Od systemu do człowieka

System jest przede wszystkim sposobem życia, przyjmowanym przez dużą część współczesnego społeczeństwa polskiego jako własny, najczęściej bezrefleksyjnie. Jak sama nazwa wskazuje, tworzy go szereg powiązanych ze sobą elementów: wartości, celów, wzorów myślenia o życiu, codziennego działania, komunikowania się z innymi. W każdej społeczności istnieje wiele sposobów życia, jednak systemem można nazwać tylko ten, który jest najbardziej popularny – czyli sposób życia oparty na konsumpcji.
 
W Polsce istnieje system. Stanowi on tyle skuteczny, co podstępny sposób utrwalania ludzkiego nieszczęścia.
 
W tym artykule słowa „system” używać będę w znaczeniu nieco innym niż to, do którego się przyzwyczailiśmy. Odnosić się ono będzie do zjawiska, które oceniam jednoznacznie negatywnie. Przedstawiciele kontrkultury nazywali „systemem” sposób życia godny buntu, niszczący człowieczeństwo. Moja definicja jest temu bliska.
 
Kieruj się komfortem
 
System jest przede wszystkim sposobem życia, przyjmowanym przez dużą część współczesnego społeczeństwa polskiego jako własny, najczęściej bezrefleksyjnie. Jak sama nazwa wskazuje, tworzy go szereg powiązanych ze sobą elementów: wartości, celów, wzorów myślenia o życiu, codziennego działania, komunikowania się z innymi. W każdej społeczności istnieje wiele sposobów życia, jednak systemem można nazwać tylko ten, który jest najbardziej popularny – czyli sposób życia oparty na konsumpcji.
 
Podstawowa, niepisana zasada systemu brzmi: „Człowiek staje się szczęśliwszy wraz ze wzrostem konsumpcji i majątku”. Nie przyznajemy się do niej, choć jest widoczna na każdym kroku – wśród niedzielnych tłumów w galeriach handlowych, w gazetach, na billboardach. „Stać cię na więcej”, „Pomyśl o sobie”, „Spotkajmy się na zakupach”, „Kieruj się komfortem”, „Cena czyni cuda”. Gdyby te hasła trafiały w próżnię, dawno już zostałyby zarzucone. Jednak copywriterzy – jak mało kto – potrafią dotrzeć do pokładów systemowego myślenia.
 
Czasami, choć rzadko, udaje się to także socjologom. Dopiero właściwie zadane pytania i anonimowość powodują, że decydujemy się obnażyć system w nas. „Kupowanie daje nam szczęście. Może na chwilę, ale daje. I ta świadomość, że stać nas, że możemy kupić, jest przyjemnością. Jak bezpiecznie się czuję, to jest ważne” – mówi respondentka badania przeprowadzonego kilka lat temu [1]. Im więcej mam, tym jestem szczęśliwszy – a może bezpieczniejszy? Może wtedy mogę zapomnieć o lęku, który mi towarzyszy, lęku związanym z ciągłym niezaspokojeniem, z samotnością lub brakiem porozumienia z innymi? Konsumpcja jest narkotykiem przyjmowanym dla zwykłej przyjemności lub dla zniwelowania bólu. System oparty jest na klasycznym, odwiecznym błędzie polegającym na braku rozróżnienia między przyjemnością a szczęściem.
 
System to jednak nie tylko sposób życia. To także instytucje, które ten sposób podtrzymują – korporacje, „świątynie zakupów”, miejsca masowej rozrywki, zmakdonaldyzowane szkoły, uczelnie i urzędy. Co więcej, elementy myślenia systemowego trafiają również do instytucji i wspólnot, przekazujących wartości – także do środowisk kościelnych (o czym więcej w dalszej części). Głównym pasem transmisyjnym systemu pozostaje jednak kultura masowa, zwłaszcza media elektroniczne.
 
