św. Teresa z Avila

Rozdział 23-25

–   KSIĘGA ŻYCIA  –



ROZDZIAŁ 23

Wraca do przerwanego opowiadania swego życia; jakie poczęła czynić postępy w doskonałości i za pomocą jakich środków. — Jak bardzo potrzeba, aby przełożeni kierujący duszami oddanymi modlitwie wewnętrznej, umieli obchodzić się z nimi w pierwszych początkach, i jaki pożytek odniosła z tego, że znalazła umiejętnego dla duszy swej przewodnika.

1. Chcę teraz podjąć na nowo opowiadanie życia swego od tego miejsca, na którym je przerwałam, zatrzymawszy się, może dłużej niż należało, nad rzeczami potrzebnymi jednak do lepszego zrozumienia tego, co dalej nastąpi (1). Odtąd zaczyna się inna nowa księga, to jest inne, nowe życie. Życie dotąd opisane, było to życie moje, życie, którym ja żyłam. Od początku zaś tych stanów modlitwy, które opisałam, zaczyna się życie, którym, rzec mogę, Bóg żył we mnie, bo bez Niego, jasno to widzę, niepodobna bym mogła w tak krótkim czasie wyzwolić się z tylu złych przyzwyczajeń i nałogów swoich. Chwała niech będzie Panu, iż mię wybawił ode mnie.

2. Jak tylko zaczęłam chronić się okazji i więcej oddawać się modlitwie wewnętrznej, Pan też począł łask swych mi użyczać, rzekłbyś, czekał tylko i z upragnieniem wyglądał tej chwili, kiedy ja je przyjąć zechcę. Począł w boskiej łaskawości swojej dawać mi prawie ciągle modlitwę odpocznienia, a często i modlitwę zjednoczenia, dość długo trwającą. Ponieważ właśnie w tym czasie zdarzyło się było kilka omamień i zdrad diabelskich, w które się dały były uwikłać niebaczne niewiasty (2), ja też poczęłam się bać o siebie, czując w sobie tę wielką, (s.302) często niepowstrzymaną rozkosz i słodkość. Prawda, że z drugiej strony miałam niezachwianą pewność, szczególnie w czasie modlitwy, że pociechy te pochodzą od Boga; widziałam też w sobie znaczny po nich postęp w dobrym i rosnącą siłę do cnoty. Ale za najmniejszym uronieniem wyniesionego z modlitwy skupienia, znów wracały obawy moje i przypuszczenia, że to sprawa diabelska, jakoby zły duch wmawiając we mnie, że te słodkości są rzeczą dobrą i pod ich wpływem trzymając rozum mój w zawieszeniu, chciał takim podstępem odwrócić mię od rozmyślania, abym już nie była zdolna rozważać Męki Pańskiej ani rozpamiętywać rozumem, co w błędnym naonczas pojęciu moim wydawało mi się największą szkodą duchową.

3. Lecz była to chwila, w której Pan w boskiej łaskawości swojej już postanowił mię oświecić, abym Go więcej nie obrażała i poznała już, jak wiele Mu jestem winna. Dzięki tej łasce Jego, obawy moje do tego stopnia się wzmogły, że uznałam nieodzowną potrzebę poradzenia się ludzi, w życiu duchowym doświadczonych i pilnie zaczęłam poszukiwać takich, a nawet już wiedziałam, gdzie bym ich znaleźć mogła. W mieście naszym osiedlili się Ojcowie Towarzystwa Jezusowego (3), a choć żadnego z nich nie znałam, z tego przecie co wiedziałam o świątobliwym ich życiu i o ich sposobie modlitwy wewnętrznej, wielki do nich pociąg miałam. Nie czułam się jednak godna rozmawiać z nimi, ani dość silna na duchu, aby się oddać pod ich kierunek, bo tego najwięcej się bałam; wchodzić z nimi w stosunki, będąc taka jaką byłam, zdawało mi się rzeczą trudną.

4. Tak upłynął jeszcze czas jakiś, aż wreszcie po wielu walkach wewnętrznych i trwogach zdobyłam się na postanowienie zasięgnięcia rady jakiego męża duchowego, aby mię nauczył, co mam sądzić o tym sposobie modlitwy, którego się trzymałam, i oświecił mię, jeśli jestem w błędzie, mając przy (s.303) tym mocne postanowienie uczynić wszystko, co będzie w mojej mocy, aby się uchronić obrazy Bożej. Właśnie ten brak siły i gotowości na wszystko, który do chwili tego postanowienia w sobie czułam, tak mi odwagę odbierał. O Boże wielki, jakież to było srogie omamienie, że chcąc być dobra, unikałam dobrego! Snadź w tym punkcie diabeł największe kładzie przeszkody duszom poczynającym wstępować na drogę cnoty, bo wie dobrze o tym, że pierwszym i głównym dla nich lekarstwem i pomocą jest otworzenie się przed doświadczonym przyjacielem Boga. Tak wnoszę z tego, czego doznałam na sobie, iż tak długo nie mogłam siebie przezwyciężyć i wciąż odkładałam od dnia do dnia, nim się wreszcie na ten krok zdobyłam. Czekałam ażbym się pierwej poprawiła, tak samo jak wówczas, gdym była zaniechała rozmyślania, a poprawa ta może by nigdy nie była nastąpiła. Skutkiem bowiem nałogowego trwania w małych zdrożnościach, tak już byłam głęboko upadła, że nie umiałam nawet poznać, by w nich było co złego i potrzeba mi było obcej pomocy i podania mi ręki, abym powstać mogła. Błogosławiony niech będzie Pan, iż pierwszą ręką pomocną podaną mi ku podźwignięciu mnie nareszcie, była ręka Jego.

5. Widząc, że trwoga moja wciąż rośnie, w miarę coraz wyższych postępów swoich w modlitwie wewnętrznej poczęłam się domyślać, że jest w tym coś albo bardzo dobrego, albo bardzo złego; widziałam bowiem dobrze, że to, co we mnie się działo, są to rzeczy nadprzyrodzone, od woli mojej niezależne; czasem, gdy przychodziły, nie mogłam im się oprzeć, czasem znowu, choć chciałam, nie mogłam ich przywołać. Powiedziałam więc sobie, że nie ma tu innego dla mnie sposobu, tylko starać się o zachowanie czystego sumienia i chronić się od wszelkiej okazji do grzechu, choćby powszedniego. Wtedy, jeśli one pociechy są od Ducha Bożego, widoczny będzie zysk mój, a chociażby były sprawą ducha złego, przy takim z mojej strony staraniu o podobania się Panu i chronieniu się obrazy Jego, niewiele on zdoła mi zaszkodzić, owszem, sam na tym przegra. Uczyniwszy takie postanowienie i ustawicznie błagając (s.304) Pana o pomoc, starałam się spełniać com obiecała. Po kilku jednak dniach przekonałam się, że dusza moja nie ma w sobie dość siły, aby mogła sama jedna wznieść się do takiej doskonałości; lgnęła jeszcze do niektórych rzeczy, które choć z siebie nie były bardzo złe, dość jednak było i, tego na zepsucie całej pracy mojej.

6. Wskazano mi jednak uczonego kapłana (4), mieszkającego tu w mieście, który z łaski Pana poczynał słynąć między ludźmi z cnót i życia budującego. Postarałam się o widzenie się z nim za pośrednictwem pewnego pana, bardzo świątobliwego człowieka, zamieszkałego także tu w mieście. Jest to człowiek żonaty, ale życia tak przykładnego i cnotliwego, tak oddany modlitwie i uczynkom miłosiernym, że najsłuszniej słynie u wszystkich jako wzór dobroci i doskonałości, która też jasno się odbija w całej postawie jego. Wiele on duszom uczynił dobrego, bo takie ku temu posiada zdolności, że choćby się zdawać mogło, że stan jego małżeński powinien by mu stawać w tym na przeszkodzie, on przecie jakby wyższą siłą znaglony, nie może nie pracować ciągle na pożytek drugich. Wiele ma rozumu, bardzo uprzejmy jest dla wszystkich; rozmowa z nim nieciężka, przeciwnie, tak słodka i wdzięku pełna, a przy tym tak święta, że wszyscy, którzy z nim obcują, największą w niej znajdują przyjemność. We wszystkim zaś co czyni, jedynie ma na celu większy pożytek duszy tych, z którymi ma do czynienia i jedyne, rzekłbyś, szczęście swoje na tym zakłada, by służył wszystkim i każdemu w czym tylko może, i wszystkich, ile zdoła, uszczęśliwił. (s.305)

7. I dla mnie, rzec mogę, błogosławiony i święty ten człowiek, roztropnym ze mną postępowaniem swoim stał się początkiem zbawienia. Zdumiewam się nad jego pokorą, jaką zwłaszcza względem mnie okazał on, co już blisko od czterdziestu lat, o ile wiem — może dwa albo trzy lata mniej niż czterdzieści — oddany jest modlitwie i wiedzie życie pod każdym względem doskonałe, o ile mu stan jego na to pozwala. Za żonę także ma tak pobożną i miłości świętej pełną służebnicę Bożą, że ona z pewnością nie będzie mu przeszkodą do zbawienia; jest to jednym słowem żona godna takiego męża i jaką Bóg sam wybrał, aby była towarzyszką tego, którego przejrzał, iż będzie Mu tak wiernym i gorliwym sługą (5). Kilku miał krewnych, bliskich moich krewnych. Z jednym zwłaszcza, ożenionym z cioteczną siostrą moją, również bardzo cnotliwym sługą Bożym, w bliskich żył stosunkach.

8. Przez niego więc, bo łączyła ich obu ścisła przyjaźń, uprosiłam tak gorliwego kapłana, o którym wyżej wspomniałam, aby zechciał do mnie przyjść i ze mną pomówić; przy czym miałam zamiar przed nim się wyspowiadać i obrać go sobie za przewodnika. Gdy tedy przyszedł i wszczął ze mną rozmowę, ja z zawstydzeniem wielkim, iż mam przed sobą męża tak świątobliwego, zdałam mu sprawę ze stanu duszy mojej i o tym co się dzieje ze mną na modlitwie. — Spowiadać mię nie chciał, wymawiając się zatrudnieniami swymi, których (s.306) w istocie miał wiele. Sądząc jednak, że jestem odważna i silna, jaką bym rzeczywiście powinna była być i jak się słusznie tego mógł po mnie spodziewać, widząc mię podniesioną na tak wysoki stopień modlitwy — ze świętą stanowczością począć domagać się ode mnie takiej doskonalej wierności Bogu, iżbym Go nigdy w najmniejszej rzeczy nie obrażała. Wobec tej stanowczości jego, naglącej mię do porzucenia natychmiast małych usterek, do wyrzeczenia się których tak od razu i tak zupełnie nie dostawało mi, jak mówiłam, siły i odwagi, zasmuciłam się widząc, że on traktuje sprawy duszy mojej jakoby chciał w jednej chwili ją przerobić, kiedy ja przeciwnie czułam, że potrzeba jej na to daleko dłuższego około niej starania.

