O. Anselm Grün OSB
Po prostu żyć. Wielka księga duchowości i sztuki życia

Przedmowa – Po prostu żyć


„Po prostu żyć” – jak to rozumieć? A przede wszystkim: jak to jest możliwe? Moim zdaniem oznacza to harmonijną egzystencję w zgodzie z samym sobą, w wolności, autentycznie – aprobując własną istotę, co zakłada, że nie należy przykładać większej wagi do świata zewnętrznego, a także uzależniać się od roszczeń innych ludzi, żeby nie wegetować, lecz prawdziwie żyć.

Po prostu żyć oznacza też być tu i teraz, z wdzięcznością doświadczać i cieszyć się chwilą. W odniesieniu do kultury, w której na pierwszym planie znajdują się takie pojęcia, jak mieć, własność i konsumpcja, aspekt ten odnosi się do zasadniczo innego doświadczenia: po prostu tu jestem. Jestem w danym momencie. Nie znajduję się pod presją. Nie muszę nikomu niczego udowadniać. Mogę po prostu być.

Brzmi to prosto i wydaje się całkiem łatwe, ale właśnie ta prostota często przychodzi nam z trudem. Zdajemy sobie przy tym sprawę, że nie można kupić najlepszych i najpiękniejszych rzeczy w życiu. Są za darmo. Nie jest też trudno je znaleźć. Radości, jakimi obdarowuje nas życie, przypadają nam w udziale bez wysiłku: świeże i zdrowe powietrze, rozgrzewające promienie słońca, pełne harmonii krajobrazy, kwiaty, które rozkwitają na naszych oczach. Potrzeba tylko wewnętrznej otwartości, aby umieć dostrzegać piękno i uświadamiać sobie, że mamy wszystko, co jest nam potrzebne do szczęścia.

Lao Tse powiedział: „Jeśli zrozumiesz, że niczego ci nie brakuje, cały świat będzie do ciebie należał”. Sentencja chińskiego mędrca tchnie pogodną lekkością: lekkością bytu. W tych słowach tkwi trwała mądrość również dla nas, współczesnych. O to bowiem chodzi w życiu – aby tej lekkości bytu doświadczać naprawdę wszystkimi zmysłami i rzeczywiście dostrzegać pogodne aspekty szczęścia w określonej chwili. Od naszego sposobu postrzegania zależy, czy rzeczy są dla nas łatwe, czy trudne. Ci, którzy spoglądają na to, co istotne, pozbywają się sporego ciężaru. Pozwalając się zarazić pogodą życia, odkrywają także wiele rzeczy wokół siebie, stanowiących elementy szczęśliwej egzystencji.

Życie jest czymś naturalnym, ale jest też sztuką. Dzieciom przychodzi ono łatwo, dorosłym dużo trudniej. Proste życie jest proste, a jednak musimy chodzić do szkoły życia, aby się tego nauczyć. Uczenie sztuki życia było głównym zadaniem filozofii od czasów Platona, najwybitniejszego przedstawiciela filozofii greckiej (427–347 przed Chr.). W czasach Jezusa i potem w epoce pierwszych ojców Kościoła sztuki życia uczyła przede wszystkim filozofia stoicka. Dla stoików „prostota” była główną wartością. Pojęcie to uwielbiał zwłaszcza Marek Aureliusz, filozof na tronie cesarskim. Używał on greckiego słowa haplotes, które jest często stosowane w Biblii. Jednoznacznie twierdził, że w prawdziwie dobrym człowieku „wszystko musi być proste i pełne życzliwości”. Wołał nawet sam do siebie: „Nie pozwól, by zrodził się w tobie niepokój, po prostu bądź!”.

Według Marka Aureliusza „po prostu być” oznacza spełniać swoje zadanie bez ukrytych zamiarów, nie pozwalać panować nad sobą namiętnościom, wyzwolić się od iluzji, jakie często wytwarzamy sobie o życiu. Człowiek prosty jest wolny od nieufności wobec innych. Również prawdziwy filozof powinien sobie obrać to za cel, a zacząć od tego, aby nie formułować skomplikowanych zdań. „Zadaniem filozofii jest prostota i skromność”. Zgodnie z przekonaniem tego myśliciela prostota to coś więcej. Zawiera się w niej cel wcielenia, zatem dotyczy ona każdego człowieka. Prawdziwy człowiek jest bowiem prosty i czysty, ufny i szczery, pozbawiony podstępu i ukrytych zamiarów. Stąd okrzyk Marka Aureliusza: „Kiedy w końcu, kochana duszo, zechcesz stać się dobra, prosta (haplous), w zgodzie z sobą, pozbawiona osłony, bardziej przejrzysta niż otaczające cię ciało?”.

Dla tego wybitnego starożytnego filozofa prostota stanowi jedno z najwyższych dóbr i cel, o który opłaca się walczyć: życie w zgodzie z naturą, własnym wnętrzem i Bogiem, jak również wolność od niszczycielskich namiętności – o to mu chodzi. O to chodzi zawsze wtedy, gdy zadajemy pytania o prawdziwe życie.

Oprócz filozofii mamy jeszcze inny wzór do naśladowania sztuki życia: jest to natura – i to już od pradawnych czasów. Z rytmu natury ludzie zawsze odczytywali tajemnicę swego życia i doświadczali poczucia bezpieczeństwa w prostocie. Poeta Jean Paul jest przekonany, że doznawał szczęścia wówczas, gdy powierzał się naturze, a wypowiedział to w następujący sposób: „Można doświadczać najszczęśliwszych dni, nie potrzebując do tego nic innego, jak tylko błękitu nieba i wiosennej ziemi”. Dlatego „po prostu żyć” oznacza moim zdaniem żyć według wskazówek natury, to znaczy powierzyć się z pełną ufnością różnorodności życia, jaką spotykamy w przyrodzie. Ludzie żyjący w harmonii z naturą właśnie w niej doświadczają ustawicznego szczęścia. Szczęście bowiem jest w głównej mierze doświadczeniem polegającym na zgodzie ze sobą i z tym, co istnieje, przede wszystkim jednak z przyrodą, w której jesteśmy osadzeni.

Poznaję swoją istotę poprzez obserwację natury i własnej drogi życia. Ponadto przez celebrację świąt roku liturgicznego, które sprawiają, że przed oczami mojej duszy jawią się ważne obrazy. W comiesięcznym liście zatytułowanym „Einfach leben” („Po prostu żyć”: periodyk wydawany przez o. Grüna – przyp. tłum.) staram się opisać to, co nas wzrusza w każdej porze roku, analizować to w odniesieniu do cyklu świąt roku kościelnego i zyskiwać owoce duchowe. W niniejszej książce streszczam wiele aspektów, które przyszły mi na myśl podczas redagowania kolejnych listów i poszerzam swe wypowiedzi w ten sposób, aby jeszcze bardziej wyraźny stał się głęboki związek duchowości i sztuki życia dzięki prostocie.