System polski i inne
 
Zasada konsumpcji, o której piszę powyżej, nie jest typowa wyłącznie dla Polski. „Systemy” funkcjonują w całym zachodnim świecie. System polski ma jednak dużo cech charakterystycznych. Ukształtował się przede wszystkim w czasach transformacji ustrojowej, która była punktem zwrotnym w historii kraju. Wraz z otwarciem granic i stopniowym uwalnianiem rynku nastąpił o wyzwolenie zachowań „systemowych”. Owa „puszka Pandory” napełniana była jednak przez wiele poprzednich lat.
 
Pierwsze nasilenie konsumpcjonizmu miało miejsce za rządów Edwarda Gierka. Telewizory, małe i duże fiaty, coca-cola i wycieczki do Jugosławii były namiastką Zachodu. Wygłodzone społeczeństwo zaczęło intensywnie korzystać z tych dóbr. Krótkotrwała euforia załamała się jednak w drugiej połowie lat 70. wraz z wydarzeniami z Ursusa i Radomia, a zakończył ją Grudzień. Paradoksalnie, w tak trudnych chwilach rodziły się też zalążki społeczeństwa obywatelskiego i działań antysystemowych, które zaowocowały wkrótce potem „karnawałem «Solidarności»”. Stan wojenny na długo stłumił aktywność obywateli. Pozostały tęsknoty za narkotykiem konsumpcji.
 
Podwaliny dzisiejszego polskiego systemu tworzone były w drugiej połowie lat 80. Ludzie zaprzestali czynnego oporu przeciwko władzy. Część z nich za jedyne wyjście uznała pogodzenie się z ustrojem. Osłabły więzi i aktywność społeczna. Jedynym względnie bezpiecznym miejscem pozostała rodzina – stąd „amoralny familizm”, o którym pisali Elżbieta i Jacek Tarkowscy. Dla wielu osób „wyjście na swoje” coraz częściej było głównym celem w życiu, a żeby tego dokonać, nie wystarczało uczciwie pracować. Trzeba było odnaleźć się w skomplikowanym układzie personalnym, mieć odpowiednie „dojścia”, „załatwiać” sobie towary niedostępne w zwykłym handlu, robić „fuchy”. Po roku 1989 na ten sposób myślenia nałożył się nacisk na „przedsiębiorczość”, a w wersji bardziej zwulgaryzowanej – „robienie biznesu”. Pewnej części Polaków, którzy nie umieli odnaleźć się w nowej rzeczywistości, biznes do dziś kojarzy się z niezbyt uczciwymi praktykami. Skojarzenia te są ważną przeszkodą dla rozwoju przedsiębiorczości.
 
Warto nadmienić, iż krytyka systemu nie jest krytyką pomnażania majątku (które często jest przejawem przedsiębiorczości lub gospodarności). Częsta w Polsce nieufność wobec biznesu jest nie tyle przejawem antykonsumpcyjnego stylu życia, ile resentymentu wobec osób bardziej przedsiębiorczych. Systemowość pojawia się na poziomie celów i wartości bardziej niż na poziomie działań – można bowiem pomnażać swój majątek w celach egoistycznych, a można współtworzyć kulturę mecenatu, która jednak póki co w Polsce jest bardzo słabo rozwinięta.
Antywspólnotowe „ja”
 
Lata 90. były w Polsce czasem eksplozji rozbuchanej konsumpcji. Po upadku systemu, przyszedł czas „piekła zakupów” i wyrównywania krzywd za lata wyrzeczeń. Szokująca wolność wyboru towarów i usług zderzyła się z bezrobociem i hiperinflacją. Potrzeby gwałtownie wzrosły, podsycane przez media, podczas gdy możliwości ich realizacji były – w pierwszym okresie po transformacji – coraz mniejsze. Za konsumpcję trzeba zapłacić. Aby zdobyć środki na ten cel, konieczna jest ostra konkurencja i nacisk na wymierne rezultaty.
 