9. Zrozumiałam ostatecznie, że środki, jakie mi podawał, nie były odpowiednim dla mnie lekarstwem; były to środki właściwe dla dusz doskonalszych; ja zaś, choć pod względem użyczonych mi łask Bożych stałam wysoko, cnót przecie i ducha umartwienia zaledwo pierwsze miałam początki. Rzecz pewna, że gdyby mi przyszło na jego radach i przewodnictwie poprzestać, dusza moja nigdy by nie była się podźwignęła, bo samo już to udręczenie, że nie czynię — ani jak mi się zdawało, uczynić nie mogę — tego, co on mi zalecał, mogło mi odjąć nadzieję i popchnąć mię do porzucenia wszystkiego.

Nieraz temu się dziwię, jak to się stało, że kapłan ten, mający szczególną łaskę do pociągania dusz do Boga, nie miał światła do zrozumienia duszy mojej i nie mógł się podjąć jej kierownictwa. Wszystko to snadź Bóg sam zrządził dla większego dobra mojego, abym się poznała i weszła w stosunki z ludźmi tak świątobliwymi, jakimi są Ojcowie Towarzystwa Jezusowego.

10. Od tego dnia umówiliśmy się ze wspomnianym już świątobliwym panem, znajomym moim, że będzie mię od czasu do czasu odwiedzał. Tu się okazała wielka pokora jego, że nie wzdrygał się wchodzić w stosunki z taką niecnotliwą istotą, jaką ja byłam. Począł tedy odwiedzać mię i dodawał mi odwagi mówiąc, że daremnie wyobrażałabym sobie, bym (s.307) zdołała w jeden dzień oderwać się od wszystkiego, że Bóg sam powoli to sprawi, że i on także przez kilka lat podlegał małym usterkom i długo nie mógł zwyciężyć siebie, aby je porzucił. O pokoro, jakże wielkie dobra przynosisz temu, kto cię posiada, i tym, którym dane jest do niej się zbliżyć! W pokorze swojej i dla pocieszenia mnie święty ten (bo słusznie jak sądzę, tym mianem zwać go mogę), wyznawał mi rzeczy, które jemu wydawały się usterkami, a w moim stanie i powołaniu rzeczywiście byłyby wielkimi, ale ze względu na stan jego, żadnej w sobie nie miały winy ani niedoskonałości.

Nie bez przyczyny rozszerzam się nad tymi drobnymi sposobami, jakich ze mną używał mój przyjaciel; są to na pozór drobnostki, a przecie tak skutecznie pomagają one do postępu duszy początkującej i tak ją sposobią do wzlotu (choć jej jeszcze, jak to mówią, skrzydła nie urosły), że nikt by temu nie dał wiary, kto sam tego nie doświadczył. A ponieważ wasza miłość, jak ufam w Bogu, powołany jest do uświęcenia wielu dusz, dlatego tu oświadczam, że uzdrowienie swoje temu zawdzięczam, iż miałam lekarza, który umiał mię leczyć, z pokorą i z miłością ze mną się obchodzić i z cierpliwością mię znosić, choć nie zaraz we wszystkim się poprawiłam. Postępował ze mną roztropnie, powoli mię wiodąc ku rzeczom lepszym i podając mi sposoby, jak zwyciężać diabła. Tak go pokochałam, że każdy dzień odwiedzin jego, choć takich dni było niewiele, największe mi sprawiał uspokojenie. Jeśli kiedy opóźniało się przyjście jego, wielkim to bywało dla mnie zmartwieniem; zaraz sobie myślałam, że dlatego nie przychodzi, że nie chce już widzieć takiego niecnotliwego stworzenia.

11. Gdym odkryła przed nim tyle tak wielkich niedoskonałości swoich, a były to może i grzechy (choć od czasu jak zaczęłam przed nim się otwierać, w wielu rzeczach już się poprawiłam), gdy przy tym wspomniałam mu o łaskach, jakich Bóg mi użyczył, on odpowiedział mi, że jedno nie zgadza się z drugim, że takie łaski otrzymują dusze wysoko już posunięte w doskonałości i umartwione, że przeto nie może nie lękać się o mnie. W niektórych rzeczach zdawało mu się, że jest to sprawa (s.308) ducha złego, choć stanowczo tego nie twierdził; zawsze jednak radził mi, bym dobrze zastanowiwszy się, zebrała w myśli wszystko co wiem i rozumiem o tych swoich przejściach na modlitwie, i dokładnie mu wszystko opowiedziała. Nowe tu wszczęło się dla mnie utrapienie, bo jasno określić, co się dzieje ze mną na modlitwie, wówczas jeszcze żadną miarą nie umiałam; teraz dopiero, niedawno temu Bóg mi dał tę łaskę, że rozumiem na czym się zasadzają te przejścia i potrafię je wypowiedzieć.

12. Nie mogąc więc spełnić tego zalecenia jego, a przy tym będąc w trwodze o siebie, wielkie miałam z tego strapienie i zalewałam się łzami. Byłam pewna tego, że pragnę podobać się Bogu, nie mogło mi się pomieścić w głowie, by to, czego doznaję, było złudą czartowską, ale bałam się czy Bóg snadź dla wielkich grzechów moich nie zaślepił mię, abym nie poznała prawdy. Poczęłam szukać w książkach czy nie znajdę w nich opisanego mojego rodzaju modlitwy; jakoż natrafiłam na jedną noszącą tytuł: Wstępowanie na górę (6), gdzie w rozdziale o zjednoczeniu duszy z Bogiem znalazłam wskazane znaki, jakie widzę w sobie, mianowicie ustanie wszelkiej myśli własnej; bo na to właśnie, zdając sprawę o sobie doradcy swojemu, głównie nalegałam, że będąc w tym stanie modlitwy, zgoła myśleć nie mogę. Zakreśliłam to miejsce i oddałam mu książkę, aby wspólnie z tym świętym kapłanem i sługą Bożym, o którym mówiłam, przeczytali ten ustęp i powiedzieli mi potem co mam uczynić. Gotowa byłam, jeśli oni tak osądzą, całkiem zaniechać modlitwy wewnętrznej. Bo jeślibym miała tylko narażać się na takie niebezpieczeństwo i jeśli po blisko dwudziestu latach oddawania się rozmyślaniu, innej z niego nie osiągnęłam korzyści, jeno omamienie od ducha złego, toć lepiej go się wyrzec zupełnie. Prawdę jednak mówiąc, to zrzeczenie się twardą byłoby dla mnie ofiarą, bo już tego (s.309) doświadczyłam w co się obraca dusza moja, gdy zaniecha modlitwy wewnętrznej. Tak więc, czy w tę stronę patrząc, czy w drugą, samo tylko widziałam udręczenie, podobna do człowieka, który rzucony na środek rzeki, dokądkolwiek się zwróci, z każdej strony większym widzi się zagrożony niebezpieczeństwem i już prawie tonie.

Jest to bardzo wielkie udręczenie, a wiele takich przecierpiałam, jak niżej opowiem. Choć to na pozór zdaje się rzeczą mało ważną, może jednak ta wiadomość komu się przydać, bo pozna z niej, w jaki sposób doświadcza się ducha.

13. Wielkie, powtarzam, bywa z tego powodu udręczenie; wielkiej też potrzeba oględności w obchodzeniu się z tymi, którzy je cierpią, zwłaszcza jeśli to kobiety; skutkiem bowiem słabości naszej, ciężką mógłby takiej wyrządzić szkodę, kto by jej wręcz oświadczył, że to, co się w niej dzieje jest sprawą ducha złego. Potrzeba tu pilnie i gruntownie zbadać wszystko i oddalić taką duszę od niebezpieczeństw, jakie jej grozić mogą i zalecić jej usilnie, aby milczała i z swojej strony też jak należy, dochować jej tajemnicy.

Mówię to nauczona własnym doświadczeniem, bo dużo wycierpiałam z tego powodu, że tacy, którym się zwierzałam z przejść swoich na modlitwie, nie dotrzymali mi sekretu, radząc się tego i owego, rzekomo dla dobra mojego, a tylko mi szkodę wielką wyrządzili, rozgłaszając rzeczy, które powinny były pozostać w najgłębszej tajemnicy — bo nie są to rzeczy, o których by wypadało wiedzieć wszystkim — a przy tym jeszcze ściągnęli na mnie pozór, jakobym sama je rozgłaszała. Nie było w tym, wierzę, winy ich, tylko Pan to dopuścił, abym ja miała co cierpieć. Nie mówię, by wyjawiali to, co im wyznawałam na spowiedzi, ale ponieważ charakter i urząd ich był mi powodem do zdawania im sprawy z trwóg moich, aby mię oświecili, zdawało mi się, że o tym powinni byli milczeć. Tym bardziej, że ja z zupełną ufnością przed nimi się otwierając, nie śmiałam nigdy czegokolwiek zataić.

Takie więc jest zdanie moje, że w prowadzeniu kobiet należy zachowywać wielką roztropność, dodając im odwagi i (s.310) czekając chwili, kiedy Pan sam przyjdzie im w pomoc, jak i mnie uczynił. Gdyby nie szczególna łaska Jego, te strachy, których mi napędzano, przy bojaźliwym i lękliwym usposobieniu moim i przy cierpieniu sercowym, któremu podlegam, mogły mieć dla mnie skutki bardzo groźne i sama sobie się dziwię, że mi więcej nie zaszkodziły.

14. Oddałam więc, jak mówiłam, ową książkę wraz z dokładnym, o ile mogłam, opisem życia i grzechów moich. (Nie sposobem spowiedzi, ponieważ był to człowiek świecki, ale zawsze z tym zamiarem, by dobrze poznał całą nędzę moją). Obydwaj ci słudzy Boży z wielką miłością i życzliwością przystąpili do wspólnej między sobą narady, co mi czynić należy.