Tak więc chciałbym Was zachęcić, drodzy Czy- telnicy, do zainspirowania się sztuką zdrowego życia. Żyjcie po prostu zgodnie z własną naturą, z własną istotą. Każdy miesiąc ukazuje to w nowy sposób. Zaufajcie temu, co widzicie w przyrodzie. To samo znajduje się i w Was. Cechą mądrości natury jest to, że ona nie ocenia. Jesteśmy jej częścią i to także stanowi powód, dla którego znajdujemy w niej poczucie bezpieczeństwa i spokoju.

Kierując się tym, co wewnętrzne, co odpowiada Waszej istocie, i będąc na to otwartym, realizujecie sztukę zdrowego życia. Stajecie się niejako człowiekiem żyjącym według ducha, albowiem duchowość to życie polegające na czerpaniu ze źródła Ducha Świętego. Owa krynica bije w każdym z nas, lecz często jesteśmy od niej niejako odcięci. Rok liturgiczny poprzez różnorodne obrazy, które przywołują poszczególne święta, pozwala nam dotknąć tego wewnętrznego źródła. Gdy czerpiemy z niego, nasze życie po prostu płynie i jest autentyczne. Jest spójne, adekwatne z naszą prawdziwą istotą. Płynie i rozkwita, poddane błogosławieństwu Bożemu, obiecanemu i udzielanemu nam w przyrodzie i w misteriach świąt kościelnych. Płynące i kwitnące w nas życie staje się błogosławieństwem dla nas oraz dla osób, z którymi przebywamy. Życzę Wam, drodzy Czytelnicy, abyście się nauczyli sztuki życia polegającego na prostocie, szczerości, przejrzystości i jednoznaczności, a tym samym abyście nie tylko sami się wyzwolili, lecz autentycznie byli błogosławieństwem dla innych ludzi.

Wszystko ma swój czas

„Wszystko ma swój czas” – napisał około 180 r. przed Chr. mędrzec Kohelet. Człowiek nie dysponuje swoim czasem. Jest mu dany z góry. Bóg nadał każdej chwili niepowtarzalną jakość. Naszym zadaniem jest przyjąć dany moment w jego niezwykłości. Kiedy żyję tak, jak Bóg rozporządza czasem, wtedy żyję właściwie. Wtedy życie wychodzi mi na dobre. Według Koheleta życie, które uwzględnia niepowtarzalność każdej chwili, prowadzi do spokoju i radości.

Kohelet przedstawia zmianę czasu jako coś doskonałego i pięknego: „[Bóg] uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, ponadto wszystko obdarzył wiecznością” (Koh 3,11). Stwórca wszystko uczynił dobrze. Zdanie to odnosi się również do czasu. Należy pozbyć się wszelkich kryteriów, jakich używamy wobec czasu. Każda pora jest dobra. Nasze zadanie to zdać się na każdą chwilę jako tę, którą rozporządza Bóg.

Kohelet podjął próbę powiązania ze sobą mądrości żydowskiej i greckiej. Grecki filozof Platon chciał nauczać poprzez swoją filozofię sztuki zdrowego życia. Według Platona sztuka jest naśladowaniem natury, której ważny wymiar stanowi jej rytm. Czas natury jest zrytmizowany. Chcąc nauczyć się sztuki zdrowego życia, trzeba wejść w rytm natury ustalony z góry w różnych porach roku. Każdy, kto tak robi, żyje zdrowo. Chrześcijańska sztuka zdrowego życia, którą „opracowali” ojcowie Kościoła na podstawie greckiej sztuki życia, wychwyciła rytm przyrody, dokonując jego chrześcijańskiej interpretacji, niejako go „ochrzciła”. W ważnych okresach roku ustanowiono święta chrześcijańskie, które dotykają tajemnicy natury i pogłębiają jej duchowy wymiar.
Święta chrześcijańskie objaśniają rytm roku w wymiarze duchowym oraz egzystencjalnym. C. G. Jung nazywa rok kościelnym „systemem terapeutycznym”, mając przy tym na myśli, że święta liturgiczne unaoczniają najważniejsze aspekty ludzkiej duszy. Gdy stajemy wobec tych problemów, wzrasta nasza świadomość, coraz bardziej zbliżamy się do naszego prawdziwego ja. Jednakże święta roku kościelnego mają głębszy fundament. Jest nim rytm przyrody, który pierwotnie był dla człowieka źródłem jego poznania. Stan i przemijanie natury, charakter i różnorodność pór roku od dawna stanowiły dla ludzi swoiste odbicie ich własnego rozwoju i przemijania, odbicie ich człowieczeństwa i stawania się sobą.

Tak więc chciałbym postrzegać rytm roku kalendarzowego oraz roku kościelnego w kontekście rytmu ludzkiego życia. Zachęcam Was, drodzy Czytelnicy, abyście w rytmie roku kalendarzowego oraz kościelnego uczyli się rozpoznawać rytm i ład własnej duszy, tak mocno się w nie zagłębiając, by Wasze życie było błogosławione i prawdziwe.

Styczeń – Czas przebudzenia

Styczniowy śnieg pokrywający często krajobraz, jest symbolem pragnienia pogrzebania tego, co stare. Rozpoczynając kolejny rok, z ufnością oczekujemy, że Bóg odnowi nasze życie duchowe, że nowe doświadczenia sprawią, iż staniemy się nowymi ludźmi. Wprawdzie ustawicznie odnosimy wrażenie, że pozostajemy starzy. Niemniej mamy nadzieję, że to, co stare, powinno spoczywać pod pokrywą śnieżną, aby mogło powstać młode i świeże życie; wierzymy, że po stopieniu śniegu rozkwitnie w nas to, co nowe.

W każdym początku tkwi pewien czar. Nowość ma swoje własne fascynacje. Nowy samochód aż błyszczy. Założenie nowej sukienki czy garnituru wprost spod igły sprawia, że czujemy się piękniej niż w starych rzeczach. Tkwi w tym nadzieja na stanie się nowym człowiekiem, na zdolność do nowego zachowania, aby ludzie nie utożsamiali nas z dawnymi rolami. Zaczynać oznacza brać coś do ręki, samemu kształtować własne życie na nowo.

Niemieckie słowo anfangen – „rozpoczynać” – pierwotnie znaczyło: „zagospodarowywać”. W nowym roku powinniśmy zacząć uprawiać grunt naszego życia, aby mogło na nim wyrosnąć coś nowego.

Nowy rok za każdym razem stanowi obietnicę, że stanie się nowy również w nas samych. Nowość fascynuje, w nowości tkwi przeczucie, że będzie lepsza niż to, co stare, że spotykamy coś nietkniętego i niezafałszowanego, coś doskonałego i zbawczego.

