Rozmowa o. Wojciecha Zagrodzkiego CssR z ks. Stanisławem Wszołkiem

Nasza rozmowa ukazuje się już ponad dwa lata od pielgrzymki Benedykta XVI do Polski w 2006 roku. Ojciec święty podczas Mszy św. na krakowskich Błoniach powiedział wtedy m.in.: Wierzyć to przede wszystkim znaczy uznać za prawdę to, czego nie ogarnia nasz umysł. Z drugiej strony, Ksiądz Profesor napisał książkę o racjonalności wiary [1]. A zatem jak to jest: wiara przekracza rozum czy jest racjonalna? 

To zależy od rozumienia pojęć – od tego, co rozumiemy przez racjonalność, a co przez wiarę. Jednak wolałbym nie zaczynać od precyzacji. Słowa takie jak „wiara”, „racjonalność” są dość pojemne, elastyczne. Dzięki temu możemy się porozumiewać w różnych okolicznościach... 

...albo też „dzięki temu”, przeciwnie, nie możemy się porozumieć. Czyż nieprecyzyjne terminy, którymi się niejednokrotnie posługujemy, różnie rozumiane przez rozmówców, nie sprawiają, że porozumienie staje się niemożliwe? 
 
Owszem, często spieramy się o słowa, i wyjaśnianie znaczeń słów jest potrzebne. Jednak język potoczny, a takim językiem się posługujemy w codziennych okolicznościach, jest elastyczny, wypełniony słowami nieostrymi, mglistymi. I taki język nie tylko wystarcza do komunikacji, ale czasem ją warunkuje. Dziennikarz nie ma wiedzy naukowca, ale przy dobrej woli może się z nim porozumieć, a nawet napisać przystępny artykuł o jego pracy.

Słowo „racjonalny” także jest pojemne. Gdyby zapytać „statystycznego” człowieka „z ulicy” o wzorzec racjonalności, to pewnie wskazałby na naukę. Prosta, lecz nie całkiem uzasadniona odpowiedź na pytanie o racjonalność brzmi: racjonalne jest to, co jest naukowe. W naszej kulturze nauka cieszy się wielkim prestiżem społecznym, ciągle jest normą racjonalności. 

W tym sensie wiara rzeczywiście nie jest racjonalna, tym bardziej jeśli naukę, jak to niekiedy bywa, ograniczy się do nauk empirycznych. Czy dlatego pojawia się wysuwana gdzieniegdzie myśl, że człowiekowi wykształconemu nie wypada wierzyć? 

Częściowo; nauka odnosi sukcesy, a to budzi zaufanie, natomiast „skuteczność” religii czy religijności jest trudna do zmierzenia. Jednak ważniejszy powód wątpienia tkwi w historii. W Europie powstawanie nauki związane było z przesunięciem obszaru wpływów. Pierwsze uniwersytety były w rękach zakonów, a uprawianiem nauki zajmowali się przede wszystkim duchowni. Z czasem coraz większą rolę w nauce zaczęli odgrywać ludzie świeccy, którzy poszukiwali własnej autonomii. Przeciwstawienie nauki wierze było zastępczym sposobem uzyskiwania innych celów: wpływów, autonomii badań naukowych itd. W dziewiętnastym wieku, gdy powstawały pierwsze książki na temat relacji nauki i religii, utrwalił się mit teologów „goniących z wiązką chrustu” za biednymi naukowcami. Myślę, że splot wielu czynników sprawił, że przeciwstawianie rozumu (nauki) wierze (a więc postawie religijnej, ale i teologii) stawało się wówczas coraz bardziej powszechne.

Warto zauważyć, że do takiego przeciwstawiania chętnie uciekają się jeszcze dzisiaj zarówno ludzie wierzący, jak i niewierzący – tylko z odmiennych powodów. Niewierzący, aby utwierdzić siebie (i innych) w przekonaniu, że postawa wiary nie ma nic wspólnego z racjonalnością. Natomiast wierzący ze względów apologetycznych. Gdy nie potrafią uzasadnić rozumowo swojej postawy, wówczas chętnie przyznają, że wiara jest czymś innym: darem Boga, łaską... 

Ze względów apologetycznych? W jaki sposób można wyjaśnić komuś swoją wiarę, uciekając od jakiejkolwiek próby jej racjonalnego uzasadnienia? 

Przykładów jest wiele. W każdej dyskusji światopoglądowej pada żądanie, aby udowodnić, że Bóg istnieje. I wierzący najczęściej – wystarczy zaglądnąć na dowolne forum internetowe – podają jakieś „dowody” Ale kiedy przeciwnicy w dyskusji zbijają ich argumenty, wówczas uciekają się do superargumentu: „istnienie Boga to sprawa wiary”. Taka odpowiedź nie jest niczym innym niż próbą odseparowania wiary od rozumu. W zasadzie nic w tym złego. Jednak wydźwięk takiego „superargumentu” jest dwuznaczny: jeśli bowiem rozum jest z definicji racjonalny, to przeciwstawiona mu wiara musi być czymś irracjonalnym. 