Lata 70. i 80. przygotowały więc podglebie budowanej do dziś – także przez elity – „systemowej” wizji rozwoju społeczeństwa polskiego. Już duża część 21 postulatów Porozumień Sierpniowych wskazywała konsumpcyjny kierunek przemian. Nowa wizja społeczno-gospodarcza – dominująca w dyskursie publicznym po transformacji ustrojowej – nastawiona jest przede wszystkim na zysk, wydajność, osiągnięcia i rywalizację. Elity, które powinny były przeciwdziałać systemowi, często przejmowały jego język i narzędzia.
 
Zwłaszcza trudna sytuacja na rynku pracy wzmocniła etos rywalizacji. Im większa była przepaść między potrzebami konsumpcyjnymi a sytuacją finansową, tym bardziej spadała aktywność społeczna. W 2002 r., a więc w momencie szczególnie niekorzystnym dla polskiej gospodarki i rynku pracy, jedynie co dziesiąty Polak poświęcił czas na bezpłatną pracę na rzecz innych. Sześć lat później, a więc w okresie boomu gospodarczego, polskich wolontariuszy było już dwukrotnie więcej [2].
 
Lata 2000-2010 to jednak czasy rozwoju „kultury korporacyjnej”, opartej na rywalizacji i konkurencji, z natury antywspólnotowej. Jest ona jednym z najważniejszych przejawów systemu. Choć jest ściśle związana z panującym w dużych firmach prywatnych „wyścigiem szczurów”, przeniknęła także do instytucji publicznych. Nałożyła się też na myślenie peerelowskie. Dlatego polski system jest specyficzny względem innych krajów.
 
Wedle tego sposobu myślenia, aby osiągnąć wysoki poziom zamożności i konsumpcji (czyli „wyjść na swoje”), należy:
 
Być bezwzględnie najlepszym i najsilniejszym. Lata rozmów ze współpracownikami i studentami powracającymi z krajów zachodnich przekonały mnie, że porażka w tych społeczeństwach nie dyskwalifikuje człowieka. Co więcej, na najlepszych uczelniach i w środowiskach biznesowych popularne jest przekonanie, że „it’s OK to fail” („porażka jest OK”). Porażka bowiem pozwala poznać samego siebie, swoje silne i słabe strony, daje szansę na wyciągnięcie wniosków z własnych doświadczeń. W Polsce jednak ciągle pokutuje przekonanie, że nie wolno popełnić błędu. Toksyczny perfekcjonizm odbija się szczególnie na dzieciach, które często są rozliczane przez rodziców z najdrobniejszych pomyłek. Tego rodzaju myślenie jest typowe dla krajów będących długo w stanie zagrożenia (np. wojny, okupacji czy quasi-okupacji, jaką był PRL), wtedy w istocie każdy błąd może zakończyć się tragicznie. I choć od przemian ustrojowych minęły już 24 lata, widmo perfekcjonizmu nadal krąży nad krajem.
Tam, gdzie to możliwe, wykazywać się sprytem i tupetem, zwłaszcza w rozgrywkach międzyludzkich. Tylko w ten sposób możemy stać się najlepsi. Podczas wielu prowadzonych przeze mnie badań, dotyczących wykorzystania funduszy Unii Europejskiej, zetknąłem się z przekonaniem, że to głównie układy decydują o tym, kto otrzymuje dotacje – nawet na poziomie kilku lub kilkunastu gmin, nie mówiąc już o całym regionie. Lata po transformacji ustrojowej nie wykorzeniły więc tego myślenia.
Jeżeli nie ma możliwości zdobycia środków przez spryt, trzeba bardzo dużo pracować, nawet ponad siły. Podkreślam słowo „dużo”, gdyż istotna jest tu przede wszystkim ilość. Pracownicy korporacji, ale i uczelni czy urzędów siedzą dziś nad laptopami po nocach, usiłując zdążyć przed deadline’em. Rzadko podejmują refleksje nad sensownością tej pracy. Przed takim podejściem ostrzegał ks. Józef Tischner, mówiąc, że „nie można o Polakach powiedzieć, że mało pracują, tyle tylko, że nasza praca jest chora”. Wcześniej podobnie ostrzegał Cyprian Kamil Norwid: „Pracować musisz z potem twego czoła”, „Nie z potem dłoni twej, lub twego grzbietu”. Nadal jednak brakuje czasu, by zatrzymać się i pomyśleć: po co tak naprawdę pracuję?
Być antywspólnotowym – czyli nieufnym wobec innych ludzi, którzy mogą być dla nas konkurencją, i nie angażować się w żadne „nadmierne społecznictwo”. Jedynym miejscem, w którym możemy pozwolić sobie na jaką taką swobodę, jest rodzina – a i z nią, jak głosi popularne porzekadło, „najlepiej wychodzi się na zdjęciu”.
System charakteryzuje się specyficznym językiem, w którym podkreślane są wymierne osiągnięcia, rezultaty, zyski, sprzedaż, marketing, wizerunek itp. Gubi się w tym człowiek. Język systemowy obecny jest wszędzie – od popkultury przez edukację do funduszy unijnych. Polskie elity – zarówno lewicowe, jak i prawicowe – zachłysnęły się bowiem pragmatyzmem. W prasie lat 90. często zadawano pytanie: „Czemu szkoła nie uczy nas poprawnie wypełniać formularzy PIT?”. Pragmatyzm ten doprowadził do poważnych zmian w systemie oświaty. Początkowo wydawało się, że oparcie systemów egzaminowania o formy testowe i dostosowany do tego sposób nauczania jest drogą do wychowania sprawnych obywateli. Niestety, to myślenie doprowadziło do odtwórczości i jest ono coraz częściej krytykowane (np. podczas Kongresu Obywatelskiego, organizowanego przez Instytut Badań nad Gospodarką Rynkową).
 