Wielu ludzi podejmuje na Nowy Rok jakieś postanowienia. Pragną oni coś zacząć od nowa, choć jednocześnie wiedzą, że „Każdy początek jest trudny”. To znane przysłowie wyraża rzeczywistość, której często doświadczają w związku z rozpoczęciem czegoś nowego. Boją się zabrać do nowych spraw, nie znają potencjalnych skutków, nie wiedzą, jak radzić sobie z tym, co nowe. Z drugiej strony przysłowie to chce uspokoić nasze obawy. Stwierdzenie, że każdy początek bywa trudny, jest próbą zachowania nas od obwiniania się, gdy początek ciężko nam przychodzi.

Wspomniana mądrość ludowa zakłada zatem naszą niepewność przed rozpoczęciem tego, co nowe, ale zarazem zachęca do wykraczania poza granice i pomimo wszelakich trudności związanych z początkiem.

Niemieckie słowo „zaczynać” oznaczało również: „chwytać, zabierać się do, brać do ręki”. Jeśli nie wiemy, co bierzemy do ręki, wówczas boimy się, że na przykład możemy sobie poparzyć palce, jeśli to, co weźmiemy, będzie zbyt gorące, albo że niewłaściwie chwycimy nową i nieznaną rzecz, która może pęknąć w naszych dłoniach. Dlatego należy być ostrożnym na początku, a jednocześnie potrzebne jest zaufanie, że to, co uważnie bierzemy do rąk, nie zniszczy się i pozwoli się formować. Tylko pierwszy moment napełnia nas obawą. Jednak kiedy weźmiemy już nową rzecz do ręki, wtedy z czasem staje się nam znana. Jednocześnie wiemy, jak powinniśmy się z nią obchodzić. Przysłowie zachęca nas, byśmy dotknęli i wzięli do rąk to, co przed nami leży, ale ponieważ każdy początek jest trudny, należy to uczynić ostrożnie i świadomie.

Nierzadko już po kilku tygodniach nowego roku uświadamiamy sobie, że to, co nowe, nie różni się wcale od tego, co stare. Popełniamy te same błędy. Na Nowy Rok poczyniliśmy pewne postanowienia zmian, a potem okazuje się, że nie reagujemy inaczej na konflikty, krytykę i problemy niż w roku ubiegłym. Wkrada się takie samo tchórzostwo, takie samo niezdecydowanie, ta sama niejasność. Jesteśmy rozczarowani i stwierdzamy, że nie ma sensu robić żadnych nowych postanowień. Życie toczy się swoim trybem.

Nie możemy pozwolić, aby tego rodzaju przeżycia wpędziły nas w rezygnację. Nowy Rok odsyła nas do nowego Życia, podarowanego nam w noc Bożego Narodzenia. Nawet jeśli na początku roku nie do końca uda nam się coś rozpocząć, nigdy nie jest za późno, aby zacząć od nowa. Bóg wciąż zaczyna z nami od nowa, napełniając nas nowym życiem. Nie jesteśmy związani przeszłością, wolno nam podejmować się tego, co nowe.

Kiedy 1 stycznia życzymy sobie „Szczęśliwego, pełnego łask Nowego Roku”, pragniemy, aby przyniósł nam jedynie samo dobro. Chcemy, aby był dla nas błogosławiony, aby to, czego się podejmiemy w tym czasie, dawało obfity plon. Na początku danego roku nie wiemy, co może on nam przynieść. Jednak nasze życzenia wyrażają nadzieję, że wszystko, co się wydarzy ostatecznie wyjdzie nam na dobre i zaowocuje. Tkwi tu wielka ufność, ponieważ nasze doświadczenia podpowiadają, że nie mamy na to żadnej gwarancji. Możemy zachorować, może nas dopaść i wstrząsnąć nami kryzys, możemy utracić drogie nam osoby.

Błogosławieństwo, jakiego życzymy sobie na Nowy Rok, jest wyrazem wiary, że nie ma niczego, co by nie mogło się nim stać. Wiara w życzliwość i miłosierdzie Boga, który trzyma nad nami błogosławiącą i obronną dłoń, uwalnia nas od rozmyślań o tym, co może nas spotkać w tym roku. Wiemy jednak, że cokolwiek by się nie stało, nie może to nas oddzielić od miłości Boga. Nic nie może nas złamać, gdyż nasza ułomność i kruchość poddane są Jego błogosławieństwu.

Życzę Wam zatem błogosławieństwa w Nowym Roku. Ufajcie nowemu życiu, jakie w Was jest. Miejcie ufność, że nad Waszą drogą unosi się błogosławieństwo Boga, które niech Wam towarzyszy, aby wszystko, do czego się zabierzecie, stało się owocne dla Was i dla ludzi, z którymi żyjecie i pracujecie.

Życzę Wam, abyście weszli w Nowy Rok z nową nadzieją i doświadczyli uroku nowości. Ufajcie, że Bóg da Wam nowe możliwości, nowe szanse i nowe zdolności, abyście ciągle doświadczali blasku nowości i świeżości w sobie i wokół siebie.

Luty – Czas świętowania i rezygnacji

Pierwszy śnieg budzi fascynację. Kiedy jednak absorbuje nas przez długie tygodnie, zaczynamy tęsknić za wiosną. Chłód zimy jest również symbolem naszej duszy. Marzenia o zimowych krajobrazach, o lodzie i mrozie, zawsze wskazują na nasze lodowate uczucia. Duże sfery naszych dusz są pokryte śniegiem, wiele z nich zamarzło. Tego rodzaju wyobrażenie jest upomnieniem, by pośród mroźnej zimy odkryć w sobie ciepło, dzięki któremu będą mogły odtajać nasze zamrożone uczucia. Musimy być ostrożni, żeby wewnętrznie nie zlodowacieć, aby nie być oziębłym w sercu, w mowie oraz w kontaktach z ludźmi. Musimy ustawicznie dotykać wewnętrznego żaru naszych serc, jeśli chcemy, by był widoczny w komunikacji z innymi. Słowa wypowiadane prosto z serca, przepełnione żarem Ducha Świętego, ogrzewają i dzięki temu tworzy się klimat bliskości i zaufania. Tylko na takiej bazie można budować dom, w którym będziemy chcieli się osiedlić i poczujemy się bezpiecznie.

Zima nie tylko zewnętrznie kieruje nas w kierunku ciepła, w stronę ogrzewanego mieszkania, gdzie dobrze się czujemy, lecz także motywuje nas, aby nie oziębły nasze relacje. Karl Rahner pisze o zimowym Kościele, w którym wiele skostniało i zamarzło, radząc, byśmy wykazali cierpliwość. Kościół także doczeka się wiosny. Czasami wystarczy jedynie nadzieja, że zima minie, a w naszych zamrożonych stosunkach znowu nastąpi odwilż, umożliwiając na nowo budowanie wspólnoty. Tak więc w lutym być może rośnie w nas nadzieja, że nastanie kres naszej duchowej zimy i że pogodna wiosna wkrótce zawita w duszy, która rozkwitnie nowym życiem.

Z reguły w lutym zaczyna się tak zwana „piąta pora roku”, czyli karnawał, nazywany również w zależności od danego regionu zapustami albo ostatkami, który przechodzi w Wielki Post. Zatem luty charakteryzuje się też okresem postu.