Wracamy więc do zasadniczego pytania naszej rozmowy. Czy wiara może być racjonalna? 
 
Istnieje wiele prób odpowiedzi na to pytanie. Tradycyjna odpowiedź głosi, że wiara jest rozumna, bo jest przygotowana przez rozum. Rozum „pracuje” w przedsionkach wiary. W jaki sposób? 

Na przykład wykazując, że istnieje Bóg. Tu ma źródło przekonanie, że dla racjonalności wiary ważne są dowody. Gdy już wiemy, że jest Bóg, a wiemy to, bo mamy dowody na Jego istnienie, wówczas możemy odpowiedzieć Bogu wiarą. Rozum pojawia się jednak nie tylko „przed” wiarą, lecz także „po” niej. Niektóre prawdy wiary są paradoksalne; są to tzw. tajemnice wiary. Także w tym przypadku rozum jest potrzebny, aby je rozjaśnić. 

Weźmy jakiś znany przykład. Św. Tomasz z Akwinu był przekonany, że sam rozum może nas pouczyć o istnieniu Boga. Czyli pierwsza prawda wiary (że jest jeden Bóg, który wszystko stworzył) jest w zasadzie dostępna dla rozumu. Inaczej jest z doktryną o Trójcy Świętej (wielką tajemnicą wiary), która wykracza poza możliwości rozumu. Jednak i w tym wypadku rozum jest potrzebny; nie do tego, aby „wyjaśnić” tę tajemnicę (bo to jest niemożliwe!), lecz by ją „rozjaśnić”, pokazując np. racje, dlaczego ta, tak niepojęta, tajemnica została człowiekowi objawiona. 

Lubię określać ten sposób tłumaczenia racjonalności wiary trójstopniowym schematem. Schemat ten ma postać następującą. Na pierwszym etapie rozum przygotowuje akt wiary poprzez rozumowe argumenty, dowody, które mają usunąć intelektualne przeszkody do wiary oraz wskazać racje, dla których należy wierzyć; później, na drugim etapie, mamy do czynienia z właściwym aktem wiary, który jest rozumny z powodu tego, co rozum zrobił już na etapie pierwszym, oraz tego, co zrobi na ostatnim, trzecim etapie, rozjaśniając przyjęte prawdy wiary. Powtórzmy, wiara jest racjonalna, bo jest „otoczona”, jeśli wolno tak powiedzieć, działaniem ratio, rozumu. 

Wszystko byłoby proste, gdyby dowody istnienia Boga przekonywały z matematyczną oczywistością… 
 
No właśnie. Trójstopniowe wyjaśnienie racjonalności wiary bardzo zależy od dowodów, które mają kapitalne znaczenie na pierwszym stopniu. A jak wiadomo, nie wszyscy się zgadzają z tym, że mamy dowody na istnienie Boga. Oczywiście, mamy różne argumenty na rzecz istnienia Pana Boga. Jednak ich wartość jest sporna. Istnieją tu co najmniej trzy opcje. Są tacy, którzy sądzą, że mamy dobre dowody na istnienie Boga, a tylko niektórzy ludzie ich nie uznają z powodów moralnych – zepsutego serca. Istnieją tacy, co twierdzą, że sam pomysł dowodzenia istnienia Boga jest absurdalny, jeśli wręcz nie bezbożny. Bóg jest Stwórcą świata i człowieka. Jak człowiek może traktować Boga, jakby był On przedmiotem naukowego zainteresowania? To wygląda na szczyt pychy intelektualnej! I wreszcie są tacy, którzy uznają owe tzw. dowody, lecz dostrzegają ich ograniczenia. 
 
Ta trzecia opcja „ograniczonego znaczenia dowodów na istnienia Boga” wydaje się najbardziej sensowna… 
 
Zacznijmy od tego, co to jest dowód? W sensie potocznym to przekonująca racja. „Udowodnij mi” to znaczy „przekonaj mnie”, „pokaż mi, że tak jest”. I dowód w takim potocznym sensie odgrywa ważną rolę w rozumieniu racjonalności. Ale jest on zrelatywizowany do osób, które rozmawiają ze sobą. To co przekona Jana, nie przekona Piotra. I to z wielu różnych, nieraz przeciwnych, a nieraz tych samych powodów.

W sensie ścisłym dowód jest czymś bardziej wyrafinowanym, lecz wtedy nie całkowicie jednoznacznym. W zasadzie jedynie tzw. formalne pojęcie dowodu nie jest kontrowersyjne. Udowodnić twierdzenie T (np. że Bóg istnieje), znaczy podać taki ciąg twierdzeń T1,…, Tn, że dowolne twierdzenie wyjęte z tego ciągu jest albo aksjomatem (przesłanką), albo jest wydedukowane z aksjomatów (przesłanek) wcześniejszych, natomiast Tn = T (tzn. ostatnie twierdzenie ciągu musi równać się tezie dowodzonej, w naszym przypadku zdaniu, że Bóg istnieje). To jest formalne ujęcie dowodu. Tzn. nie bierzemy w nim pod uwagę treści aksjomatów (przesłanek), lecz je po prostu przyjmujemy – zakładamy, że są prawdziwe. 