Ja tymczasem polecałam siebie modlitwom wielu dusz pobożnych i sama ustawicznie się modląc, z wielką trwogą oczekiwałam odpowiedzi. Nareszcie po kilku dniach przyszedł do mnie on przyjaciel mój bardzo zmartwiony i oświadczył mi, że zdaniem ich obu, jest to najprawdopodobniej sprawa złego ducha. Dodał, że powinnam znieść się z którym z Ojców Towarzystwa Jezusowego, że każdy z nich, skoro go wezwę, powołując się na potrzebę duchową, przyjdzie, że powinnam odbyć przed nim spowiedź z całego życia, zdać mu sprawę ze wszystkich przejść swoich i z całego usposobienia swego, starając się przedstawić mu wszystko jak najjaśniej, że każdy z tych Ojców wielkie ma doświadczenie w rzeczach duchowych, a Bóg mocą sakramentu pokuty jeszcze mu światła przymnoży; że wreszcie powinnam słuchać go, nie odstępując w niczym od tego, co mi zaleci, bo bez przewodnika, który by mną kierował, wielkie mi grozi niebezpieczeństwo.

15. Odpowiedź ta tak mię przeraziła i zgnębiła, że nie wiedziałam co począć i zalewałam się łzami. Gdy tedy tak klęczałam w kaplicy domowej ciężko strapiona i pytając siebie co teraz ze mną będzie, otworzyłam książkę — którą snadź Bóg sam podał mi do ręki — i wyczytałam z niej te słowa św. Pawła, że wierny jest Bóg i nigdy tym, którzy Go miłują, nie (s.311) dopuści ulec zdradzie diabelskiej (7). Słowa te niezmierną mi przyniosły pociechę.

Zabrałam się do przygotowania spowiedzi generalnej, spisując wszystko złe i dobre, kreśląc jak umiałam i zdołałam najjaśniej obraz całego życia swego, niczego nie opuszczając, co tylko wiedziałam i pamiętałam.

Pamiętam dziś jeszcze jaki uczułam srogi ból i smutek, gdy przeglądając potem to com była spisała, tyle tam widziałam złego a prawie nic dobrego. Trapiło mię i to, że zobaczą mię w domu rozmawiającą z takimi świętymi ludźmi, jakimi są Ojcowie Towarzystwa Jezusowego; strach mię także ogarniał na wspomnienie niecnotliwych nałogów moich i na myśl, że już teraz będę musiała je porzucić i wyrzec się próżnych rozrywek swoich, bo gdybym tego nie uczyniła, jeszcze gorzej potem byłoby ze mną. Uprosiłam więc zakrystiankę i furtiankę, aby nikomu o tym nie mówiły: ale mi to nie pomogło, bo w chwili gdy mię zawołano do furty, znalazła się tam właśnie inna zakonnica i rozgłosiła rzecz po całym klasztorze. Ileż to przeszkód i strachu szatan wznieca tym, którzy pragną zbliżyć się do Boga!

16. Gdym już otworzyła całą duszę swoją przed onym sługą Bożym (8) — a był to mąż prawdziwie roztropny i wysoce biegły w rzeczach duchowych — objaśnił mię wówczas co do stanu duszy mojej i bardzo mię podniósł na duchu. Oznajmił mi, że to, co się we mnie dzieje, najwyraźniej jest z ducha Bożego; ale powinnam zacząć na nowo uczyć się modlitwy wewnętrznej, bo moja dotąd nie była oparta na mocnym fundamencie i jeszcze nie rozumiem dobrze umartwienia (co też było prawdą, bo do tego czasu bodaj czy znałam tę cnotę choć z nazwy). Dodał, że nigdy pod żadnym warunkiem nie powinnam opuszczać modlitwy bogomyślnej, ale raczej z (s.312) wszystkiej siły swojej do niej się mam przykładać, kiedy Bóg takich mi nadzwyczajnych łask na niej użycza. Czyż możesz wiedzieć, mówił, czy Pan nie postanowił przez ciebie wiele innych dusz przywieść do życia cnotliwego i zbawienia? Wiele innych jeszcze rzeczy powiedział mi (jakby duchem proroczym przepowiadając to, co Pan później ze mną uczynił). Ostrzegł mię w końcu, że wielka byłaby wina moja, gdybym nie odpowiadała tym łaskom, których Pan mi udziela. W tym wszystkim co mi mówił, zdawało mi się, że słyszę głos samegoż Ducha Świętego na uzdrowienie duszy mojej, tak słowa jego głęboko do niej wnikały.

17. Wielkie czułam zawstydzenie, ale zarazem także czułam, że ten mąż Boży sposobem w jaki mię prowadzi, zupełną jakoby sprawuje we mnie odmianę. O jakże to wielka rzecz zrozumieć duszę! Zalecił mi, bym co dzień odprawiała rozmyślanie o którym ustępie Męki Pańskiej i starała się korzyść z niego osiągnąć, bym myślała tylko o Człowieczeństwie Zbawiciela, a owym wewnętrznym skupieniom i słodkościom opierała się wedle możności i miejsca im nie dawała, póki mi nie powie inaczej.

18. Pozostawił mię pocieszoną i umocnioną; Pan jak i przyszedł w pomoc, tak i jego wspomógł, aby zrozumiał stan mojej duszy i jak nią ma kierować. Uczyniłam mocne postanowienie, że w niczym nie odstąpię od tego, co mi zalecił i do tego czasu wierna pozostałam postanowieniu swemu. Chwała niech będzie Panu, że dał mi łaskę abym była posłuszna, choć niedoskonale, spowiednikom swoim i że spowiednikami moimi byli prawie zawsze ci błogosławieni mężowie z Towarzystwa Jezusowego, chociaż powtarzam, posłuszeństwo moje dla nich nie było doskonałe.

Odtąd już widoczna poprawa zaczęła się w duszy mojej, jak to zaraz opowiem. (s.313)

 

ROZDZIAŁ 24

Opowiada w dalszym ciągu o tym samym: jakie postępy czyniła jej dusza, odkąd się poddała posłuszeństwu; jak daremnie opierała się łaskom Bożym i jak Pan zsyłał jej łaski coraz większe.

1. Po tej spowiedzi dusza moja pozostała tak podatna i miękka, że nie było, zdaje mi się rzeczy tak trudnej, na którą bym nie była gotowa. Znaczna też w wielu rzeczach poczęła się we mnie odmiana, jakkolwiek spowiednik do niej mnie nie naglił, owszem, jakoby do tych rzeczy mało wagi przywiązywał; i to tym mocniej mię pobudzało, że mię tak prowadził drogą miłości Bożej, pozostawiając mi niejako wolność i nie nagląc, ażby miłość sama mię przynagliła.

Przetrwałam tak około dwóch miesięcy, usiłując ile tylko było w mojej mocy, opierać się pociechom i łaskom Bożym. Na zewnątrz odmiana jaka była zaszła we mnie, okazywała się widocznie; bo już mi Pan zaczynał dodawać odwagi do zdobywania się na pewne rzeczy, które tym, co mię przedtem znali i samymże nawet moim towarzyszkom klasztornym wydawały się skrajnie przesadne i poniekąd miały słuszność, bo w porównaniu z dawniejszym postępowaniem moim były to istotnie rzeczy skrajne i przesadne; ale w porównaniu z tym, do czego obowiązywał mię habit mój i profesja, pozostawały one daleko za kresem powinności.

2. Z tego zaś swego opierania się słodkościom i pociechom Bożym tę korzyść odniosłam, że Pan sam dał mi naukę, jakiej potrzebowałam. Przedtem wyobrażałam sobie, że chcąc otrzymać pociechy na modlitwie, potrzeba jak najgłębszego odosobnienia się, za czym i ledwo śmiałam zrobić najmniejsze poruszenie; teraz przekonałam się, jak mało na tym zależy, bo właśnie gdy najbardziej starałam się rozerwać uwagę. Pan tym bardziej zalewał mię ową słodkością i chwałą, jakoby zewsząd mię ogarniającą tak, iż dokądkolwiek próbowałam uciec, wszędzie mi, że tak powiem, drogę zastępowała; mówię szczerze jak było. Ja sprzeciwiałam się z usilnością, dochodzącą (s.314) aż do zniemożenia. Ale większa była usilność Pańska w udzielaniu mi łask swoich i więcej niż zwykle w ciągu tych dwóch miesięcy objawiał się we mnie, abym lepiej zrozumiała, że nie jest w mocy mojej Mu się oprzeć.

Poczęła się we mnie wzmagać na nowo miłość świętego Człowieczeństwa. Poczęła się utwierdzać modlitwa moja jak budowa na mocnym fundamencie oparta. Poczęłam także więcej przykładać się do pokuty, którą byłam zaniechała z powodu niemocy swoich. Mąż on święty, który mię spowiadał, powiedział mi, że niektóre sposoby pokuty nie mogą mi zaszkodzić i że może właśnie dlatego Bóg zsyła na mnie tyle chorób, że ja nie czynię pokuty, za czym On sam mi ją w taki sposób zadaje. Przepisał mi niektóre umartwienia, które mi wcale nie przypadały do smaku. Wszystko jednak spełniłam mając to przekonanie, że Pan sam tak mi każe, a jemu użycza łaski, aby takie mi dawał rozkazy, a ja abym słuchała. Już dusza moja odczuwała każdą, choćby w rzeczy najmniejszej obrazę Boga tak dalece, że jeśli kiedy na przykład zdarzyło mi się mieć w posiadaniu swoim jaką rzecz niepotrzebną, nie mogłam żadną miarą skupić się w sobie, póki się jej nie pozbyłam. Usilnie błagałam Pana, by mię trzymał w ręku swoim i nie dopuszczał do tego, bym dostąpiwszy szczęścia zostawania pod kierunkiem sług Jego miała się wstecz cofnąć. Zdawało mi się, że byłoby to wielką z mojej strony niegodziwością, gdyby powaga ich miała przeze mnie ucierpieć w oczach ludzkich.

3. W tym czasie przybył do naszego miasta O. Franciszek, niegdyś książę Gandii (1), który na kilka lat przedtem wszystko opuścił i wstąpił do Towarzystwa Jezusowego. Spowiednik mój i on pan, o którym mówiłam, skłonili go do odwiedzenia (s.315) mnie, abym mogła z nim pomówić i zdała mu sprawę ze swej modlitwy wewnętrznej, znając wysoką świątobliwość jego i wiedząc, jak wielkimi łaskami i darami duchowymi Bóg go obsypuje, odpłacając mu już i w tym życiu za to, że wiele dla Niego opuścił.