Zimowy czas w tym miesiącu stanowi także obraz ugoru owych sześciu tygodni wstrzemięźliwości i pokuty. Wszystko w nas jest niejako ukryte pod pokrywą śniegu w oczekiwaniu na wiosenny rozkwit. W tym okresie rezygnujemy z wielu rzeczy, które sprawiają nam radość, ze świątecznych pokarmów oraz napojów. Rezygnujemy nie po to, aby sobie utrudnić życie, lecz by uwolnić się od niepotrzebnego balastu. Wycofujemy się do własnego wnętrza, chcąc ujawnienia się naszej istoty, tego, co właściwe. W okresie postu spowalniamy życie, aby zetknąć się z sobą i wyraźniej widzieć, dokąd pragniemy pójść. Uczymy się postaw, które stanowią oparcie dla naszego życia, przede wszystkim postawy wolności. Przechodzimy coś w rodzaju treningu, podczas którego uczymy się wewnętrznej wolności.

Luty, a także marzec obejmują dwa przeciwstawne okresy: okres karnawału i okres postu, czas świętowania i czas wstrzemięźliwości, radości i powagi, śmiechu i płaczu. Każdy z nich przynależy do naszego życia. Każdy z nich możemy zlekceważyć. Są ludzie niechętni karnawałowi, unikający zabawy. Może to mieć swoje usprawiedliwienie. Niemniej kiedy człowiek całkowicie zamyka się na radość, nie wychodzi to na dobre jego duszy. Jeśli w jakiś sposób okres karnawału wypada, tłumione emocje szukają ujścia gdzie indziej. Istnieją też ludzie niechętnie odnoszący się do postu, którzy niejako przeskakują ten okres. Uznają, że jest to taki sam czas jak każdy inny, a cała sprawa z postem już dawno się zestarzała. Jednak także oni przechodzą obok czegoś istotnego. Zaprzepaszczają szansę na oczyszczenie własnego życia, na uwolnienie się od uzależnień. Żyją tak jak dotychczas.

Kościół zna mądrość tkwiącą w przeciwieństwach oraz w tym, że cykle różnych okresów są treningiem różnorodności naszej egzystencji, zabawy i wyrzeczeń. Ta rozmaitość składa się na nasze życie. Jedno bez drugiego staje się nudne. Okres postu jest treningiem wewnętrznej wolności, która wychodzi nam na dobre właśnie w czasie, w którym ustawicznie czujemy się
od czegoś zależni.

Zatem życzę Wam błogosławionego okresu Wielkiego Postu, w którym do pewnych spraw podejdziecie w pełni świadomie, dużo spokojniej i ostrożniej, aby coraz bardziej odnajdywać siebie, aby na Wielkanoc rozkwitła w Was pełnia życia i stała się prawdziwym dobrodziejstwem dla Was i dla ludzi wokół.

Życzę Wam również nie tylko zbawiennego okresu Wielkiego Postu, lecz także radosnych ostatków – mieszkańcom Nadrenii oczywiście wesołego okresu karnawału – podczas których wyzwolicie się od wszelkich uzależnień, w poczuciu autentycznego życia, nie zaś zwykłej wegetacji.

Marzec – Czas rodzącego się życia

Marzec charakteryzują dwa zjawiska: w przyrodzie zaczyna się wiosna, zaś w roku kościelnym – okres Wielkiego Postu. Ten czas wyciszenia i refleksji jest zaproszeniem do prostoty życia, do rezygnacji z wielu różnych rzeczy, a skoncentrowania się na tym, co istotne, aby żyć w harmonii ze sobą, z naszą wewnętrzną istotą. W marcu nastaje też wiosna, kiedy rodzi się nowe życie. Wiosna pragnie, byśmy wychodząc ze skostnienia, pozwolili rozbudzić je w sobie. Rozkwitające życie, jakie widzimy wokół, ma zakwitnąć również w nas samych. Niech zmotywuje nas do niego wezwanie z Pieśni nad pieśniami: „Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! Bo oto minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł. Na ziemi widać już kwiaty, nadszedł czas śpiewu” (Pnp 2,10-12). W tym sensie powinniśmy świadomie podejść do początku wiosny i po prostu cieszyć się życiem.

Po prostu żyć – tak prosto to brzmi, lecz co znaczy żyć naprawdę? Na czym polega sztuka prostoty życia? Żyć prosto oznacza żyć w zgodzie z samym sobą, nie przestrzegając skomplikowanych egzystencjalnych reguł. Według pierwszych mnichów sztuka życia zasadzała się na prostocie i skromności. Prostota polegała na zadowoleniu się niewieloma rzeczami, otwartości na to, co akurat się przydarza. W słowie „prosty” tkwi jednak tęsknota za zjednoczeniem. Według mistyków niemieckich prostota oznacza czystość serca. Człowiek po prostu jest, nie ma jakichkolwiek ubocznych zamiarów. Święty Tomasz z Akwinu mówi o prostocie Boga. Bóg to czyste Istnienie.

Post stanowi drogę do odnalezienia tej prostoty. Istnieje wiele jego aspektów: zbawienne i oczyszczające działanie postu; wymiar polityczny postu; post i ekologia; post jako metoda na inne obchodzenie się ze światem stworzonym; post jako metoda na nawiązanie nowych duchowych relacji z ciałem i w końcu post jako sposób otwarcia się na Boga. Ważną ideą okresu postu jest według mnie powiązanie wymiaru duchowego i społecznego. Gdy wzrastamy duchowo w poszukiwaniu Boga, świat nabiera dla nas bardziej ludzkiego oblicza. Każdy ze swoimi myślami i uczuciami przyczynia się do humanizacji naszego zglobalizowanego świata. Wszystko, co myślimy, mówimy i czynimy ma wpływ nie tylko na nasze bezpośrednie otoczenie, lecz także na całą ziemię, ku jej zbawieniu lub zagładzie.

W środku okresu Wielkiego Postu obchodzona jest niedziela radości – laetare, nazwana tak od pierwszych słów antyfony na wejście (introitu). W tę niedzielę brzmi już zatem radosne wielkanocne Alleluja. Jeszcze trwa post, ale wielkimi krokami zbliżamy się do Triduum Paschalnego i uroczystości Zmartwychwstania Pańskiego. Może ona mieć miejsce również w marcu. Wielkanoc w roku chrześcijańskim przypada bowiem w pierwszą niedzielę po pierwszej wiosennej pełni księżyca a najwcześniej pełnia księżyca na wiosnę jest 21 marca. Tak więc najwcześniejsza niedziela Wielkiej Nocy wypada 22 marca.

Przeżywając świadomie okres Wielkiego Postu, przygotowujemy się do obchodów Zmartwychwstania Pańskiego. Zarówno marzec, jak i kwiecień, ukazują specyficzną rozpiętość, jakiej doświadczają wyznawcy Chrystusa: nie tylko rozpiętość pomiędzy rezygnacją a uciechą, lecz także pomiędzy ciemnością a światłem, pomiędzy uśpieniem a zbudzeniem, odrętwieniem a powstaniem, wycofywaniem się a wkraczaniem w życie, śmiercią a zmartwychwstaniem.