Jeżeli jednak na zasadzie oczywistości - jako aksjomat - trzeba przyjąć twierdzenie podstawowe, że Bóg istnieje, bo nie można go udowodnić w sposób przekonujący, to mamy poważny problem. A bez tej podstawowej prawdy całe dalsze rozumowanie w wierze będzie jak budowanie domu bez fundamentu... 
 
Niedawno czytałem pracę wybitnego włoskiego matematyka Roberto Magariego na temat słynnego „dowodu Gödla”. Kurt Gödel, jeden z największych logików i matematyków wszechczasów (tak się przynajmniej uważa), napisał jedną stroniczkę zapełnioną znaczkami, która w latach 70. XX wieku stała się znana jako matematyczny dowód na istnienie Boga. Praca ta (nawiązująca do Leibniza, a przez niego do św. Anzelma) zaintrygowała wielu ludzi. Analizował ją również Magari, który określał się mianem „teofoba”, a więc zdeklarowanego ateisty. I co stwierdził? Że dowód jest OK, ale przesłanki (aksjomaty) domagają się nie mniejszej wiary niż sama teza, gdyby ją chcieć przyjąć bez dowodu.
 
Czy w tym momencie twierdzenie, że wiara jest racjonalna, nie legło nam w gruzach? 
 
Nie, wcale nie. W tym momencie musimy jednak powiedzieć, że w odniesieniu do wiary tzw. racjonalność oparta na dowodach, „racjonalność dowodowa”, to jest racjonalność pojęta bardzo wąsko. Gdyby uznać za racjonalne tylko to, co da się bez żadnych wątpliwości udowodnić, wówczas nawet sama matematyka byłaby niemożliwa [2]. W naukach przyrodniczych sprawa dowodów także nie jest taka prosta. Nauki przyrodnicze odnoszą ogromny sukces w badaniu świata. Jednak sukces ten oparty jest m.in. na tym, że kolejne pokolenia rewidują przekonania poprzedników. Także „udowodnione” przekonania, przez dziesięciolecia uznawane za absolutnie oczywiste. 
 
Przy okazji warto sobie uświadomić, że nasz (zarówno duchownych, jak i świeckich) stosunek do nauki bywa ambiwalentny. Jeśli się okazuje, że naukowcy głoszą coś, o czym i tak jesteśmy przekonani, to chętnie się podpieramy ich autorytetem. Wiadomo, to jest udowodnione naukowo, itd.! Gdy jednak naukowcy wypowiadają twierdzenia, które zdają się podważać nasze przekonania, wówczas twierdzimy, że „naukowcy jeszcze nie raz zmienią zdanie”. Istotnie, nauka to poważne, lecz ułomne przedsięwzięcie. Naukowcy nieustannie korygują swoje osiągnięcia. Co więcej, procedury naukowe są tak skuteczne, ponieważ większość badaczy zdaje sobie sprawę z ich prowizoryczności. Skoro tak jest w nauce, to co powiedzieć o innych obszarach życia? O dowody jest trudno wszędzie. Życie codzienne opiera się bardziej na zaufaniu niż na dowodach, a te „dowody”, którymi się posługujemy, są często zmieszane z innymi, wcale nie racjonalnymi czynnikami. 
 
O jakiej zatem racjonalności mówimy w przypadku aktu wiary? 
 
O racjonalności tłumaczącej! – tłumaczącej całość świata. Jest takie opowiadanie Allana Poe Morderstwo przy rue Morge. Prywatny detektyw Dupin ma znaleźć sprawcę wyjątkowo okrutnego mordu. Rzecz się jednak komplikuje, ponieważ zbrodnia została dokonana w taki sposób, że żadne przypuszczenie nie nadaje się na możliwe wyjaśnienie. Jednak w trakcie poszukiwań Dupin dowiaduje się, że ze statku, który przypłynął do portu, uciekł potężny orangutan. Wtedy błyska mu myśl: a gdyby tak przyjąć, że zbrodni dokonało zwierzę, a nie człowiek?! Przypuszczenie okazuje się niezwykle płodne. 
 
Teraz wszystkie trudne poprzednio do wyjaśnienia szczegóły zaczynają się układać w logiczną całość. A dalsze badanie pokazuje, że istotnie to zwierzę dokonało mordu. Głęboka myśl tego utworu polega na ukazaniu, jak bardzo nasze przesłanki (aksjomaty), a w rezultacie także dowody (w przytoczonym przykładzie procedury kryminalne) są zależne od tego, czy potrafimy ogarnąć całą sytuację. Pewne poszlaki i znaki stają się zrozumiałe dopiero w kontekście pewnej całości. Wytłumaczyć rzecz niezrozumiałą to tyle, co umieścić ją w kontekście całości. Otóż racjonalni jesteśmy nie tylko wtedy, gdy formułujemy dowody, przeprowadzamy eksperymenty, ale także wtedy, gdy wysuwamy śmiałe przypuszczenie, jak rozwiązać jakiś problem. Życie codzienne obfituje w przykłady, które ilustrują tę logikę tłumaczenia. 