Gdy więc wysłuchał wyznania mego, upewnił mię, że to, co we mnie się dzieje, jest z Ducha Bożego i że, zdaniem jego, niedobrze byłoby dłużej jeszcze tym łaskom się opierać, chociaż dobrze zrobiłam, że dotąd przez posłuszeństwo im się sprzeciwiałam; lecz teraz już zawsze mam zaczynać rozmyślanie od którejkolwiek tajemnicy Męki Pańskiej. Jeśliby zaś potem Pan zachwycił mię w duchu, bylebym sama się o to nie starała, już nie mam się opierać, jeno poddać się działaniu boskiej mocy Jego. Tą radą swoją i takim podanym mi lekarstwem okazał, jak daleki i wysoki był własny jego postęp w bogomyślności; bo w tych rzeczach wiele znaczy doświadczenie. Powtórzył mi raz jeszcze, że byłoby błędem, gdybym jeszcze chciała się opierać.

Wielką z tej rozmowy miałam pociechę i on pobożny przyjaciel mój także niezmiernie rad był z zapewnienia, że przejścia moje są od Boga i po dawnemu niósł mi pomoc i radę w czym tylko mógł, a mógł wiele.

4. Około tego czasu spowiednik mój (2) został przeniesiony z tego miejsca na drugie, co bardzo żywo odczułam, bo zdawało mi się, że bez niego znów wrócę do dawnych grzechów swoich i że niepodobna mi będzie znaleźć drugiego takiego. Dusza moja czuła się jakby na puszczy bardzo strapiona i strwożona. Nie wiedziałam co z sobą począć. Jedna z krewnych moich wystarała się o pozwolenie zabrania mię do domu swego; a ja skoro się u niej znalazłam, natychmiast poczęłam się starać o drugiego spowiednika z tegoż Towarzystwa Jezusowego (3). Łaskawym zrządzeniem Bożym zdarzyło (s.316) mi się zawrzeć przyjaźń z jedną panią, wdową, osobą wysokiego rodu i bardzo pobożną (4), która miała znajomości z Ojcami. Namówiła mię, abym się udała do jej spowiednika (5). Zamieszkałam na kilka dni w jej domu, który był blisko ich klasztoru. Ucieszyłam się niezmiernie z tej możności widywania ich często; sam już widok świętego ich życia mocno na mnie działał z wielkim dla duszy mojej pożytkiem.

5. Ojciec ten począł mię wieść do wyższej doskonałości. Mówił mi, że niczego nie powinnam zaniechać, co tylko uczynić mogę dla podobania się Bogu w zupełności. Postępował jednak ze mną z wielką oględnością i łagodnością, bo jeszcze dusza moja nie miała potrzebnego męstwa, była (s.317) przeciwnie, jeszcze bardzo miękka, zwłaszcza gdy chodziło o porzucenie pewnych przyjaźni, w których, choć nie było obrazy Bożej, było jednak dużo ludzkiego przywiązania, i zdawało mi się, że zrywać je byłoby niewdzięcznością. Tak też wymawiałam się spowiednikowi: kiedy nie ma w tym obrazy Bożej, mówiłam, czemuż więc miałabym okazywać się niewdzięczną? On na to zalecił mi, abym przez kilka dni tę sprawę polecała Bogu i odmawiała hymn Veni Creator, prosząc o światło ku poznaniu, co w tym razie będzie doskonalszego. Gdy więc pewnego dnia, po długim rozmyślaniu i błagalnej do Pana modlitwie, aby mi dopomógł czynić wolę Jego we wszystkim; zaczęłam ów hymn, w ciągu odmawiania tegoż przyszło na mnie zachwycenie tak nagłe, że prawie całkiem odeszłam od siebie; nie mogłam żadnej o tym mieć wątpliwości, bo rzecz była jawna. Było to pierwszy raz, że mi Pan użyczał tej łaski zachwycenia. Usłyszałam te słowa: Nie chcę już, byś obcowała z ludźmi tylko z aniołami (6). Wielki mię strach ogarnął, tak z powodu silnego wstrząśnięcia, jakie w duszy mojej sprawiło zachwycenie, jak i dlatego, że słowa one brzmiały gdzieś w najdalszej głębi ducha mego. Byłam więc przestraszona, do czego zapewne przyczyniła się także nowość rzeczy, przedtem mi nie znanej; ale z drugiej strony uczułam i wielką pociechę, która i potem, gdym ochłonęła z przerażenia, we mnie pozostała.

6. Słowa one boskie najzupełniej we mnie się sprawdziły, bo od tego czasu nigdy już nie zdołałam zawrzeć przyjaźni ani znajdować przyjemności, ani szczególną łączyć się miłością, jeno z takimi, w których widziałam miłość Boga nad wszystko i ochotną do służby Jego gotowość. Nie potrafię inaczej ani nie zważam na to, czy to krewni lub dawni przyjaciele; z wyjątkiem dusz oddanych bogomyślności, przestawanie z kim bądź innym jest dla mnie krzyżem uciążliwym; tak mnie się przynajmniej zdaje, owszem, sądzę, że bez żadnej wątpliwości mogę twierdzić, że tak jest. (s.318)

7. Od tego dnia takiego nabrałam męstwa do opuszczenia wszystkiego dla Boga, jak Jemu spodobało się w tej jednej chwili — bo dłużej to zdaje mi się, nie trwało — swoją służebnicę przemienić w innego człowieka. Już teraz nie było potrzeba przynaglać mię rozkazem. Przedtem spowiednik mój, widząc mię tak mocno uwikłaną w one przywiązania, nie śmiał kazać mi stanowczo, bym się ich wyrzekła; snadź czekał, ażby Pan sam to zdziałał, jako i uczynił, bo ja już nie spodziewałam się, bym zdołała z tych więzów się wyzwolić. Tak ciężką mi była ta walka, że już myślałam jej zaniechać, pocieszając się tym, że nie chodzi tu o rzecz zdrożną. Pan sam potargał więzy moje i dał mi męstwo do wykonania tej ofiary. Wyznałam to wszystko spowiednikowi swojemu i wyrzekłam się wszystkiego według zalecenia jego; tym zaś, z którymi przedtem w tak czułej żyłam przyjaźni, przykład mój i odwaga, z jaką się od nich oderwałam, wielką stały się zachętą i pomocą ku dobremu.

8. Niech będzie Bóg błogosławiony na wieki, iż w jednej chwili dał mi to wyzwolenie, którego ja całą, przez wiele lat pracą swoją wywalczyć na sobie nie mogłam, choć nieraz tak usilnie z sobą walczyłam, że zdrowie moje mocno na tym cierpiało. Gdy zaś raczył to sprawić we mnie Ten, który możny jest i prawdziwy Pan wszystkiego stworzenia, bez najmniejszej już trudności ani przykrości ofiarę tę spełniłam.

 

ROZDZIAŁ 25

Jakim sposobem dusza może rozumieć słowa, które Bóg do niej mówi niesłyszalnie. — O niektórych złudach, jakie pod pozorem tej mowy wewnętrznej zdarzyć się mogą, i po czym je poznać.

1. Nie będzie, jak sądzę, od rzeczy, że bliżej objaśnię sposób i rodzaj tej mowy, którą Bóg czyni do duszy i czego dusza pod jej wpływem doznaje, aby wasza miłość to zrozumiał. (s.319) Od onego dnia, w którym Pan, jak mówiłam, pierwszy raz użyczył mi tej łaski, bardzo często aż do tego czasu ją otrzymuję, jak się to okaże z dalszego ciągu opowiadania mego.

Są to słowa zupełnie wyraźne, ale uszyma ciała ich nie słychać, a przecie rozumie się je bez porównania jaśniej, niż gdyby się je słyszało i uchylić się od rozumienia ich, jakkolwiek by się kto opierał, usilność daremna. Tu na ziemi, gdy nie chcemy słyszeć słowa ludzkiego, możemy zatkać sobie uszy albo w inną stronę uwagę naszą skierować i tak słyszeć tylko brzmienie słów, ale znaczenia ich nie rozumieć. Lecz od tej mowy, którą Bóg podaje do duszy, nie ma sposobu się obronić; słowa tej mowy, choćby nam były niemiłe, zmuszają nas do słuchania, i rozum czy chce, czy nie chce, musi uważać na to i rozumieć, co Bóg chce, abyśmy usłyszeli i zrozumieli. Przez to On, który wszystko może, daje nam uczuć, że czego chce, to musi się spełnić i objawia się prawdziwym i wszechwładnym Panem naszym. Wiem o tym z własnego, wielokrotnego doświadczenia: przez dwa lata (1), bojąc się bardzo, by nie było w tym ułudy diabelskiej, opierałam się tej mowie wewnętrznej i teraz jeszcze niekiedy próbuję się opierać, ale na próżno.

2. Chciałabym wykazać złudzenia i błędy, jakie się tu zdarzyć mogą (chociaż kto już jest dobrze w tych rzeczach doświadczony, sądzę, że rzadko kiedy im ulegnie albo i nigdy; ale potrzeba na to dużego doświadczenia); chciałabym również zaznaczyć różnicę, jaka zachodzi między mową ducha dobrego a mową ducha złego, albo jeszcze mową, jaką sam rozum — co zdarzyć się może — w sobie wytwarza i w duchu sam mówi do siebie (nie wiem, czy to ostatnie być może, ale dotąd zdawało mi się że tak). Kiedy Bóg mówi, wiem o tym z doświadczenia w wielu zdarzeniach nabytego, że to, co mówi, niezawodnie się spełni; wiele rzeczy, zapowiedzianych mi na dwa, trzy lata naprzód, ściśle się sprawdziło i dotąd ani jedna taka zapowiedź nie okazała się mylna. Są inne jeszcze znaki, po których jasno się poznaje ducha Bożego, jak o tym powiem niżej. (s.320)

3. Może kto, jak sądzę, w chwili, gdy żarliwie i z wielkim pożądaniem jaką sprawę Bogu poleca, wyobrazić sobie, że słyszy wewnętrznie coś jakby odpowiedź, że to, o co prosi, stanie się lub nie; jest to rzecz bardzo możliwa. Ale kto kiedy słyszał w sobie on drugi rodzaj mowy, która jest od Boga, ten jasno jedno od drugiego rozróżni, bo różnica jest wielka. Jeśli jest to mowa, którą rozum tworzy z siebie, jakkolwiek by to czynił subtelnie, zawsze będzie czuł, że to on sam coś w sobie układa i sam mówi. Co innego jest układać samemu mowę, a co innego słuchać mowy drugiego: tu zaś rozum widzi, że nie słucha, jeno że sam działa. Prócz tego, słowa te, które rozum sam tworzy, mają w sobie coś jakby głuchego i zawiłego; brak im tej jasności, jaką posiadają tamte; stąd też jest w mocy naszej od tych słów własnego rozumu odwrócić uwagę, tak jak kto mówi, może zamilknąć; ale na ona mowę Boga w duszy nie ma sposobu nie zważać.

