmiast, ale na kopercie dopisał: ,,Otworzysz to za miesiąc”. Święta bez szemrania przyjęła to gorzkie umartwienie. Z odwagą prawdziwie nadprzyrodzoną, wiodąc duszę swej penitentki do zupełnego umorzenia samej siebie, nie wahał się mąż Boży wystawiać ją na próby najboleśniejsze. W czasie, gdy wszyscy prawie, prócz niego, objawienia jej poczytywali za sprawę złego ducha, nie dość że, jak Święta o tym wspomina w rozdziale poprzedzającym, umyślnie, dla doświadczenia, kilkakrotnie jej mówił, że słowa, jakie w sobie słyszy, mogą pochodzić od czarta, ale nadto jeszcze miał odwagę przez dwadzieścia dni z rzędu pozbawić ją Komunii świętej. I ten kielich najdotkliwszy Święta przyjęła z zupełnym poddaniem się, i wówczas to w nagrodę za takie bohaterskie posłuszeństwo swoje usłyszała z ust Pana te słowa: “Nie bój się, córko; Jam jest i nie opuszczę ciebie; nie lękaj się”.

(4) Na skutek Indeksu wydanego w r. 1559 przez wielkiego inkwizytora Hiszpanii Fernanda de Valdes, zakazującego czytania nie tylko książek heretyckich, ale także, z obawy przed nieścisłością, religijnych książek w języku hiszpańskim.

(5) Widzenia, o których mówi w rozdziałach następnych, Święta zaczęła otrzymywać dopiero w r. 1559; trwały one od 1559 do 1561, od 44 do 46 roku jej życia.


Przypisy do rozdziału 27

(1) Jet to święty z zakonu karmelitańskiego, który za życia miał szczególną moc poskramiania czartów.

(2) Rz 20 i 25.

(3) W r. 25.

(4) “Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico, jednym spojrzeniem twych oczu (Pnp 4, 9).

(5) Osobą tą była wielebna Maria Diaz Maridiaz, osoba bardzo znana w Awili z powodu wielkich cnót i wysokiej doskonałości. Kierownikiem jej duchownym był św. Piotr z Alkantary, któremu św. Teresa tutaj wielkie oddaje pochwały.

(6) “Uradowałem się, gdy mi powiedziano: Pójdziemy do domu Pańskiego” (Ps 122, I).

(7) Dnia 18 października 1562, w 64 roku życia (zob. Acta Sanctorum, t. LIV).


Przypisy do rozdziału 28

(1) Zaznajomionym nieco z teologią mistyczną wiadomo, że są trzy rodzaje wizji: wizja cielesna, wyobrażeniowa i umysłowa. Pierwsza zachodzi wówczas, gdy się ogląda jakąś rzecz za pośrednictwem zmysłów zewnętrznych; odpowiada ona drodze oczyszczającej. Druga polega na tym, że rzeczy przedstawiają się w wyobraźni i w umyśle, odpowiada ona drodze oświecającej. Trzecia jest wówczas, gdy się pojmuje rzeczy bezpośrednio, bez form zewnętrznych, samym umysłem. Odpowiada ta wizja drodze jednoczącej. Św. Teresa miała najwięcej wizji wyobrażeniowych i umysłowych.

(2) Św. Teresa nie tylko była zwolenniczką pięknych obrazów, ale sama haftowała i wykonywała wysoko artystyczne przedmioty, należące do służby Bożej, jak to można poznać z pozostałych jej prac zwłaszcza w Toledo i Medina del Campo.

(3) Chrystus po swym zmartwychwstaniu wstąpił do otchłani, gdzie przebywali sprawiedliwi. Słowa św. Teresy, mówiące o wstąpieniu do piekła rzeczywistego, odnoszą się do legend, jakich mnóstwo w średniowieczu wysnuto.

(4) W r. 27, 7.

(5) O. Baltasar Alyarez.

(6) O. Baltasar Alvarez, jak świadczy o nim jego życiopisarz (Luis de la Puentę, dz. cyt., s. 137), istnym był aniołem przy ołtarzu; święta jego powaga, skupienie i zapał ducha w sprawowaniu Najświętszej Ofiary w zachwyt wprawiały i czcią przenikały obecnych. Świętość sługi Bożego nie pozostała tajemnicą. W całej Kastylii głośno o nim mówiono, że w czasie Najświętszej Ofiary aniołowie stróżowie przynosili mu od Boga natchnienia i objawienia o duchowych potrzebach dusz, którymi kierował. W tej myśli i Święta w powyższym fragmencie mówi, że Najświętszy Sakrament był mu światłością ku poznaniu wszelkiej prawdy.

(7) Prawdopodobnie Francisco de Salcedo.