Religijny konsumpcjonizm duchowy
 
Wydawałoby się – w świetle Ewangelii – że miejscem wolnym od systemowego myślenia powinien pozostawać Kościół. Nie zawsze jednak tak się dzieje. System wkrada się kuchennymi drzwiami do Kościoła za każdym razem, gdy Kościół ulega pokusie światowości i wielkich liczb; gdy zaczyna się kierować pragmatyzmem, a nie miłością; gdy na piedestale staje ego poszczególnych członków wspólnoty i ich nieskazitelny wizerunek; gdy ludzie Kościoła skupiają się na marketingu (polegającym przede wszystkim na uwypuklaniu zalet i ukrywaniu słabości); gdy w życiu duchowym zaczynają liczyć się osiągnięcia i sukces. Takim „osiągnięciem” może być na przykład rzekomo heroiczna cnota żony, która zapewnia mężowi-alkoholikowi komfort picia, „poświęcając się” dla niego w imię nierozerwalności sakramentu małżeństwa; osiągnięciem może być wskaźnik liczby nabożeństw, na które uczęszczamy w miesiącu bądź liczby wiernych uczestniczących w procesji.
To podejście nie musi być wyrazem złej woli. Niejednokrotnie jest ono wynikiem błędnej formacji religijnej. W imię takiej formacji musimy gromadzić kolejne cnoty lub odmówić precyzyjnie odmierzoną liczbę modlitw, by zapewnić sobie właściwą ocenę ze strony Boga (uosabianego nieraz przez liderów wspólnoty). Podobnie jak w przypadku korporacyjnego etosu konkurencji, wyznacznikiem jest tu nacisk na „ja”, na samodoskonalenie, na „moją świętość” i „moje cnoty”, w przeciwieństwie do pozasystemowego nacisku na wspólnotę z drugim człowiekiem i z Bogiem – na „ty”, „Ty” bądź „my”. Myślenie systemowe bywa obecne w różnych nurtach religijności, od bardzo tradycyjnych, gdzie mówi się przede wszystkim o walce z grzechem i złem, do nowoczesnych, które kreują „silnych liderów duchowych”.
 