Na koniec, jest jeden jeszcze znak najpewniejszy z wszystkich: mowa własnego umysłu nie sprawuje skutków; mowa zaś ta, którą mówi Pan, jest słowem zarazem i czynem. I chociażby słowa Jego nie zmierzały wprost do wzbudzenia w nas pobożności i miłości, jeno do karcenia nas za uchybienia nasze, od razu przecie zmieniają nasze usposobienie wewnętrzne i czynią duszę zdolną i ochotną do wszystkiego, i miękką, i podatną i światło, i wesele, i pokój jej przynoszą. I jeśli dusza była w oschłości, nękana zamieszaniem wewnętrznym i niepokojem, wszystko to jakby za obróceniem ręki nie tylko od niej odpada, ale w słodkość i rozkosz wewnętrzną się zamienia: snadź chce Pan, aby po tym poznała wielmożność Jego, iż słowa Jego są czynami.

4. Taka więc, zdaniem moim, zachodzi tu różnica, jaka jest między mówieniem a słuchaniem. Bo jak już powiedziałam wyżej, kiedy sama mówię, zbieram i układam rozumem to, co mam powiedzieć; ale kiedy kto inny mówi do mnie, żadnej tu pracy nie mam, tylko słucham. Tamta mowa rozumu jest jakoby czymś nie dającym się ściśle określić, jakby marzeniem człowieka na wpół śpiącego; ta druga, Boża mowa, przeciwnie, (s.321) ma głos tak wyraźny, że słuchający nie straci z niej ani jednej zgłoski. Nieraz bywa tak, że mowa ta daje się słyszeć w chwili, kiedy dusza w takim jest wewnętrznym odmęcie i rozum ma tak roztargniony, że nie zdoła się zdobyć ani na jedną myśl porządną, a jednak od pierwszego słowa tej mowy, jak już wspomniałam, cała się zmienia i takie w sobie znajduje gotowe, przez on głos Boży jej podane wysokie prawdy i tajemnice, jakich by sama przy największym nawet skupieniu dojść nie potrafiła; jest to tym widoczniejsze, jeśli to się dzieje w czasie zachwycenia, gdy władze duszy zostają w zawieszeniu. Jakże by wówczas mogła przyjść sama z siebie do zrozumienia takich rzeczy, które i przedtem nigdy jej w myśli nie postały? albo jak mogłaby jej przyjść ta myśl w zachwyceniu, kiedy pamięć jakoby zgoła nie działa, a wyobraźnia jest, rzec by można, zbita z tropu?

5. Jedną tu jeszcze zrobię uwagę; widzenia, jakie dusza mieć, albo słowa wewnętrzne, jakie słyszeć może, nigdy, jak mnie się zdaje, nie przychodzą w czasie, gdy dusza w samymże zachwyceniu złączona jest z Bogiem; w tym czasie bowiem — jak to już, zdaje mi się, objaśniłam wyżej, mówiąc o drugim sposobie podlewania ogrodu (2) — wszystkie władze duszy całkiem się gubią w Bogu i w takim stanie nie zdaje mi się, by cokolwiek widzieć albo słyszeć, albo rozumieć mogła. Cała jest wtedy w mocy większego i w tym czasie, który zresztą trwa bardzo krótko, Pan, jak mnie się widzi, nie pozostawia jej żadnej do niczego wolności. Ale i po przejściu tej krótkiej chwili, dusza pozostaje jeszcze w zachwyceniu i wtedy to dzieje się to, o czym mówię: władze wówczas już nie są zgubione w Bogu, choć i teraz prawie nic nie działają; są jakoby pochłonięte i niezdolne do pracowania myślą. Tyle jest różnych sposobów do rozpoznania różnicy między mową wewnętrzną, pochodzącą od Boga, a taką, która skądinąd pochodzi, że choć kto może raz w tym względzie się omylić, omyłka ta przecie nie powtórzy się często. (s.322)

6. Twierdzę bez wahania, że dusza należycie wyćwiczona a roztropna, jasno i z wszelką łatwością pozna tę różnicę. Pominąwszy inne znaki, ułatwiające to rozpoznanie, wspomnę tu tylko następujące. Słowa pochodzące z nas samych nie sprawiają skutku i dusza ich nie przyjmuje (słowa pochodzące od Boga przyjąć musi, choćby nie chciała) ani nie daje im wiary. Wydają jej się raczej jakby próżne rojenia umysłu i tyle na nie zważa, ile by zważała na bredzenie człowieka w malignie. Ta druga mowa, przeciwnie, takie na nas robi wrażenie, jak gdybyśmy słyszeli mówiącą do nas osobę bardzo świętą i uczoną, i poważną, i dającą nam wszelką pewność, że kłamać nie może.

To porównanie jeszcze bardzo jest słabe, bo słowa te nieraz taki w sobie mają majestat, że nie zważając nawet od kogo one pochodzą, niepodobna nie zadrżeć, jeśli są to słowa nagany i karcenia, niepodobna nie rozpłynąć się z miłości, jeśli są to słowa łaskawości i dobroci. Nadto, jak już mówiłam, słowa te objawiają nam rzeczy, które nam nigdy w myśli nie powstały i w jednej chwili wypowiadają tyle tak głębokich i wspaniałych wyroków, iż na samo zebranie i ułożenie ich rozumem niemałego by czasu trzeba: wobec tego sądzę, iż niepodobna nie uznać, że nie jest to sprawa naszego utworu, jeno sprawa boska. Nie mam więc potrzeby dłużej się nad tym zatrzymywać, ktokolwiek ma doświadczenie, ten, zdaniem moim, dziwnym tylko trafem mógłby w tym punkcie ulec złudzeniu, chybaby sam rozmyślnie chciał się łudzić.

7. Zdarzało mi się nieraz, że powstawała we mnie wątpliwość, czy mam wierzyć temu co mi było powiedziane, czy nie było to proste przywidzenie (to jest później dopiero, gdy głos on przeminął, bo póki go słyszysz wątpić niepodobna), a przecie nieraz po długim czasie, to co słyszałam, spełniło się. Bo Pan tak mówi, że słowa Jego pozostają w pamięci i niepodobna ich zapomnieć, gdy przeciwnie słowa, pochodzące z własnego umysłu naszego są jakoby pierwszym poruszeniem myśli, które przemija i idzie w zapomnienie. Słowo Boga jest trwałe i rzeczywiste jak czyn, choć z upływem czasu może się (s.323) zatrzeć do pewnego stopnia pamięć o nim, ale nigdy tak zupełnie, by całkiem wyszło z pamięci, chyba po upływie bardzo długiego czasu, albo że były to słowa łaskawości czy nauki, ale słów proroczych, sądzę, że nigdy się nie zapomina; mnie przynajmniej nigdy się to nie zdarzyło, choć pamięć mam słabą.

8. Powtarzam raz jeszcze: różnicę między słowem Bożym a słowem ludzkim poznaje się z łatwością, i zdaje mi się rzeczą niepodobną, by dusza (chybaby, co nie daj Boże, tak była przewrotna, iżby chciała rozmyślnie udawać i twierdziła, że słyszy, kiedy tak nie jest) nie widziała jasno i nie czuła tego, kiedy sama sobie mowę wewnętrzną układa i sama mówi do siebie; zwłaszcza, jeśli choć raz słyszała mowę Ducha Bożego; bo jeśli nie słyszała, całe życie może pozostawać w złudzeniu i wyobrażać sobie, że Bóg do niej mówi. Przyznaję jednak, że co do mnie, złudzenia takiego nie pojmuję. Bo albo dusza ta pragnie słyszeć owe mowy albo nie. Jeśli, jak przypuszczam, nie pragnie tego, jeśli zatem, jak w takim razie być powinno, dręczy się gdy co usłyszy i wolałaby nigdy nic nie słyszeć z powodu tych udręczeń i trwóg, i innych wielu rzeczy tym podobnych, pragnąc raczej mieć spokój na modlitwie — jakże więc, gdy mimo to kiedy sama do siebie przemówi, może jeszcze łudzić się i nie widzieć tego, że to własna jej mowa, skoro tyle musiała miejsca i czasu pozostawić rozumowi na zebranie i ułożenie potrzebnych myśli? Boć czasu na utworzenie takiej mowy potrzeba. Co innego mowa Boża: tu w jednej chwili otrzymujemy oświecenie i naukę, i w mgnieniu oka poznajemy rzeczy, na których ułożenie rozumowi miesiąca czasu ledwo by starczyło, i taka nieraz wspaniałość ich i głębokość, że wobec nich samże rozum i duszę całą przerażenie ogarnia.

9. Jest to szczera prawda i ktokolwiek pozna te rzeczy z własnego doświadczenia, ten przekona się, że co do słowa tak jest, jak powiedziałam. Chwała bądź Panu, że potrafiłam to wszystko określić. Na zakończenie tych uwag co do mowy własnego umysłu, dodam jeszcze ten znak: mowę tę możemy (s.324) usłyszeć ile razy zechcemy, i będąc na rozmyślaniu, zawsze możemy sobie wyobrazić, że ktoś do nas mówi. Inaczej rzecz się ma z mową Bożą, mogę dniami całymi czekać i pragnąć usłyszenia jej i nic nie usłyszę; przeciwnie, w danej chwili choćbym nie chciała, muszę, jak już mówiłam, ją słyszeć. Kto by chciał twierdzić na oszukanie świata, że słyszy słowa od Boga, kiedy słyszy tylko własną mowę swoją, tego, sądzę, mało by kosztowało dodać, że słyszy te słowa uszyma ciała. Ja też szczerze wyznaję, nigdy przedtem nie przypuszczałam, by mógł być inny sposób widzenia i słyszenia, i poznawania, jeno za pomocą zmysłów, dopóki mię własne doświadczenie nie przekonało, że byłam w błędzie; ale doświadczenie to okupiłam nie lada cierpieniem.