Gdy dziecko płacze, matka domyśla się przyczyny, nie zawsze trafnie co prawda, lecz gdy przekona się o pomyłce, wysuwa nowe przypuszczenie. Generał, którego czeka decydująca bitwa, musi znaleźć jakiś sposób zajęcia pozycji, od której zależy los jego wojska. W życiu nieustannie wysuwamy hipotezy, a następnie – zwłaszcza jeśli dotyczą one nas samych – testujemy je w doświadczeniu. [...] Życie wiary jest częścią życia w ogóle. Zatem wiara, czymkolwiek jest więcej, z poznawczego punktu widzenia jest przypuszczeniem, domysłem [3]. To o to chodzi, prawda? Czy jednak można w odniesieniu do wiary religijnej posłużyć się terminem „hipoteza”? 
 
Na razie nie mówimy jeszcze o wierze ściśle religijnej, ale ogólnie o akcie wiary, zaufania, z którym codziennie się stykamy. Z poznawczego punktu widzenia akt wiary jest aktem rozumu, który szuka wyjaśnienia. Patrząc z tej strony, nie ma radykalnego oddzielenia rozumu od wiary, bo rozum manifestuje swoją obecność w samym akcie wiary. Tak jest w akcie wiary w sensie ogólnym. Wiara religijna jest oczywiście czymś więcej, ale ona nie niszczy tego, co naturalne, lecz na tym buduje. Stąd także o wierze religijnej, chcąc ukazać jej poznawczy wymiar, możemy powiedzieć, że jest przypuszczeniem, tłumaczeniem, hipotezą... Owszem, to ostatnie słowo może być mylące, więc w krótkiej rozmowie wolałbym go nie przywoływać. 
 
Rzeczywiście, są w życiu takie sytuacje, w których jedynym rozsądnym wyjściem jest zaufanie. Przypomina mi się w tym momencie przypomniana w Księdza książce historia wymyślona przez W. Jamesa: przypuśćmy, że w trakcie wycieczki wysokogórskiej znalazłem się na półce skalnej, z której jedynym wyjściem jest skok w dół. Czy on się uda? Nie wiadomo, bo mgła zasłania widok. Nie mając podobnych doświadczeń, nie mam żadnych dowodów, że jestem w stanie tego dokonać; jednak nadzieja i wiara w siebie utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie chybię celu, popychają moje nogi do czynu, który bez tych subiektywnych emocji byłby prawdopodobnie niemożliwy. 
 
[...] W takim przypadku (jednym z niezmiernie wielu) niewątpliwie mądrze jest wierzyć w to, w co się chce wierzyć. I dalej James pisze: Uwierz, a będziesz miał rację i uratujesz się. Zwątp, a będziesz miał rację i zginiesz [4]. W opowiedzianej historii wiara staje się jedyną racjonalną i skuteczną postawą. Ale równocześnie ani wiara, ani niewiara nie dają żadnej pewności. A człowiek chciałby budować swoje życie na fundamencie pewnym. Czy jesteśmy skazani wyłącznie na fundament niepewny? 
 
W przytoczonym przykładzie nie chodzi o wiarę religijną, ale o wiarę w siebie. W takim przypadku nie możemy mówić o pewności. James pokazuje, że nawet w życiu codziennym zdarzają się sytuacje, w których trzeba zaryzykować. Co więcej, są to takie sytuacje, w których podjęcie ryzyka jest racjonalne. Jeśli bowiem nie zaryzykujemy, to stracimy coś ważnego, w sytuacji ekstremalnej nawet życie. Chcę powtórzyć, że o pewności nie ma tu mowy.

Inaczej jest z aktem wiary religijnej. Katechizm Kościoła katolickiego uczy, że wiara jest pewna. Zatem nasze pytanie brzmi: czy to użycie rozumu, które nazwaliśmy przypuszczeniem, może być pewne? 
 
Przypuszczenie ze swej natury przeciwstawia się pewności. Jednak w wierze religijnej przypuszczenie jest „szczególne”. Nie jest ono wyrazem bystrości umysłu, który domyśla się rozwiązania jakiegoś problemu. Jest natomiast wyrazem naszej ludzkiej sytuacji egzystencjalnej. W obliczu kruchości naszego życia, perspektywy śmierci, cierpienia, ale także niezgody na śmierć itd., przypuszczenie, że jest Bóg i ocalenie, jest pewne, bo jest jedynie możliwe do przyjęcia. Odnośnie do pytania „czy jest Bóg i ocalenie?” odpowiedź może być tylko TAK lub NIE. Innej możliwości nie ma. Któż zaś miałby siłę do życia, gdyby odpowiedział, że nie ma ocalenia? 
 