Jednocześnie Kościół nadal wydaje się miejscem o ogromnym potencjale „pozasystemowości”. Przesłanie Ewangelii stoi bowiem w jawnej sprzeczności z systemem. Chrystus sprzeciwia się jego podstawowej regule – zasadzie konsumpcji, wskazując, iż więcej szczęścia jest w dawaniu, niż w braniu. Najsłabsi w świetle Dobrej Nowiny nie stanowią przeszkody, lecz są celem samym w sobie. Bycie „najlepszym” czy „najsilniejszym” nie jest istotną wartością. Jeżeli więc Kościół będzie wierny Ewangelii, zawsze będzie też pozasystemowy. Myślenie korporacyjno-perfekcjonistyczne jest w nim jednak na tyle silne, że działania papieża Franciszka, który nie boi się otwarcie mówić o słabościach wewnątrz Kościoła i w samym Watykanie, spotykają się często z przerażeniem.
 
Społeczeństwo głęboko ludzkie
 
Ludzie Kościoła podejmowali wiele prób opisu takiej organizacji społeczeństwa, która odpowiadałaby przesłaniu Ewangelii (np. encyklika Benedykta XVI Caritas in veritate). Chcę skupić się tu na koncepcji przedstawionej przez Jeana Vaniera – kanadyjskiego filozofa i twórcę wspólnot wokół osób z niepełnosprawnością intelektualną – którą nazywa on wizją „społeczeństwa głęboko ludzkiego”.
 
Fundamenty tej wizji można odnaleźć w takich książkach jak Wspólnota miejscem miłości i przebaczenia (1985) czy Odkryć nasze człowieczeństwo (2001). Vanier nie tworzy jednolitej konstrukcji – raczej przedstawia własne impresje na temat możliwego kształtu społeczeństwa. Na bazie tych impresji można jednak zbudować spójną, pozasystemową wizję. Rekonstrukcja tej wizji i rozważenie możliwości jej aplikacji w praktyce społecznej to – jak uważam – istotne zadanie dla socjologów.
 
W systemie nie ma miejsca na słabość i kruchość, podczas gdy u Vaniera to najsłabsi są sercem społeczności. Społeczeństwo głęboko ludzkie ma charakter wspólnotowy, nie zaś masowy. Składa się z mniejszych wspólnot – rodzin, społeczności lokalnych i małych grup. W systemie, w „społeczeństwie masowym” trudno zaakceptować słabszych, gdyż obowiązuje zasada every man for himself – każdy może liczyć tylko na siebie. Człowiek słabszy – dziecko, osoba starsza, upośledzona, osoba mniej zaradna społecznie, borykająca się z depresją lub z ciężkimi zranieniami – staje się przeszkodą dla innych w osiąganiu ich własnych celów (bardzo często nazywanych „samorealizacją”). Słabszy jest zauważany dopiero wtedy, gdy może posłużyć innym do celów wizerunkowych lub politycznych (jak łatwo i przyjemnie budować swój wizerunek, fotografując się z biednymi dziećmi z Afryki lub medialnie walcząc o „prawa mniejszości”).
 
Ostatecznie słabsi liczą się o tyle, o ile mogą pomóc w napompowaniu ego silniejszych – bo system jest oparty na ego i jemu właśnie służy. Tymczasem w społeczeństwie głęboko ludzkim następuje dzielenie się odpowiedzialnością. Oznacza to, że osoby słabsze nie są jedynie obiektem nadmiernej opieki, ale również angażują się w działania wspólnoty w takim stopniu, w jakim mogą być angażowane. Nie odbiera się im odpowiedzialności i w efekcie często okazuje się, że ich wkład w funkcjonowanie społeczności jest dużo większy niż początkowo zakładano.
 