10. Mowa wewnętrzna, pochodząca od złego ducha, nie tylko nie sprawuje żadnych dobrych skutków, ale przeciwnie pozostawia po sobie złe. Zdarzyło mi się to nie więcej niż dwa albo trzy razy i natychmiast miałam ostrzeżenie od Pana, że to sprawa diabelska. Oprócz wielkiej oschłości, jaką w niej ta mowa nieprzyjacielska pozostawia, powstaje w duszy pewien niepokój, podobny do tego, jakiego często doświadczałam w wielkich, jakie Pan na mnie dopuszczał pokusach i różnego rodzaju utrapieniach wewnętrznych; jest to męka duchowa, której dziś jeszcze nieraz doznaję, jak o tym powiem w swoim miejscu. Niepokój ten nie wiadomo skąd pochodzi; czuje się tylko, że dusza opór stawia i trwoży się, i smuci sama nie wie czemu; bo w onych słowach ducha ciemności na pozór nic nie ma złego, przeciwnie, wydają się dobre. Trwoga ta i smutek, jak sądzę, pochodzą z tajemniczego, jakie duch na sobie czuje, zetknięcia z drugim duchem. Smak duchowy i pociechy, jakie on wzbudza, bardzo, zdaniem moim, się różnią od tego, czego doświadcza dusza, słysząc słowa Boga. Może on nimi takich tylko oszukać, którzy nigdy nie kosztowali prawdziwych pociech Bożych.

11. Tego, mówię, prawdziwego wesela duchowego, które jest słodkie zarazem i mocne, i duszę do dna przenikające, i lubości pełne a spokojne. Bo one marne pobożnostki, rozpływające (s.325) się we łzach i czułych uniesieniach, które za pierwszym najlżejszym powiewem prześladowania nikną i więdną na kształt kwiatów niedoszłych, nie zasługują, zdaniem moim, na miano pobożności i prawdziwej w Bogu pociechy. Są to zapewne dobre zawiązki i pobożne duszy początkującej usposobienia, ale do rozróżnienia tych skutków ducha dobrego czy ducha złego takie początki nie wystarczą. Dobrze więc będzie w tych rzeczach postępować zawsze z wielką oględnością, bo dusze takie, które by na drodze modlitwy wewnętrznej nie dalej jeszcze postąpiły od tych pierwszych łask i pociech, łatwo, gdyby im przyszły widzenia i objawienia, mogłyby ulec oszukaniu. Ja tych ostatnich dwu łask nigdy nie miewałam aż do czasu, kiedy Bóg z dobroci swojej użyczył mi modlitwy zjednoczenia, z wyjątkiem tylko onego pierwszego widzenia, o którym mówiłam wyżej (3), gdy już wiele lat temu ukazał mi się Chrystus Pan; obym wówczas z boskiej łaskawości Jego była zrozumiała, jak zrozumiałam później dopiero, że było to prawdziwe widzenie; niemałą byłabym z tego korzyść odniosła. Mowa i działanie złego ducha nie sprawuje w duszy pociechy ani pokoju, przeciwnie, pozostawia w niej wielki niesmak i strwożenie.

12. Mam to za rzecz pewną, że diabeł nigdy nie zdoła — ani mu Bóg nie pozwoli — oszukać duszy, nie ufającej w niczym samej sobie, a mocno utwierdzonej w wierze, gotowej tysiąc razy umrzeć za każdy artykuł wiary; która zatem, tak kochając wiarę i biorąc za to od Boga coraz nowe wiary żywej i mocnej wlanie i pomnożenie, pilnie tego przestrzega, aby we wszystkim postępowała zgodnie z tym, czego uczy Kościół, i pyta, i szuka rady u tych, którzy ją w tym oświecić mogą, która, słowem, tak niezachwianie jest w tych prawdach utwierdzona, iż żadne jakie bądź objawienia — chociażby niebo ujrzała nad sobą otwarte — nie zdołają jej odwieść od jednego najmniejszego punktu nauki Kościoła. Jeśliby kiedy spostrzegła w sobie jakie zawahanie się co do którego artykułu wiary, (s.326) jeśliby jej przyszła myśl taka: “kiedy Bóg mi to mówi, a więc może to być tak samo prawdą jak to, co objawiał świętym”, taka wątpliwość w wierze i taka myśl (choć się dusza przy nich nie zatrzyma, bo dobrowolne przy nich zatrzymanie się, każdy widzi, że byłoby już wielkim złem) będzie oczywiście początkiem pokusy diabelskiej, wzniecającym w niej pierwsze do złego poruszenie. Choć i te pierwsze poruszenia rzadko kiedy, jak sądzę, poczuje w sobie dusza tak mocno utwierdzona w wierze, jak to Bóg zwykł sprawować w tych, którym tych łask użycza, i stąd taką w sobie siłę czująca, że gotowa by, rzekłbyś, zdławić i rozszarpać wszystkich czartów w obronie jednej najmniejszej z prawd, jakie Kościół podaje.

13. Jeśli więc dusza nie widzi w sobie takiego męstwa wiary i jeśli uczucia pobożne i widzenia jakie miewa, męstwa tego w niej nie sprawują, takim uczuciom i widzeniom, ostrzegam, niechaj nie dowierza. Chociażby nie od razu uczuła szkodę z nich wynikającą, powoli jednak szkoda może stać się wielką; bo o ile ja widzę i wiem z doświadczenia, sposób przekonania się czy dana rzecz lub mowa jest od Boga, polega na sprawdzeniu czy ona się zgadza z Pismem świętym. Gdyby bowiem w czymkolwiek od niego odstępowała, bez porównania silniejsze, rzec mogę, miałabym przekonanie, że jest to sprawa diabelska, niż dzisiaj jestem przekonana, choć przekonana jestem najmocniej, że to, co w sobie słyszę, jest mową Bożą. Tu już nie muszę szukać dalszych znaków dla poznania, jakiego ducha to sprawa; bo ten jeden znak tak jasno mię przekonywa, iż jest to sprawa ducha złego, że chociażby cały świat mię upewniał, iż jest to sprawa Boża, nie uwierzyłabym.

Nie brak jednak i innych znaków: kiedy zły duch mówi do duszy, wszystko co w niej jest dobrego, kryje się — rzekłbyś — i uchodzi; ogarnia ją niesmak i zamieszanie wewnętrzne, żadnej nie czuje w sobie siły do czynów cnotliwych; bo choć kusiciel wzbudza w niej na pozór dobre pożądania, pozostają one bez skutku; pozostawia w niej rzekomą pokorę, ale skłóconą i bez słodkości. Ktokolwiek doświadczył na sobie skutków ducha dobrego, ten, sądzę, zrozumie co mówię. (s.327)

14. Z tym wszystkim jednak diabeł chytry jest i w różny sposób może czynić zasadzki; nigdy więc nie mamy tu takiego bezpieczeństwa, by nie było bezpieczniej bać się i mieć się zawsze na baczności, i obrać sobie stałego przewodnika, takiego mianowicie, który by posiadał naukę i niczego przed nim nie ukrywać. Przy zachowaniu tych ostrożności żadna już szkoda spotkać nas nie może. Ja miałam szkody i wielkie, od niektórych, zbytnią w tych rzeczach bojaźnią się powodujących, mianowicie, w jednym zdarzeniu, które tu opowiem. Pewnego razu zebrało się kilku mistrzów duchownych, do których wielkie miałam zaufanie — jak i zasługiwali na to — bo chociaż wówczas spowiadałam się tylko u jednego, wszakże nieraz z polecenia spowiednika otwierałam duszę i przed tymi innymi, którzy zatem radzili między sobą o potrzebach moich, bo w wielkiej swej dla mnie przychylności obawiali się czy nie podlegam jakiemu oszukaniu. I ja też w bardzo wielkiej byłam o to obawie, choć tylko poza czasem modlitwy, bo na modlitwie Pan użyczając mi jakiej łaski, zaraz mię uspokajał. Było, zdaje mi się zebranych pięciu czy sześciu, sami bardzo gorliwi słudzy Boży. Po naradzie spowiednik oznajmił mi, że wszyscy zgodnie osądzili, iż wewnętrzne przejścia moje są sprawą ducha złego; że powinnam rzadziej przystępować do Komunii, starać się o rozrywki i unikać samotności. Ja i tak już, jak mówiłam, byłam niezmiernie bojaźliwa; przyczyniało się do tego cierpienie moje sercowe, tak iż często w biały dzień bałam się pozostawać sama w pokoju. Widząc tedy mężów tak znakomitych, twierdzących o rzeczy, w którą ja uwierzyć nie mogłam, wielki bardzo miałam niepokój w sumieniu, bo zdawało mi się, że to brak pokory z mojej strony. Byli to bowiem wszyscy bez wyjątku ludzie nierównie cnotliwsi ode mnie, a przy tym uczeni: jakże więc mogłam im nie wierzyć? Walczyłam z sobą ze wszystkich sił, aby się zdobyć na wiarę; stawiałam sobie przed oczy niecnotliwe życie swoje, mówiłam sobie, że wyrok ich z nim się zgadza, że co oni mówią, musi być prawdą.

15. W tym strapieniu swoim pewnego dnia wyszłam z (s.328) kościoła (4) i schroniłam się do samotnej kaplicy (5). Od wielu dni już pozbawiałam się Komunii, pozbawiałam się samotności, która była całą pociechą moją: nie miałam przy tym ani jednej duszy, z którą bym mogła przestawać, bo wszyscy byli przeciwko mnie. Jedni snadź wyśmiewali się ze mnie, uśmiechając się litośnie, gdy im o tych rzeczach mówiłam, jak gdybym bredziła nie do rzeczy; drudzy ostrzegali spowiednika, aby się ze mną miał na baczności, inni jeszcze wprost mi mówili, że oczywiście diabeł mię opętał.

Jeden tylko spowiednik mój, choć także dla wypróbowania mnie — jak się później dowiedziałam — zdawał się podzielać ich zdanie (6), zawsze jednak mię pocieszał i mówił mi, że chociażby to była sprawa diabelska, nic mi to przecie nie może zaszkodzić, skoro nie obrażam Boga; że wszystko to przejdzie, bylebym usilnie prosiła Boga. Sam też bardzo się modlił za mną i wraz z nim wszystkie dusze, które spowiadał, i innych wielu; a wszystkie te modlitwy moje i wszystkich, ilu ich znałam sług Bożych, do tego zmierzały, aby Bóg w łaskawości swojej raczył mię na inną drogę wprowadzić. Trwało to, zdaje mi się, dwa lata, że tak ustawicznie o to jedno Pana prosiłam.