To nie przesądza sprawy początku wiary religijnej. W zależności od człowieka akt wiary może mieć różny początek. Dla jakiegoś naukowca może to być badany świat, dla kogoś innego przysłowiowy „kwiat polny”, dla większości ludzi tym początkiem jest twarz drugiego człowieka, najczęściej bliskiego: matki, ojca, którzy swoimi słowami i czynami głoszą prawdę, że jest Bóg i ocalenie. Proszę zwrócić uwagę, że w teologii ten wymiar jest szczególnie podkreślany. Mówi się, że wierzymy ze względu na wiarygodność, prawdomówność świadka. W chrześcijaństwie chodzi najpierw o Jezusa Chrystusa, następnie o innych głosicieli: uczniów Jezusa, ich następców itd. Ten aspekt słusznie podkreśla się w przepowiadaniu i katechezie. 
 
Wyraźnie już widać, że wiara jest postawą racjonalną. Rodzi się jednak kolejne pytanie: jeżeli wiara jest racjonalna, to czy niewiara będzie postawą nieracjonalną? 
 
To jest świetne pytanie. Pokazuje ono różnicę między tradycyjnym ujęciem racjonalności wiary a tym, które próbujemy sobie tu objaśnić. W tradycyjnym ujęciu niewiara jest nieracjonalna, bo (upraszczając) jest odmową uznania dowodów. Natomiast w tym ujęciu sprawa się komplikuje. Jeśli w akcie wiary, którego poznawczy wymiar nazwaliśmy przypuszczeniem, ukryte jest działanie rozumu, to co pozwoli odróżnić akt rozumu, który prowadzi do odpowiedzi TAK, od tego, który prowadzi do odpowiedzi NIE? Z formalnego punktu widzenia nie ma różnicy. I z tego punktu widzenia także akt rozumu prowadzący do niewiary trzeba uznać za racjonalny. Nie ma to jednak nic wspólnego z oceną postawy konkretnego człowieka – to sprawa o wiele bardziej złożona. Zresztą tu widać, dlaczego „tłumacząca racjonalność” – jeśli się ją rozumie ściśle formalnie – nie wystarcza (i dlatego nie może całkowicie wyrugować dawniejszego ujęcia). Ona tłumaczy tylko, że akt wiary jest racjonalny, bo jest użyciem rozumu – tego samego, którego używamy w naukach i życiu codziennym. 

Jeżeli wiara jest aktem racjonalnym, to dlaczego mistycy często piszą o wierze jako o skoku w ciemną przepaść? Zresztą nie tylko mistycy o tym mówią. Przecież takim skokiem była np. wiara Abrahama i wielu innych postaci biblijnych. Czy skok w ciemną przepaść może być zachowaniem rozumnym? 
 
Oczywiście, że może – dowodzi tego przytoczona wcześniej historia wymyślona przez Jamesa. Żyjemy w świecie, w którym jest pełno śladów Boga. W tym samym świecie pełno jest jednak zdarzeń, które z perspektywy naszego ułomnego pojmowania wydają się przeczyć Jego istnieniu. Ważne jest to, że musimy się opowiedzieć. To nie jest rzecz dowolna czy dobrowolna! Ostatecznie każdy musi kiedyś wypowiedzieć swoje TAK lub NIE. 
 
Rozumne przypuszczenie doprowadza mnie do momentu decyzji. Ale to, czy odpowiem TAK, czy raczej NIE – jeśli przekracza to możliwości „dowodów” – jest skokiem. Nawiasem mówiąc, w literaturze wyróżnia się nieraz jeszcze trzecią opcję – agnostyczną [5].

Nie wydaje mi się jednak, aby ta opcja była rzeczywiście otwarta dla człowieka. Owszem, w porządku teoretycznym można ją sobie wymyślić, zdefiniować i opisać. Lecz w praktyce życiowej nie ma miejsca na neutralność, obojętność. Jeśli jest Bóg, to wszystko, co robimy (lub czego nie robimy), albo prowadzi nas do Boga, albo odwodzi od Niego. 
 
Możemy poszerzyć perspektywę i zwrócić większą uwagę na treści wiary, a nie tylko na formalny wyraz aktu wiary. Wówczas zarówno sprawa „skoku”, jak i racjonalności staje w nowym świetle. Bardzo często mówimy o racjonalności wiary w tym celu, aby ją odróżnić od wiary nieracjonalnej, od zabobonu. Jest to problem praktyczny. Wiara zabobonna prowadzi na manowce, zarówno indywidualnego człowieka, jak i grupy ludzkie. Przykładem są wojny religijne – o ile zgodzimy się, że były wywołane i podtrzymywane z powodów religijnych. 
 
W swojej książce [6] przytacza Ksiądz tezę, wygłoszoną przez kard. J. Ratzingera na Sorbonie w listopadzie 1999 roku, że chrześcijaństwo „zwyciężyło” religie pogańskie dzięki zasadzie rozumu. Czy w podtekście nie chodziło tu o dialog chrześcijaństwa ze współczesną kulturą? Co to znaczy: „zwyciężyć dzięki zasadzie rozumu”? 
 