Vanier proponuje przejście od myślenia typu „wspólnota dla mnie” do myślenia „ja dla wspólnoty”; od cogito ergo sum (myślę, więc jestem) do cogito ergo sumus (myślę, więc jesteśmy), jak wskazywał znakomity, choć nieco zapomniany filozof pracy Jan Szewczyk, uczeń Romana Ingardena. System takie myślenie potępia, gdyż jest ono dla niego zabójcze. Jeżeli w działaniu kieruję się bowiem pytaniami: Jak kochać ludzi, którzy są blisko mnie? Jak pracować, byśmy wszyscy mieli z tego korzyści? Co dobrego mogę dla nich zrobić?, nagle okazuje się, że szereg działań konsumpcyjnych, które dotąd z takim zaangażowaniem wykonywałem, traci swój sens. Nawet osławiona „samorealizacja” nie daje pełnego szczęścia. Jak napisał w ostatnich dniach swego życia Chris McCandless, amerykański podróżnik, bohater filmu Wszystko za życie: „Szczęście jest prawdziwe tylko wtedy, kiedy dzieli się je z innymi”.
 
Nie oznacza to oczywiście całkowitego podporządkowania swoich pragnień, dążeń i predyspozycji interesom grupy. Vanier dużo pisze o rozwijaniu własnych talentów – gdyż to one właśnie drzemią w pragnieniach. Paradoksalnie, to właśnie system najczęściej każe w imię konsumpcji rezygnować z realizacji talentów. Jeżeli bowiem najważniejszy jest wzrost konsumpcji, to talenty, nieprzynoszące wymiernych korzyści finansowych, należy głęboko zakopać (stąd np. może pochodzić wybór ścieżki kariery zawodowej niezgodnej z predyspozycjami). Jeżeli jednak talenty przynoszą zysk, system wystawia je na sprzedaż bądź czyni z nich narzędzie pracy w nieludzkich warunkach. W społeczeństwie głęboko ludzkim wspólnota jest świadoma tego, że należy wzajemnie motywować się do rozwijania talentów – posłużą one bowiem wszystkim.
 
Czekając na świętych
 
Przejście od wizji systemowej – technokratycznej i konsumpcyjnej – do wizji głęboko ludzkiej jest procesem trudnym i nie może dokonywać się odgórnie. Klęskę w tej dziedzinie odniosło i państwo socjalistyczne (nie mówiąc już o totalitarnym), i Kościół hierarchiczny, bezskutecznie starający się utrzymać panowanie nad „owieczkami”. Działaniom odgórnym bowiem zawsze wymyka się człowiek jako osoba. Stanowione prawo i system instytucjonalny mogą w pewnym ograniczonym zakresie ułatwiać takie czy inne formowanie społeczeństwa. Przykładem może być tu choćby, stworzony m.in. przez G.K. Chestertona, dystrybucjonizm, który miał być trzecią drogą między kapitalizmem a socjalizmem i miał umożliwić tworzenie małych wspólnot, opartych na drobnej własności. Jednak najważniejsze dla kształtowania się wspólnoty są działania oddolne, na poziomie lokalnych społeczności i niewielkich grup. 
Istnieje szereg sposobów działania, które mogą służyć tej przemianie [3]. Można je określić jako „pozasystemowe” – od działań otwarcie antysystemowych, kwestionujących obowiązujące powszechnie wartości (istnieją zarówno lewicowe, jak i prawicowe „antysystemy”), do działań, które nie wpisują się w wartości konsumpcyjne (wszelkie działania wolontariackie, wspólnotowe w obrębie społeczności lokalnej itp.). Siłą działań pozasystemowych jest właśnie oddolność.

Coraz częściej Polacy podejmują działania pozasystemowe w formie alternatywnych stylów życia. Zmęczeni kulturą korporacyjną dążymy do zwolnienia tempa życia. Służy temu migracja z miast do wsi, minimalizacja konsumpcji i wszelkie działania zmierzające do zachowania równowagi między pracą a życiem pozazawodowym (work-life balance). Coraz częściej słyszymy klasyczne już historie o pracownikach korporacji, którzy nagle zrywają ze swoim dotychczasowym życiem i wyjeżdżają w mityczne Bieszczady, gdzie noszą dzieci w chuście i żywią się produktami z własnych upraw. Alternatywne style życia wiążą się z kontaktem z przyrodą i poszanowaniem środowiska – nie jest to już „systemowa” ekologia, polegająca na korzystnym medialnie protestowaniu przeciwko elektrowni atomowej, lecz osobista relacja do przyrody. Te sposoby życia łączą się także z dystansem do instytucji (korporacje, masowa edukacja, urzędy itp.), wyrażanym choćby przez edukację domową. Czasami alternatywne style życia wynikają z chęci kultywowania tradycji.
 