16. Nic jednak nie mogło mię pocieszyć w strapieniu moim na wspomnienie o tym, że diabeł tyle razy miał mówić do mnie. Bo i teraz, choć już nie miewałam moich godzin samotności na modlitwie. Pan wśród towarzystwa i rozmowy z innymi sprawiał we mnie skupienie wewnętrzne i wbrew mojemu opieraniu się mówił do mnie, co Mu się powiedzieć podobało, a ja, choć nie chciałam, musiałam słuchać.

17. Gdym tedy, jak mówiłam, zostawała sama w kaplicy, nie mając nikogo komu bym się zwierzyć mogła, niezdolna ani do modlitwy, ani do czytania, strapiona i znękana, przerażona (s.329) strachem na myśli, że jestem igraszką zdrady diabelskiej, strwożona do głębi duszy i uginająca się pod ciężarem smutku, sama już nie wiedziałam, co z sobą począć. Nieraz i po wiele razy znajdowałam się w podobnym strapieniu; ale nigdy ono, zdaje mi się, nie dochodziło do takiej skrajnej ostateczności jak wonczas. Pozostawałam tak cztery czy pięć godzin, żadnej ani z nieba, ani od ziemi nie mając pociechy, jakoby opuszczona od Pana w cierpieniu i pod grozą ścigającego mię widma tysiącznych niebezpieczeństw.

O Panie mój, jakże wówczas okazałeś, że Ty sam jesteś prawdziwym Przyjacielem i możesz uczynić cokolwiek zechcesz, i nigdy nie przestajesz miłować tych, którzy Ciebie miłują! Niechaj Cię chwali wszystko stworzenie, wszechwładny Panie świata! O, kto by mi dał głos i siłę, bym mogła na cały świat ogłosić, jak wierny Ty jesteś przyjaciołom swoim! Wszystko zawodzi; Ty, Panie wszechrzeczy, nigdy nie zawodzisz. A cierpienia, które dopuszczasz na tych, którzy Cię miłują, jakże są maluczkie i krótkie! Z jakąż, o Panie mój, delikatnością, z jakim wdziękiem, z jaką słodkością umiesz się z nimi obchodzić! O, kto by się nigdy nie był zatrzymał na żadnej innej miłości, a od początku i zawsze miłował tylko Ciebie samego! Snadź na to tylko dotkliwymi próbami doświadczasz miłujących Ciebie, aby w nadmiarze strapienia objawił się większy jeszcze nadmiar miłości Twojej. O Boże mój, kto by mi dał rozum i naukę, i słowa nowe, abym umiała wysławiać dzieła Twoje, tak jak je dusza moja pojmuje! Wszystkiego tego mi brak i nieudolność moja krępuje pragnienia moje, lecz jeśli jeno Ty, Panie mój, mnie nie opuścisz, ja Tobie zawodu nie zrobię. Niech powstają przeciwko mnie wszyscy uczeni, niech mię prześladuje wszystko stworzenie, niech mię nękają czarci, bylebyś Ty nie wypuścił mnie z ręki swojej, niczego się nie lękam. Już doznałam tego i wiem z własnego doświadczenia, z jakim zyskiem Ty z utrapienia wywodzisz tych, którzy w Tobie samym ufność swą pokładają.

18. Gdym tedy była pogrążona w tym wielkim strapieniu swoim, choć było to w czasie, gdy żadnych jeszcze widzeń (s.330) nie miewałam, usłyszałam w sobie słowa mówiącego do mnie, i dość było tych słów na rozpędzenie smutku mego i przywrócenie mi zupełnego spokoju: Nie bój się córko. Jam jest i nie opuszczę ciebie, nie lękaj się. Sądzę, że w tym stanie, w jakim się na chwilę przedtem znajdowałam, żadne najpoważniejsze całymi godzinami namowy i przedstawienia nie byłyby zdołały przywrócić mi spokoju; a oto od tych jednych słów takie w sobie uczułam uspokojenie, taką siłę, taką odwagę, takie bezpieczeństwo, taką pogodę i jasność wewnętrzną, że w jednej chwili dusza moja jakoby w inną się przemieniła i gotowa bym była choćby całemu światu czoło stawić o to, że słowa, które słyszałam, były od Boga. O jakiż dobry Bóg! O jaki dobry Pan i jaki możny! Nie tylko radę daje ale i lekarstwo. Słowa Jego są czynem. Od tych słów, o Boże wielki, jakże się utwierdza wiara, jak się pomnaża miłość!

19. Często, upewniam, stawała mi na myśli owa nawałnica wielka, którą Pan jednym słowem uśmierzył i rozkazał wiatrom i morzu “i nastała głęboka cisza” (7). Tak i ja mówiłam sobie: Kto jest Ten, iż tak wszystkie władze duszy mojej są Mu posłuszne, który w jednej chwili, wśród takich ciemności daje światłość i zmiękcza serce, zdawało się kamienne i łzy słodkie wywodzi ze źródła, od dawna zdawało się wyschłego? Kto jest Ten, który takie we mnie wzbudza pożądania? Kto jest Ten, który taką mię odwagą napełnia? Zatem myślałam sobie:

Czegóż jeszcze się lękam? Co robię? Pragnę służyć temu Panu, niczego więcej nie żądam, jeno bym się Jemu podobała. Nie chcę innego zadowolenia, pociechy i dobra, tylko spełnienia woli Jego (bo tego, zdaje mi się, zupełnie byłam pewna, mogę to twierdzić bez wahania). A jeśli Pan ten jest potężny i możny, jak widzę że jest, jak wiem że jest, i jeśli złe duchy są niewolnikami Jego (jak nie masz wątpienia że są, bo tak uczy wiara), cóż więc oni mogą mi zrobić złego, skoro jestem służebnicą Pana i Króla najwyższego? Czemuż więc miałoby mi zabraknąć odwagi do walki chociażby z całym piekłem? (s.331)

Brałam do ręki krzyż i snadź rzeczywiście Bóg mi dodawał odwagi, bo tak w jednej chwili czułam się odmieniona, iż nie byłabym się ulękła wyzwać ich wszystkich do walki, tak byłam pewna, że tym krzyżem z łatwością ich zwyciężę: “Pójdźcie teraz wszyscy, ilu was jest; jestem służebnicą Pańską, zobaczymy, co mi potraficie zrobić”.

20. Od tego czasu, twierdzę to bez wahania, oni raczej bali się mnie; ja byłam zupełnie spokojna, nic zgoła się nie lękając całego ich wojska i wszystkie strachy jakie przedtem aż do onej chwili miewałam, znikły bez śladu. Nieraz potem widziałam ich na oczy, jak niżej opowiem, ale nic mnie ich widok nie straszył, raczej oni, zdawało mi się, drżeli przede mną. Taką odtąd ze szczególnego daru Tego, który jest Panem wszystkich, nad nimi władzę zachowałam, że tyle dbam o nich, co o brzęczenie muchy. Są to, zdaniem moim, ostatni tchórze. Skoro poczują, że masz ich za nic, tracą odwagę i siła ich opuszcza. Mężni są ci wrogowie nasi tylko z takimi, którzy uciekają od walki i tego tylko napastują, kogo widzą, że sam się im poddaje; sługi Boże mogą, gdy Bóg im pozwoli, kusić i dręczyć, ale Bóg te pokusy i udręczenia na to tylko dopuszcza, aby były na większy pożytek tych, którzy są Jego. Dałby Pan w boskiej łaskawości swojej, byśmy umieli bać się tylko tego, czego rzeczywiście bać się powinniśmy, byśmy zrozumieli tę prawdę niezawodną, że jeden grzech powszedni większą nam szkodę wyrządzić może, niż wszystkie razem potęgi piekielne.

21. Jeśli czarci strachem nas przerażają, to dlatego tylko, że sami sobie do strachu powód dajemy naszym przywiązaniem do honorów, do majętności, do rozkoszy. Wtedy oni, sprzymierzając się z nami, którzy sami sobie stajemy się nieprzyjaciółmi, kochając się w tym i pożądając tego, czym byśmy się brzydzić powinni, istotnie wielkie nam szkody wyrządzą; sami sobie wtedy winniśmy, że oni nas własną bronią naszą pobiją i sami w ich ręce składamy oręż, którym przeciw nim bronić się byliśmy powinni. Żal się Boże, jaki to brak rozumu! Lecz jeśli dla miłości Boga wszystkie te rzekome dobra sobie obrzydzimy i całym sercem krzyża się uchwycimy, (s.332) i naprawdę Panu służyć poczniemy, tego duch zły nie wytrzyma: ucieka on od tych prawd jakby od zarazy. On tylko kocha kłamstwo i sam jest kłamstwem; nie sprzymierzy się nigdy z tym, kto chodzi w prawdzie. Ale u kogo ujrzy rozum zaćmiony, tego zręcznie doprowadza do zaślepienia; a kogo ujrzy tak ślepym, że spokój i szczęście swoje zakłada na tych rzeczach marnych, tak marnych jak zabawki dziecinne, a więc sam ma umysł i serce zdziecinniałe, z takim też obchodzi się jak z dzieckiem nieletnim i śmiało rzuca się na niego, nie raz, ale po wiele razy.

22. Nie daj Boże, bym ja znalazła się w liczbie tych nieszczęśliwych; niech raczej Pan w boskiej dobroci swojej raczy mi użyczyć tej łaski, bym umiała za spokój to tylko poczytywać, co jest prawdziwym spokojem i za cześć to, co jest prawdziwą czcią i za pociechę to, co jest prawdziwą pociechą, a nie brać rzeczy fałszywie i mieć za prawdę to, co jest fałszem i złudą. Wtedy szydzić mogę z wszystkich diabłów, nie ja ich będę się bała, ale oni mnie. Nie rozumiem tych małodusznych strachów, co wszędzie widzą diabła i boją się, kiedy my wszędzie możemy widzieć Boga i wzywać Go, i diabłu strachu napędzać. Wszak wiemy, że i ruszyć się nie może ten wróg piekielny, jeśli mu Pan nie pozwoli. Na cóż więc wszystkie te strachy? Co do mnie, więcej się boję tych, którzy tak boją się diabła, niż diabła samego: ten nic mi zrobić nie może, ale tamci, zwłaszcza jeśli są spowiednikami, mogą nabawić duszę wielkiego niepokoju; z powodu nich przeżyłam wiele lat takiego udręczenia, że dziwię się dzisiaj, jak wytrzymać mogłam. Błogosławiony niech będzie Pan, iż tak skuteczny podał mi ratunek.