To jest bardzo mocna teza, która jednak ma dość oczywisty i wielokrotnie potwierdzony przykładami sens. Kiedy chrześcijanie wkroczyli na obszar kultury greckiej, musieli wybrać: przyjąć czy odrzucić mądrość pogańską? Byli tacy, którzy chcieli się odwrócić od greckiej nauki. Tertulian pisał: 
 
Po Chrystusie Jezusie nie potrzebujemy żadnych badań, a po Jego Ewangelii żadnych dociekań. Jednak ten nurt myślenia (nie oceniam tu Tertuliana, bo jego zdanie, wyrwane z kontekstu, służy mi jedynie jako ilustracja!) nie zyskał szerszego uznania. Przeciwnie, to w nurcie myśli chrześcijańskiej rozwinęła się nauka nowożytna. Teologowie szybko zrozumieli, że objawienia (Pisma Świętego) nie można zrozumieć bez odwołania się do tego, co wiemy skądinąd, z wiedzy uzyskanej na drodze rozumu. Czy to ma zastosowanie do naszych czasów? We współczesnym świecie, mimo postępów nauki, potężnieje nurt irracjonalizmu. 
 
Moim zdaniem tendencja ta jest groźna, gdyż nie jest kontrolowana. Jednym z powodów tego stanu rzeczy jest to, że żyjemy w świecie natłoku informacji, prawdziwej i fałszywej, zawsze jednak głośnej i natrętnej. Można napisać książkę typu Kod Leonarda da Vinci, o której wszyscy wiedzą, że jest nierzetelna, a jednak chętnie ją czytają, bo zaspokaja ciekawość. Co więcej, można napisać inną książkę, w której wykaże się błędy Kodu, jednak w tym czasie powstanie kilka innych pozycji wzorowanych na owym Kodzie, napisanych z nadzieją na podobny sukces. W takim klimacie prawda przestaje być cenna, a trudność w jej rozpoznaniu sprzyja postawom irracjonalnym. Myślę, że Benedykt XVI nawołuje do ufności w wartość prawdy. Zasada rozumu ma sens, jeśli jest coś takiego jak prawda, także Prawda z dużej litery. 
 
Papież przypomina też o roli krytycznej refleksji, która jest nieodłącznie związana z szukaniem prawdy. Uznane prymatu prawdy jest warunkiem koniecznym dialogu i spotkania, a nawet – na dłuższą metę – życia wspólnotowego. Jan Paweł II (w rozmowie z Messorim, jeśli dobrze pamiętam) za najważniejsze zdanie z Ewangelii uznał stwierdzenie Chrystusa: Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli. 

W swojej książce napisał Ksiądz Profesor, że problem relacji wiary i rozumu będzie nieustannie powracał w każdym pokoleniu i każdy wykształcony człowiek będzie musiał się z nim zmierzyć na nowo na własną rękę [7]. Dlaczego tego problemu nie można rozwiązać raz na zawsze? 
 
Bo każde pokolenie musi odczytać treść wiary w nowym kontekście. Przecież ciągle zmienia się to, co wiemy o świecie. Co więcej, problem napięcia rozumu i wiary jest nieusuwalny. Jego źródło tkwi bowiem w dysproporcji między tym, co trzeba wyrazić (Bóg jest nieskończony), a środkami wyrazu (które są skończone). Pokazuje to chrześcijańska tajemnica Wcielenia (Bóg w postaci człowieka), tajemnica natchnionego słowa Bożego (Pismo Święte zawiera słowo Boże w słowach ludzkich) itd. Jak to ktoś powiedział, istnieje tu „przepastny brak proporcji”, którego nie da się usunąć. A ponieważ nasza wiedza na temat tego, co dotyczy świata i człowieka, ciągle się zmienia, napięcie między rozumem a wiarą jest odczuwane nieustannie. 
 
Najciekawsze jest to, że napięcie to nie musi być destrukcyjne.

„Obrzeża” rozumu i wiary tworzą subtelną przestrzeń, której badanie czy tylko przeżywanie generuje głęboką refleksję. Obszar przecięcia się rozumu (nauki) i wiary (teologii) jest jednym ze źródeł kultury. Proszę zauważyć, ile wspaniałych dzieł sztuki powstało dzięki temu, że człowiek próbował w jakiś sposób wyrazić niewyrażalną tajemnicę Boga! 

Czy to znaczy, że nie da się oddzielić nauki od teologii? Wydawać by się mogło, że ewentualnego konfliktu nauki z wiarą, na którą to możliwość niektórzy wskazują, najprościej byłoby uniknąć w ten sposób: nauka ma swoją dziedzinę, a teologia swoją, przy czym są one całkowicie rozdzielone. Konflikt jest możliwy jedynie wtedy, kiedy naukowiec wejdzie w obszar teologii czy teolog wypowie się w sprawach nauki. Wygląda jednak na to, że takie rozróżnienie nie jest satysfakcjonujące... 
 