Podobna rozpiętość wyzwala w nas także energię. Zawsze gdy niwelujemy jeden z biegunów rzeczywistości stawiającej nam wyzwania, znosimy ową rozpiętość. Kiedy rozpiętość nadmiernie się zwiększa, wtedy nas przerasta. Jednak zbyt mała rozpiętość też nie wychodzi nam na dobre. Służy nam natomiast wewnętrzna energia, która nie tylko w nas jest, lecz także płynie w kierunku otaczających nas osób i przynosi owoce – dla nas i dla innych.

Życzę Wam, aby napięcie między postem a radością będącą wstępem do Wielkanocy miało zdrowy charakter. Życzę zerwania więzów, które Was pętają, powstania z grobu ciemności i rezygnacji ku bezkresom i wolności Zmartwychwstania.

Życzę nam wszystkim, abyśmy właśnie w okresie Wielkiego Postu przyczynili się do oczyszczenia naszego świata od nienawiści i niezgody, a także do napełnienia go duchem chrześcijańskim, byśmy mogli ze sobą żyć na zawsze w pokoju.

Kwiecień – Czas tajemnicy życia

Pogoda w kwietniu często sprawia psikusy. Kwietniowe dni są niekiedy cudownie ciepłe, przebija się wiosna, wszędzie wschodzi zieleń. Czasami jednak nieoczekiwanie pojawia się śnieg, który ponownie pokrywa wszelkie kwiecie. Gdy raptem zacznie padać deszcz, zaś za kilka minut znów zaświeci słońce, mówimy: „Kwiecień plecień”.

Rok kościelny wychwytuje nastroje kwietnia. W miesiącu tym obchodzimy Wielkanoc, ale przedtem jest Wielki Tydzień i opuszczenie Jezusa przybitego do krzyża. Tak więc nasze duchowe nastroje również często wahają się między atmosferą Wielkiego Piątku i Zmartwychwstania. Nasze dusze nie zawsze kierują się naszą wolą. Dusza jest pełna radości i chęci do życia, a w momencie ogarnia ją nagły smutek. Dusza czuje się ożywiona, by po chwili doznać pustki i odrętwienia.

Kwiecień ukazuje nam zagadkę życia. Często samych siebie uważamy za zagadkę. Nie rozumiemy siebie. Na przykład zastanawiamy się, dlaczego ni stąd, ni zowąd wpadamy w przygnębienie. Wprawdzie radośni położyliśmy się do łóżka, lecz rankiem czujemy się ociężale i nieswojo. Albo zaczynamy dzień pełni zapału, a raptem przychodzi na nas słabość. Nie wiemy, co tak szybko wpływa na zmianę naszego nastroju. Podobnie nie rozumiemy samych siebie w naszych reakcjach w stosunku do bliźnich. Cieszymy się na myśl spotkania z przyjacielem. Jednak kiedy do niego dochodzi rozmowa się nie klei i nagle zadajemy sobie pytanie, co tak naprawdę nas ze sobą łączy. Ktoś inny z kolei zaczyna działać nam na nerwy, zaś początkowa radość ze spotkania ustępuje miejsca głębokiemu rozczarowaniu. Nie potrafimy wyjaśnić, dlaczego tak się stało.

W Grecji i Egipcie cechą świadczącą o mądrości człowieka było rozwiązywanie konkretnych zagadek. Jeśli ktoś nie potrafił ich rozwiązać, musiał umrzeć. W legendach widać wyraźnie, że także nasze życie zależy od tego, czy potrafimy rozwiązać jego zagadkę. Potrzebny jest do tego nie tylko rozsądek. Również niezbędne są dary Ducha Świętego, który pozwala nam widzieć głębiej i dostrzec to wszystko, czego na powierzchni nie umiemy poskładać. Zrozumienie tajemnicy życia jest warunkiem jego szczęścia. Kwiecień z celebracją śmierci i zmartwychwstania Chrystusa wprowadza nas w sztukę rozwiązywania zagadki naszego życia. Spoglądając na tajemnicę Pana, możemy także poznać bliżej tajemnicę naszej egzystencji.

Kwiecień, w którym wspominamy mękę i powstanie z martwych Jezusa, jest dla chrześcijan związany ze świętymi wydarzeniami Wielkiego Tygodnia i Wielkanocy. Od dzieciństwa głęboko wzruszał mnie Wielki Tydzień. Jako ministrant zawsze intensywnie przeżywałem liturgię owych dni. Doświadczałem Tajemnicy, mimo że nie rozumiałem wszystkich modlitw i śpiewów. W pierwszych latach życia w klasztorze coraz bardziej uświadamiałem sobie znaczenie tego okresu. W Wielkim Tygodniu zawsze medytowałem nad mowami pożegnalnymi Jezusa, które głęboko mnie poruszały. Z tym czasem wiąże się dla mnie jeszcze jedno przeżycie: po święceniach kapłańskich przez 25 lat obchodziłem Wielki Tydzień z młodymi ludźmi, którzy przyjeżdżali do nas, do opactwa. Szukali oni zrozumienia w trakcie rozmów w konfesjonale, intensywnie koncentrując się na tradycyjnych formach kultu. Wielkanoc była dla nich czymś w rodzaju eksplozji wolności. Odczuwali wtedy, że jest ona uwolnieniem od wszelkich więzów strachu i zahamowań, powstawaniem i autentycznym życiem. Doświadczali, że światło świec wielkanocnych rozprasza wszelkie wewnętrzne ciemności oraz że w tym blasku są w stanie dostrzec i zaakceptować to, co jest w ich wnętrzu. Przeżywali Wielki Tydzień i Wielkanoc jako duchowe wyzwolenie i uzdrowienie ze strachu i zranień.

Już w starodawnych tekstach widać, jak bardzo okres wielkopostny nastawiony jest na Wielkanoc. Święty Benedykt w napisanym przez siebie rozdziale dotyczącym postu wzywał nas, mnichów, abyśmy w radości oczekiwali Ducha Świętego błogosławionego okresu wielkanocnego. Już w początkach kwietnia zaczynam odczuwać w duszy coś w rodzaju radosnego oczekiwania na Wielkanoc. Analizując dokładniej, nie jest to jedynie radość z powodu zakończenia Wielkiego Postu. Ma ona dużo głębszy podtekst. Jest przeczuciem, że w Wielkanoc we mnie i w ludziach wokół mnie zrodzi się nowe życie. Nie tylko odradza się w nas wiosna, napełniając nas nową żywotnością. Także w głębi serca pojawia się wiara, że na Wielkanoc Bóg obudzi do życia wszystko, co we mnie zastygło. Jest to radość z tego, że opłaciły się wyrzeczenia i dyscyplina, w jakich wyćwiczyłem się w okresie postu. Na dobre wyszło mi świadome jego przeżywanie jako czasu treningu mojej wewnętrznej wolności. Jednak ów okres ma się ku końcowi. Zbliża się święto, w trakcie którego nie musimy już zważać na siebie, lecz możemy skoncentrować się tylko i wyłącznie na świętowaniu.