Te nowe sposoby życia mogą być – choć nie muszą – drogą do przejścia od społeczeństwa masowego do społeczeństwa wspólnot, które umożliwiają zaangażowanie wszystkich swoich członków, także tych najsłabszych, w rozmaite działania. Ludzie porzucający duże miasta tworzą nieraz od podstaw niewielkie, kilkurodzinne wspólnoty, a czasem (jak to zrobił np. Andrzej Stasiuk) wrastają w lokalną społeczność, współorganizując jej życie.
 
Wspólnototwórczy charakter działań antysystemowych nie musi od razu wiązać się z wyjazdem z dużego miasta na wieś. Świetnym tego przykładem są zakładane w miastach kooperatywy spożywcze, w ramach których grupa ludzi decyduje się na kupowanie naturalnych, ekologicznych produktów bezpośrednio od rolników. Nawet niewielkie akcje podejmowane przez grupy sąsiadów na rzecz estetyki bloku i osiedla obniżają poziom konsumpcjonizmu, zwiększają wzajemną ufność i mogą stanowić zalążek dla tworzenia międzyludzkich wspólnot. Przykładem pozasystemowych działań są zapoczątkowane w Wielkiej Brytanii LETS (Local Exchange and Trade Systems – lokalne systemy wymiany i handlu), w których mieszkańcy społeczności lokalnej dzielą się swoimi talentami, a towary i usługi wymieniane są bez udziału pieniędzy.
 
Życie pierwszych chrześcijan na terenie Imperium Rzymskiego jest historycznym przykładem pozasystemowości. Współczesne chrześcijaństwo coraz częściej przyjmuje tego typu formy, na przykład we wspólnotach Chemin Neuf (w formie wspólnego życia) czy w neokatechumenacie, gdzie nierzadko wspólnota utrzymuje niektórych swoich członków w szczególnie trudnych sytuacjach.
 
Alternatywne style życia stają się obecnie coraz popularniejsze i pojawia się zagrożenie, iż zostaną wchłonięte przez system. Działania pozasystemowe już dziś bywają wspierane przez instytucje „systemowe”, na przykład w ramach funduszy unijnych. To rodzi niebezpieczeństwo utraty autentyczności i nieadekwatności języka – struktura wsparcia systemowego i język, jakim jest ono opisywane, przynależą do innej rzeczywistości: do świata osiągnięć, rezultatów, wskaźników itp., a więc do systemu. Bywają bowiem sytuacje, kiedy bunt (o ile nie osiągnie zbyt dużych rozmiarów) opłaca się systemowi i może zostać skomercjalizowany. Oskarżano o to choćby ruch punkowy, jako wykreowany przez bogatego impresaria Malcolma McLarena.
 
Mimo tego zagrożenia pozasystemowość stanowi jedną z szans humanizacji społeczeństwa. Wyjście z niszy uzależnione jest jednak od umiejętności dzielenia się dobrymi przykładami i od charyzmy liderów oraz wybitnych osobowości. Jak mówił Thomas Merton – „nie ma ładu społecznego bez świętych”. Czekamy więc na nowych świętych pozasystemowości.
 
Jarema Piekutowski 

______________________________________
Przypisy:

[1] T. Słaby, K. Maliszewski, Jakość życia kobiet w świetle teorii konsumpcjonizmu, „Kobieta i biznes” 1-4/2008
[2] Na podstawie cyklicznych badań Stowarzyszenia „Klon/Jawor” Wolontariat, filantropia i 1%.
[3] Zob. obok tekst Ewy Karabin „Jakiś tytuł”.