Rozróżnienie to pełni rolę pożyteczną, lecz wstępną. Dobrze jest odróżnić dyscypliny i obszary badań. Jednak później takie rozgraniczenia okazują się niewystarczające, a to dlatego że człowiek szuka zrozumienia całości świata, a nie tylko jego poszczególnych wymiarów z osobna. Napięcie między rozumem i wiarą jest więc nieusuwalne. Ono może być szkodliwe, gdy jest rozumiane prymitywnie lub naiwnie, ale może być też twórcze. Gdy jest twórcze, wówczas wiara i nauka się uzupełniają. 
 
O tym uzupełnianiu powiedział Jan Paweł II: Nauka może oczyścić religię z błędów i przesądów, religia może oczyścić naukę z idolatrii i fałszywych absolutów. Każda z nich może wprowadzić drugą w szerszy świat, świat, w którym obie mogą się rozwijać [8]. Czy można powiedzieć, że w tych słowach mamy wskazanie na serce problemu? Czy mógłby Ksiądz wskazać jakiś konkretny przykład takiego wzajemnego oddziaływania nauki i wiary? 
 
Słowa Jana Pawła II to bardzo trafne ujęcie problemu. Właściwie zawierają one zarówno program, jak i podsumowanie dyskusji nauki i religii. Szkoda, że list do G. Coyne’a (ówczesnego dyrektora czcigodnej Specola Vaticana), w którym one się pojawiły, jest mało znany. Przykładów ilustrujących sens tej papieskiej wypowiedzi jest wiele ale trudno byłoby je tu wymienić: ciekawe przykłady wymagają szerokiego omówienia, natomiast oczywiste są dość trywialne. W wiekach średnich nie tylko chrześcijanie byli przekonani, że niebo jest ponad sferą gwiazd stałych. 
 
Było to zgodne z ówczesnym naukowym obrazem świata. Dziś wszyscy wiemy, że nie ma takiej sfery, zatem i nieba nie należy umieszczać nad firmamentem. Rozwój wiedzy przyczynił się do oczyszczenia prawdy wiary o niebie. Gdy chodzi o odwrotne oddziaływanie, to dotyczy ono raczej naukowców aniżeli samej nauki. Otóż nauka odnosi sukcesy, metoda naukowa jest skuteczna. Rodzi to pokusę, aby absolutyzować naukę, twierdzić na przykład, że tylko to, o czym nauka mówi, istnieje. Religia, ludzie wierzący (zwłaszcza wierzący naukowcy) uświadamiają, że to byłoby wielkie uproszczenie, że taka postawa to nic innego jak ubóstwienie nauki. Taką postawę nazywa się czasem scjentyzmem. Religia pomaga zrozumieć, że scjentyzm jest również wiarą, tylko naiwną. 
 
Czy będzie przesadą, jeśli podsumuję, że nasza refleksja nieuchronnie prowadzi do pewnej - może i oczywistej, ale jednak wartej podkreślenia - sugestii pastoralnej, że dzisiaj nie wystarczy rozwijanie pobożności ludowej, ale potrzebna jest również solidna formacja intelektualna pozwalająca „uzasadnić nadzieję, która w nas jest”...? 
 
Muszę zaprotestować. W tym, co powiedziałem, nie ma ani jednego słowa krytycznego wobec pobożności ludowej. Co najwyżej jest sugestia, zgodna z przytoczonymi słowami Jana Pawła II, że oczyszczanie wiary jest procesem koniecznym i w gruncie rzeczy naturalnym. W tym kontekście solidna formacja intelektualna nie jest żadnym luksusem, lecz odpowiedzią na wezwanie Ewangelii. 

Ależ ani przez chwilę nie chciałem kwestionować wartości pobożności nie tylko tej określanej terminem „ludowa”, ale żadnej formy pobożności, bez której wiara nie znajdzie właściwego sobie wyrazu. Skoro jednak żyjemy w świecie, w którym nurt irracjonalizmu jest stosunkowo silny, należy dopuścić możliwość, że jego wpływy mogą być widoczne również wewnątrz Kościoła. Do tego żyjemy w świecie pluralistycznym, w swoich środowiskach spotykamy się z ludźmi różnych religii czy światopoglądów. Taki świat domaga się umiejętności uzasadnienia swojej wiary, by wejść z innymi w dialog... 
 
Cała nasza rozmowa chyba sugeruje taki wniosek. 

Te refleksje prowadzą również nieuchronnie w stronę zamyślenia się nad formacją intelektualną w seminariach duchownych... 

Moim zdaniem tu jest problem. Spróbuję go zarysować, choć bez podawania rozwiązania. Układ przedmiotów wykładanych w seminarium zmienił się na przestrzeni stosunkowo krótkiego czasu. Jeszcze żyją księża, którzy nie uczyli się wielu dzisiejszych przedmiotów: nie było przedmiotów biblijnych, wielu wykładów z psychologii etc. Gdy te przedmioty się pojawiły, wówczas poszerzyły ofertę programową, lecz również osłabiły tradycyjne dyscypliny uczone w seminariach, mianowicie filozofię i teologię. 