Życzę Wam, abyście spoglądając na tajemnicę życia Jezusa Chrystusa, zrozumieli zagadkę swojego własnego życia i potrafili być wdzięczni za tajemnicę Waszego życia, w której odnajdziecie ślad tajemnicy samego Boga.

Życzę Wam również radosnych i życiodajnych Świąt Zmartwychwstania Jezusa, aby żywa stała się w Was radość pochodząca od Ducha Świętego oraz byście zostali napełnieni nową pełnią życia. Niech Zmartwychwstanie Pańskie stanie się dla Was drogą, abyście pełni otuchy wiedli na ziemi życie w prostocie, jednocześnie wierząc, że miłość jest silniejsza od śmierci.

Maj – Czas miłości i piękna

Majowa przyroda przeżywa pełny rozkwit. „Jakże naturo lśnisz urodziwa” – pisze Goethe w swojej Pieśni majowej. Wokół nas bujna zieleń, barwna paleta kwiatów. Kiedy wędrujemy po majowych łąkach, czujemy, że to kwitnące życie sięga po nas. Nastroje stają się pogodniejsze. Czujemy w sobie coś z tej pełni roztaczającej się wokół nas. Poeci i pieśniarze od dawna nazywali maj „miesiącem rozkoszy”. Ten szczególny miesiąc wprowadza nas w tajemnicę szczęścia. Ciągnie nas na łono natury, gdzie czerpiemy garściami z bogactwa życia i doznajemy błogostanu.

Szczęście zwykle nie pojawia się ot tak, musimy go szukać. Nie możemy go zatrzymać, lecz jeśli jesteśmy otwarci, doświadczamy szczególnych momentów: łąka wydziela wspaniałe zapachy, las również emanuje swoją własną wonią. Wąchamy, smakujemy, słuchamy i patrzymy. Człowiek chłonący wszystkimi zmysłami świat wokół siebie doświadcza szczęścia, które przychodzi do niego z zewnątrz. Jeśli dopuszczamy do siebie pełnię życia, wtedy żyjemy w zgodzie z własnym ja. Mamy do czynienia z pełnią życia, musimy się jedynie na nią otworzyć. Szczęście polega na zapomnieniu o sobie, na tym, aby po prostu być. Szczęście to zwykły byt. Szczęśliwy jest człowiek, który zapomina o sobie, całkowicie oddaje się temu, co akurat czyni. Nie chodzi przy tym o uczucie. Uczuć nie da się tak czy inaczej zatrzymać. Chodzi po prostu o umiejętność bycia bez zastanawiania się nad sobą, umiejętność zwykłego postrzegania tego, co jest, co jest w nas, wokół nas oraz odczuwania, jaki jestem w Bogu.

Maj motywuje nas również do zapomnienia o sobie w obliczu rozkwitającej natury i po prostu do percepcji zmysłami nasuwającego się naszym oczom piękna. Dla tych, którzy poddadzą się majowi, wiele chwil życia będzie zawierało w sobie smak szczęścia.

Z miesiącem tym związane są liczne obrazy. Biorą się głównie stąd, że wiosna pozwala przyrodzie w pełni zakwitnąć. W tradycji katolickiej maj jest poświęcony Matce Bożej. W wielu kościołach oraz na świeżym powietrzu odbywają się nabożeństwa majowe, które zawsze mnie poruszały w dzieciństwie, ponieważ była w nich wyczuwalna jedność przyrody i Kościoła, stworzenia i duchowości. Pięknie ozdobiony kościół czy umajona kapliczka dawały poczucie bezpieczeństwa, a pieśni maryjne stwarzały wrażenie matczynej miłości.

Doświadczanie natury przemawia do nas w swej głębi. Człowiek czuje się częścią przyrody. Należymy do niej. Mamy udział w mocy i w żywotności stworzenia. Życie, które budzi się wokół na łąkach i w lasach, chce nas przeniknąć. Kościół w osobie Maryi odzwierciedla wiele elementów, które kojarzymy z matką naturą. Maryja jest kobietą ucieleśniającą piękno stworzenia. Jest opiewana jako „Najpiękniejsza ze wszystkich kwiatów”. Stanowi symbol piękna Boga, które objawia się w człowieku.

Maryja uchodzi za prześliczny kwiat. Już w początkach Kościoła była porównywana do matki ziemi. Z pewnością mamy tu naleciałości z wyobrażeniami dawnych bogiń-matek, czczonych przez starożytnych Greków i Egipcjan. Według mnie mądrość wczesnego Kościoła polega na tym, że wychwycił tęsknoty, które wyrażały się w innych religiach w postaciach bogiń-matek i połączył je w osobie Maryi, niejako udzielając im „chrztu”. W porównaniu Maryi z matką ziemią widzę jeszcze coś innego: jak każda matka tak i Maryja nas nie potępia. Ukazuje nam ona optymistyczną duchowość, która nie ocenia, nie grozi, lecz jest matczyna, czuła i delikatna. Maryja rozkwita, kwitnie w niej piękno stworzenia, dzięki czemu możemy odkryć w sobie nasze własne piękno.

W tym okresie możemy odczuć również tajemnicę życia. Mozart w swoim ostatnim koncercie fortepianowym w jego trzeciej części stosuje wariacje melodii, do której skomponował również pieśń: „Przybądź, piękny maju, niech zazielenią się znowu drzewa, niech przy strumyku zakwitną małe fiołki!”. W melodię tę włożył całą swoją miłość i radość. Wiosna, kiedy komponował tę pieśń, miała być jego ostatnią. Dla Mozarta wiosna była nie tylko piękną porą roku. Była zwycięstwem nad śmiercią, przełamaniem odrętwienia, rozkwitem i zielonością. Wszystko to stanowiło dla niego symbol głębszej rzeczywistości, rzeczywistości zmartwychwstania, triumfu miłości nad śmiercią i życia nad wszelkim skostnieniem.

Od dawien dawna maj kojarzył się ludziom z czymś więcej niż tylko z łagodnym „miesiącem rozkoszy”. Zawsze był dla nich czasem miłości. Rozkwit całej przyrody to coś więcej niż jej witalność. Ludzie – a z pewnością Mozart – wiedzieli w nim większą miłość. Miłość, która powoduje zarówno rozkwit natury, jak i rozkwit ludzkiego serca. Ludzie rozkwitają, kiedy prawdziwie kochają. Mają w sobie coś z piękna i delikatności, które Mozart włożył w swoją muzykę.

Życzę Wam pięknego miesiąca maja, aby na nowo zakwitła w Was miłość i napełniła Was radością i lekkością.