Przypisy do rozdziału 23

(1) Rozpoczynający się tu dalszy ciąg opisu życia Świętej, przerwanego na końcu rozdziału 9, obejmuje czas dziesięcioletni od 40 do 50 roku jej życia czyli od r. 1555 do r. 1565, dochodzi zatem do czwartego roku od założenia klasztoru Św. Józefa w Awili. W tym to klasztorze, kolebce zreformowanego Karmelu, Święta w latach 1563, 1564 i 1565, jak to wykazują Bollandyści, pisała ten drugi opis swego życia. Łaski jednak nadzwyczajne, jakimi Bóg w ciągu tych dziesięciu lat ją obdarzył, widzimy po części już opisane w rozdziałach, traktujących o różnych stopniach modlitwy.

(2) Głośna była wówczas sprawa siostry Magdaleny od Krzyża, klaryski z Kordoby, i innych wizjonerek omamionych przez szatana, które inkwizycja musiała ukarać. Zjawisko to zresztą, pozornej świętości i ekstaz za sprawą szatana — jak to widzimy w żywotach Świętych — nie jest rzadkie, zwłaszcza wśród chorobliwej pobożności niewieściej.

(3) Dom Towarzystwa Jezusowego w Awili pod wezwaniem św. Idziego powstał w r. 1554. Pierwszymi jego założycielami byli posiani w tym celu przez św. Franciszka Borgiasza, naonczas komisarza Towarzystwa na Hiszpanię, oo. Juan de Parad. Fernando Alvarez del Aquila, którzy obaj, jak zobaczymy, słuchali spowiedzi  Świętej.

(4) Był to magister Gaspar Daza. Gorliwy ten sługa Boży zawiązał stowarzyszenie kilku czy kilkunastu podobnegoż ducha kapłanów, z którymi wspólnie poświęcał się pracy około zbawienia dusz, niosąc pomoc i duchową, i materialną wszystkim potrzebującym, tak w samej Awili jak i w całej diecezji. Św Teresa w wielkim go, aż do końca życia miała poważaniu, i on też całą duszą oddany był Świętej. Jemu dane było odprawić pierwszą Mszę świętą w klasztorze Św. Józefa w Awili, i do nowego kościoła wprowadzić Przenajświętszy Sakrament dnia 24 sierpnia 1562, w dzień św. Bartłomieja apostola, który był także dniem urodzin odrodzonego Karmelu. Później, na uczczenie pamięci św. Teresy, wzniósł jedną z sześciu kaplic, jakie posiada kościół Św. Józefa z Awili, pod wezwaniem Narodzenia N. P. Maryi. Umarł w dziesięć lat po św. Teresie, d. 24 listopada 1592. Pochowany został w założonej przezeń kaplicy, gdzie również spoczęły przy nim matka jego i siostra.

(5) Pan ten, którego cnotom św. Teresa w powyższym fragmencie tak wysokie i wymowne świadectwo oddaje, zwal się Francisco de Salcedo. Za przykładem Gaspara Dazy, z którym go ścisła przyjaźń łączyła, on także w r. 1558 oddał się pod kierunek o. Baltasara Alvareza, i pod kierunkiem takiego mistrza większe jeszcze niż przedtem począł czynić postępy ku coraz wyższej doskonałości. Choć był żonaty, przez dwadzieścia lat słuchał kursów teologii u oo. dominikanów w Awili. Stąd też, po śmierci żony mógł zaraz, bez dalszych przygotowań, poświęcić się na wyłączną służbę Bożą w stanie duchownym. Wyświęcony na kapłana w r. 1570, został spowiednikiem i kapelanem klasztoru Św. Józefa w Awili. Ze św. Teresą łączyła go zawsze najściślejsza przyjaźń. Bardzo jej był pomocny w dalszych jej fundacjach i sam jej najczęściej towarzyszył w podróżach, w tym celu podejmowanych. Dokonał świątobliwego życia dnia 15 września 1580, zapisując karmelitankom znaczną część swego majątku, na znak szczególnej swojej dla nich przychylności. Jeszcze za życia zbudował przy klasztorze Św. Józefa kaplicę pod wezwaniem św. Pawła apostoła. W niej też, jak to było jego życzeniem, został pochowany. Żona jego, o której Święta wspomina również, nazywała się Mencia Aquila, i była kuzynką żony stryja św. Teresy, Pedra de Cepeda, który to zachęcił ją do czytania książek o treści religijnej (Życie 3, 4; 4, 7).

(6) Książka ta, według Ribery, nosi tytuł: Subida del Monte Sion, por la via contemplativa. Contiene et conocimiento nuestro y el seguimiento de Cristo y el reverenciar a Dios en la contemplación quieta, copilado en un convento de frailes menores... Pierwsze wydanie ukazało się w Sewilli w 1535, a autorem jej był brat Bernardino de Laredo, sławny lekarz Jana II z Portugalii, a później franciszkanin.

(7) “Wierny jest Bóg i nie dozwoli was kusić ponad to, co potraficie znieść” (1 Kor 10,13).

(8) Był to o. Diego de Cetina TJ. Urodził się w Huete (Cuenca) w 1531 r. Święcenia kapłańskie otrzymał w r. 1554, i około r. 1555 przybył do Awili; niedługo potem wyjechał do Burgos. Zmarł w Placencji w 1572 (?)


Przypisy do rozdziału 24

(1) Św. Franciszek Borgiasz, w r. 1554 mianowany przez św. Ignacego komisarzem generalnym Towarzystwa Jezusowego na Hiszpanię i Indie, był w Awili wiosną r. 1557, wracając z klasztoru hieronimitańskiego Św. Justa w Estremadurze, gdzie odwiedzał cesarza Karola V, który po swojej abdykacji z cesarstwa, dopełnionej w Brukseli r. 1556, do tego klasztoru był się schronił, chcąc w samotności przygotować się na śmierć. Prócz opisanego tu spotkania św. Teresa miała z nim później jeszcze drugie, jak o tym wspomina w liście do o. Rodriga Alvareza.

(2) O. Diego de Cetina.

(3) Święta w tym jednym wierszu zamyka zdarzenie całego roku 42 swego życia, o czym należy pamiętać nie chcąc stracić wątku jej opowiadania, w tym miejscu trochę nazbyt zwięzłego. S w Franciszek Borgiasz był w Awili wiosną r. 1557; zaraz po nim wyjechał stamtąd o. Diego de Cetina. O Baltasar Alvarez zaś, o którym Święta bez żadnego przejścia wspomina w następującym zaraz zdaniu, dopiero w r. 1558 otrzymał kapłaństwo. Między jednym więc a drugim upłynął cały rok czasu. Widoczne stąd, że drugim spowiednikiem, jakiego Święta po wyjeździe o. Diega sobie obrała, nie mógł być o. Baltasar Alvarez, jakby to z pobieżnego jej opowiadania wnosić można. Spowiednikiem jej w tym czasie, przynajmniej zwyczajnym — bo i do innych ojców tegoż Kolegium, jak się zdaje, od czasu do czasu się udawała — był o. Fernando Alvarez, który i później także, gdy już zostawała pod kierownictwem o. Baltazara, niekiedy ją w zastępstwie tegoż spowiadał (zob. niżej, r. 29).

(4) Tą przyjaciółką św. Teresy, odtąd w dziejach Karmelu wsławioną, była Guiomar de Ulloa, pochodząca z jednej z najznakomitszych i najpobożniejszych rodów miasta Toro. Ojciec jej, Pedro de Ulloa, gubernator tego miasta, wcześnie ją odumarł; pobożna matka Aldoncia de Guzman de Avila, troskliwie jej dała gruntownie chrześcijańskie wychowanie. W pierwszej jeszcze młodości wydana za Francisco de Sobralejo de Avila, podobnie jak matka, po krótkim z nim pożyciu męża straciła. Miała wówczas 25 lat. O. Ballazar otworzył jej oczy i ukazał marność wszelkich dóbr znikomych. Wzgardziwszy okazałością i pychą ziemską, zwinęła świetny swój dwór, nieodzowną tylko liczbę sług zatrzymując, i poczęła wieść życie skromne i ukryte, całkiem oddane modlitwie i uczynkom miłosiernym. Poznawszy i pokochawszy św. Teresę, namówiła ją zaraz do obrania sobie o. Baltasara Alvareza za spowiednika; przez nią później Święta poznała i św. Piotra z Alkantary. Niewzruszona przyjaźń i jedność ducha, od pierwszej chwili poznania aż do śmierci łączyła tę niewiastę wybraną ze świętą odnowicielką Karmelu. Zobaczymy niżej, z jaką gorliwością i poświęceniem siebie wspierała ją w rozpoczętym dziele reformy. Skoro stanął wreszcie klasztor Św. Józefa w Awili, natychmiast postanowiła zamknąć się w nim ze swoją świętą przyjaciółką i zaliczyć się do rzędu jej córek. Z jej ręki przyjęła habit zakonny, pragnąc aż do śmierci pozostać w tym błogim schronieniu, które zwała, i słusznie, małym rajem na ziemi. Z bohaterskim męstwem poddała się wszystkim surowościom reguły zreformowanej; ale siły jej nie dopisały, i ciężko zapadłszy na zdrowiu zmuszona była wystąpić z klasztoru. Wszakże ciałem tylko z nim się rozłączyła, serce pozostało w Karmelu. Utracone poniewolnie szczęście wspólnego z oblubienicami Pańskimi i seraficzną ich Matką pożycia powetowała sobie pociechą istnie macierzyńskiej o doczesne ich potrzeby troskliwości; toteż do ostatniej chwili życia prawdziwą była dla nich opatrznością.

(5) Był to prawdopodobnie o. Juan de Pradanos, świetny kaznodzieja i wytrawny kierownik dusz.

(6) Było to w roku 1558, gdy Święta przebywała w klasztorze Wcielenia.


Przypisy do rozdziału 25

(1) Było to, według Bollandystów, między rokiem 1557 a 1559, w 42 i 43 roku życia Świętej.

(2) Nie o drugim, ale o czwartym sposobie: por. 18, l n.; 20, 3 n.

(3) Rozdział 7, 6-7.

(4) Był to, jak twierdzi Ribera, kościół 00. Jezuitów.

(5) We własnym Świętej klasztorze.

(6) Toż samo stwierdzają Ribera w Vida de la Santa (Życie św. Teresy), ks, I, r. 11; L. de la Puente w życiorysie o. Baltasara Alvareza. Obaj zgodnie świadczą, iż dla wypróbowania i umartwienia świętej swej penitentki, o. Baltazar nieraz umyślnie jej mówił, że słowa, które w sobie słyszy, łatwo mogą pochodzić od złego ducha.

(7) Mk 4, 39.