Jeśli idzie o pierwszą, to osłabiły w sensie dosłownym: dziś w seminariach duchownych jest mniej filozofii niż trzydzieści lat temu; wprawdzie mówi się, że pierwsze dwa lata są „filozoficzne”, ale to tylko tak się nazywa, gdyż na pierwszym i drugim roku w seminarium uczy się też wielu innych przedmiotów oprócz filozofii. Jeśli idzie o teologię, to jej osłabienie związane jest z niedostatkiem podbudowy filozoficznej. W obrębie mego skromnego oczytania mogę zaryzykować twierdzenie, że liczba teologów znających nieźle filozofię jest niewielka. Niektórzy znają pewne pojęcia z takiej czy innej tradycji filozoficznej, lecz podkładają pod nie własne treści. Ale tą sprawą nie możemy się tu zająć. Ważne jest to, że na przestrzeni wielu lat oferta programowa w seminariach duchownych uległa poszerzeniu. Uzasadnienie tego rozszerzenia jest oczywiste.

Trudno nie uczyć w seminariach np. psychologii, skoro psychologia odgrywa tak dużą rolę w społeczeństwie. Ponadto pozostaje w mocy argument, że ksiądz musi się znać na wielu dyscyplinach, choćby tylko pobieżnie. Rozumowanie to wspiera dodatkowa obserwacja, że współczesna tendencja do specjalizacji przyniosła negatywne skutki. Nie oceniając tej konkluzji, można stwierdzić, że żaden specjalista nie jest wolny od możliwości popełniania błędów, niekiedy wielkich, gdy wykracza poza swoją dziedzinę. To wszystko wydaje się słuszne. Jednak jest cena! Sprawa dotyczy równowagi między szerokością oferty a pogłębieniem wiedzy. W tej chwili ta równowaga jest zachwiana. Oferta jest tak szeroka, że w praktyce prowadzi do powierzchowności studiów. Uczący w seminariach wiedzą, że gdyby wszyscy ustalili wymagania na odpowiednim poziomie, to tylko garstka alumnów byłaby w stanie im sprostać, mimo że do seminariów przychodzą także bardzo uzdolnieni młodzi ludzie.

Efekt jest chyba taki, że ksiądz albo nie jest traktowany jako specjalista od teologii i duchowości, albo cała teologia jest uznawana za naukę z przymrużeniem oka. Nie chciałbym przesadzać. W Kościele najważniejsi są i będą ci, którzy w codziennym życiu dają przykład czynnej miłości bliźniego. Ale – jak to ktoś powiedział – zaraz po nich idą ci, którzy trudzą się nad tym, aby był on wspólnotą myślących. Obawiam się, że obowiązujący model kształcenia nie ułatwia tego zadania. Ale przyznaję, że rozwiązanie problemu nie jest łatwe. Ośmielę się wyrazić sugestię, że szukanie rozwiązania powinno się zacząć od docenienia roli rozumu. 

Puentą naszej rozmowy może być stwierdzenie, że wiara jest również zadaniem dla ludzkiego rozumu, w myśl słów kard. Camillo Ruiniego, który wspomniał o wielkim „tak” powiedzianym przez Boga w Jezusie Chrystusie człowiekowi i jego życiu, ludzkiej miłości i wolności, i ludzkiemu rozumowi [9]. 
 

_________
Przypisy: 
 
1. Stanisław Wszołek, Racjonalność wiary, Wydawnictwo Naukowe PAT, Kraków 2003, ss. 203.
2. Dowodzi tego słynne twierdzenie Gödla, które mówi, że w każdym dostatecznie rozbudowanym systemie aksjomatycznym znajduje się co najmniej jedno twierdzenie, którego nie da się w ramach tego systemu udowodnić (przyp. red.).
3. Stanisław Wszołek, Racjonalność wiary, dz. cyt., s. 78.
4. Cyt. tamże.
5. Tzn. zawieszenie sądu co do istnienia Boga (przyp. red.).
6. Por. S. Wszołek, Racjonalność wiary, dz. cyt., s. 161-162.
7. Tamże, s. 23.
8. Jan Paweł II, Posłanie Jego Świątobliwości do George’a Coyne’a, dyrektora Obserwatorium Watykańskiego, cyt. w: Stanisław Wszołek, Racjonalność wiary, dz. cyt., s. 150.
9. Kard. Camillo Ruini, Spotkanie rozumu z wiarą (wykład inauguracyjny wygłoszony na VIII Forum Projektu Kulturowego Konferencji Episkopatu Włoch 2 marca 2007 roku w Rzymie), w: „Społeczeństwo” 2007, nr 2, s. 196. 


Rozmowiał o. Wojciech Zagrodzki CSsR
 Źródło Internet Portal Katolik