Życzę Wam w tym szczególnym miesiącu błogosławieństwa, abyście odczuwali w sobie wszelką żywotność i piękno, jakie dostrzegacie w naturze, abyście spoglądając na Maryję czuli się kochani i wybrani przez Boga. Życzę, byście doświadczyli, że każdy człowiek jest bezwarunkowo kochany przez Boga, gdyż każdego z nas Bóg wybrał, abyśmy stawali się błogosławieństwem dla innych ludzi.

Czerwiec – Czas uwagi i ciepła

Światło i ciepło czerwca pozwalają człowiekowi odżyć. Wiosna przechodzi w lato. Zimne i ciepłe dni występują po sobie na przemian. Czerwiec jest miesiącem uwagi. Zauważamy, że dni są dłuższe i rozkoszujemy się ciepłem wieczorów. Każdego dnia coraz później robi się ciemno. Jednak czerwiec jest też miesiącem, w którym na początku niemal niedostrzegalnie dnia zaczyna ubywać. Dlatego czerwiec powinien stanowić dla nas okazję do nauki, jak mieć się na baczności. Powinniśmy zwracać uwagę na to, co w naszej duszy się rozwija, a co się kurczy, co możemy dopuścić, a od czego mamy się uwolnić. Wsłuchując się w rytm duszy, możemy za nim podążać, nie żyjąc wbrew naszej wewnętrznej naturze. Uwaga oznacza, że we wszystkim, co czynimy, odczuwamy tajemnicę naszych czynów. Uważne spotkanie odsłania tajemnicę tkwiącą w każdym podobnym kontakcie. W spotkaniu z drugim człowiekiem odkrywam swoją prawdziwą istotę i tajemnicę tej osoby, w której objawia się oblicze Boga.

Czasami w pierwszych dniach czerwca jest gorąco niczym w kanikułę, a potem znów nastaje chłodniejszy okres. Jednak w pewnym momencie ciepło zaczyna dominować nad zimnem: 22 czerwca zaczyna się kalendarzowe lato. Na początku tej pory w naszych szerokościach geograficznych mamy najdłuższy dzień w roku. Potem dni stają się znów krótsze. Kościół ustanowił uroczystość Narodzenia Jana Chrzciciela na 24 czerwca. W wigilię tego dnia obchodzimy też święto związane z letnim przesileniem. Prorok Jan wypowiada słynne słowa co do osoby Jezusa Chrystusa: „Potrzeba, aby On wzrastał, a ja żebym się umniejszał” (J 3,30). Kościół odniósł je do słońca, które jest symbolem Jezusa Chrystusa wschodzącego w naszych sercach jak ta najjaśniejsza gwiazda na niebie.

W lecie nasza uwaga skupia się często wokół słońca. Zastanawiamy się, czy będzie dziś świeciło, czy może przysłonią je chmury i spadnie deszcz? Czy będzie gorąco? Od dawna ludzie mieli szczególny stosunek do słońca. W wielu religiach było ono czczone jako bóstwo. Słońce ogrzewa i rozjaśnia ziemię. Jego światło może leczyć. Jednak jeśli ktoś za bardzo się wystawia na jego działanie i to tylko po to, aby się opalić, może poznać również jego niebezpieczne strony.

Wczesne chrześcijaństwo wiązało kult słońca – rozpowszechniony m.in. w Grecji i w Rzymie – z osobą Jezusa Chrystusa: On jest prawdziwym Słońcem. Przy Jego narodzinach wschodzi słońce, dlatego święto narodzin zostało ustalone na dzień, kiedy słońce jest najniżej położone. W Wielkanoc czcimy Słońce Zmartwychwstania, które pokonuje ciemności śmierci. W uroczystość Jana Chrzciciela obchodzimy przesilenie; od tego dnia słońce zacznie wcześniej zachodzić. Jan wskazuje na Jezusa: „Potrzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał”. Kościół każdego ranka sławi Pana za to, że Jego słońce wschodzi nad naszym życiem. Wieczorem zaś modli się, aby światło Chrystusa nie zachodziło w naszych sercach.

Życzę Wam takiego lata, w którym wszystko, czego doświadczacie od natury, będziecie dostrzegać jako symbol własnego życia, abyście w słońcu widzieli światło Boga i Jego uzdrawiającą, ogrzewającą miłość.

Życzę Wam lata, w którym słońce wypędzi wszelkie zimno i ciemności z Waszych serc i napełni Was swoim ciepłem oraz blaskiem.

Życzę Wam przede wszystkim miesiąca uwagi. Uczcie się jej, gdy rano wstajecie, kiedy idziecie do pracy i przez cały dzień. Zauważycie wówczas, że Wasze życie stanie się bardziej intensywne, a sami wpadniecie na ślad tajemnicy czasu i rytmu Waszych dusz.

Lipiec – Czas wolności i wypoczynku


Lipiec uchodzi za najcieplejszy miesiąc lata, lecz nie zawsze możemy stwierdzić, że to prawda. Wielu z nas cieszy się ze słońca: w końcu robi się ciepło. Inni z kolei narzekają, że jest za gorąco. Ostatnio pogoda ustawicznie płatała nam figle. W Boże Narodzenie było ciepło, a na Wielkanoc padał śnieg. Wydaje się, że nie obowiązują już stare reguły dotyczące pogody. Padające w lipcu deszcze mogą negatywnie odbić się na naszych nastrojach. Dlatego nie powinniśmy zdawać się na prognozy, lecz brać każdy dzień takim, jakim został nam dany.

Nie chodzi tylko o nasze nastawienie do pogody. Ale o wymagania, które niesie ze sobą każdy dzień: czy to w pracy, czy w relacjach z ludźmi, w rodzinie, w polityce. Przełamanie konwencjonalnych reguł może napełniać nas obawą. Niemniej jest ono również szansą, aby nie dać się ograniczać dotychczasowym wydarzeniom i być uważnym na wezwania, jakie stawia nam życie w swej pełni. Święty Benedykt zachęca nas słowami Psalmu 95: „Obyście usłyszeli dzisiaj głos Jego: Nie zatwardzajcie serc waszych!”. Dzisiaj powinniśmy być otwarci na to, co chce nam powiedzieć Bóg. Dzisiaj chodzi o to, aby pozostawićślad własnego istnienia na tym świecie. Dzisiaj jesteśmy pytani, jak odpowiemy na wezwanie Boga i otaczających nas osób.

Dla wielu lipiec to miesiąc urlopowy. Możemy się rozkoszować słońcem i pięknem świata, który w jest wtedy w pełnym rozkwicie. Niektórzy ludzie zmierzają do odległych miejsc. Korzystają z tego czasu relaksu, aby znaleźć w pobliżu letniska coś dotychczas nieznanego, jakiś uroczy zakątek, zabytkowy obiekt, kulturalną atrakcję. Oczywiście, to kosztuje. Niemniej, ów topniejący szybko portfel może być również okazją, aby raz jeszcze przemyśleć własne przyzwyczajenia urlopowe. Warto się zastanowić, czy zamiast egzotycznych … i drogich podróży, nie lepiej coś innego i być może lepszego zrobić dla duszy i ciała? Co autentycznie dobrze służy naszemu wypoczynkowi? Co pomoże nam zaczerpnąć nowych sił?

Dla mnie osobiście wędrowanie jest najlepszym sposobem wypoczynku. Zyskuję wówczas wszystko, czego potrzebuję: zdrowy ruch, zachwycające krajobrazy, wspólne spędzanie czasu z przyjaciółmi i pozytywne zmęczenie, które motywuje do relaksu i zabawy, gdy zostanie osiągnięty cel wędrówki.

Z urlopem kojarzy się nam wolność. W końcu to wolne dni: wolne od trosk, od codziennej presji w pracy, od szarych obowiązków. Jakże długo czasami się za tym tęskni. Niemieckie słowo „urlop” (Urlaub) pochodzi od erlauben – „pozwalać”. Pierwotnie słowo to wywodziło się od pozwolenia na odejście, którego udzielał przełożony. W tym znaczeniu urlop oznacza zwolnienie ze stosunku służbowego, wycofanie się – z nacisku oczekiwań ze strony ludzi. Jest nam obojętne, co inni od nas chcą. Ważne jest jednak, aby zrobić coś dobrego dla siebie. Rzeczywistość nie zawsze przystaje do naszych tęsknot.

Bywa, że urlop nie zaspokaja potrzeby wolności. Coraz więcej ludzi nie odczuwa wolności w tym czasie. Wprawdzie fizycznie mają wolne, mogą jechać, dokąd tylko chcą, robić, co im się żywnie podoba. Nikt się do nich nie wtrąca. Jednak w głębi duszy nie są wolni. Czują się ciągle oceniani przez otoczenie. Porównują się z innymi, ich myśli nieustannie krążą wokół kwestii, czy dorastają temu, czy tej do pięt. Nie skupiają się na sobie, lecz na innych, uzależniając się od ich sądów.

Gros osób podczas urlopu jest stale czymś zajęta. Ludzie ci sprawiają wrażenie żwawych i nie są zdolni, aby naprawdę się uspokoić. Nie jest to dla nich również okres wolny od wydawania opinii. Cały czas oceniają siebie i bliźnich. Krytykują odmienności innych osób. Są niezdolni do obserwacji tego, co obce i nie pozwalają się przez to ubogacać. Oceniając siebie i wszystko dookoła, ludzie ci boją się konfrontacji ze sobą i prawdą o sobie. Urlop jest więc szansą, aby świadomie skoncentrować się na określonym momencie i prawdzie o sobie. Można też nauczyć się, że autentyczna wolność to przede wszystkim możliwość, aby być. To wolność od presji porównywania się z innymi ludzi.

Życzę Wam więc błogosławionego i spokojnego urlopu. Życzę, abyście w wolnym czasie mogli pogłębić i doświadczyć własnej wolności, pamiętając, że wolność to sztuka zwykłego życia, wolnego od wydawania opinii na temat innych ludzi, sztuka życia w harmonii ze sobą.

Życzę Wam, byście czerpali z urlopu siłę i wolność, abyście we wszystkich turbulencjach naszych czasów żyli otwartością, rozumieli wezwanie dnia dzisiejszego – oraz byście za nim podążali. Kiedy nauczycie się żyć chwilą teraźniejszą, przy wszelkich niewiadomych będziecie mieć jasność i pewność, że również dziś Wasze życie może być szczęśliwe i mieć sens.

Sierpień – Czas radości i swobody

W sierpniu przeżywamy szczyt lata, które potem znowu się z nami żegna, albowiem zbliża się jesień. Nie tylko o tej porze roku, lecz często w życiu doświadczamy, że nie jesteśmy w stanie zatrzymać piękna, że punkt szczytowy to często także punkt zwrotny. Przyroda stanowi symbol tego, że czas pożegnań przychodzi wtedy, kiedy jest najpiękniej.

Jednak nawet gdy nie umiemy zatrzymać owego apogeum, ale jesteśmy gotowi na urzekające chwile, wówczas stajemy się otwarci na piękno, które pragnie się ukazywać w naszym życiu.

Późne lato charakteryzuje się specyficzną urodą. Wielu ludzi najchętniej wybiera się na wędrówki na przełomie sierpnia i września, gdyż słońce nie jest zbyt palące i można się nim naprawdę rozkoszować. Tak więc możemy cieszyć się darami, jakie przygotował nam Bóg w ciągu dnia, o ile jesteśmy gotowi wyzwolić się z przyzwyczajeń i zdać się na to, co nowe.

Adalbert Stifter, austriacki poeta, zatytułował jedną ze swoich powieści Nachsommer („Koniec lata”). Jest to czas sierpnia. W tym miesiącu słońce jest najwyżej na niebie. Jednakże już 15 sierpnia, w uroczystość Wniebowzięcia NMP, następuje raptowna zmiana. Zaczyna się późne lato. Dni odznaczają się szczególną jakością. Niekiedy jest upalnie, lecz często ciepło staje się błogie dla ciała, ponieważ słońce świeci łagodniej. Pola po zbiorach wydzielają specyficzny zapach. Spacery i rozkoszowanie się słonecznymi promieniami sprawia teraz jedyną w swoim rodzaju przyjemność. Czasami jednak pojawia się melancholia: kiedy mija czas urlopu, zaczyna się praca i szkoła, trzeba podjąć zwykłe obowiązki.

Osobiście jeżdżę na urlop w sierpniu. Cieszę się już na długo wcześniej z tego, że będę odbywał wędrówki z moim rodzeństwem w Alpach oraz na Pogórzu Alpejskim. Mogę uwolnić się od wszystkiego, co mnie obciąża, upajam się tym czasem.

Z późnym latem związane są przede wszystkim dwie postawy: radości i wolnego czasu. Potrzebujemy tego spokojnego okresu, aby wsłuchać się w swoją duszę i odnaleźć obecną tam radość, która chce nas coraz bardziej przeniknąć.

Życzę Wam błogosławionego czasu, w którym każdego dnia będziecie przyjmować to, co przygotował Wam Bóg. Jeśli będzie to dzień deszczowy, a dusza trochę sposępnieje, żyjcie nadzieją, że taki stan nie będzie trwał wiecznie. Znowu przyjdą dni, które będą promieniować swoim własnym blaskiem. Akceptacja i wyzwolenie się to sztuka przeżywania każdego dnia jako daru przyjmowanego z Bożych rąk. Niech każdy dzień będzie dla Was błogosławieństwem – obojętnie, jak będzie się ów dzień zapowiadał z rana w Waszych sercach.

Życzę Wam, abyście potrafili cieszyć się późnym latem, abyście z wdzięcznością potrafili wspominać piękny okres odpoczynku i z nowymi siłami, a także z nową uwagą stawiali czoła wymaganiom, jakie przynosi życie.

Wrzesień – Czas dojrzewania

Świat zewnętrzny jest obrazem świata wewnętrznego. To stwierdzenie dobrze pasuje do września, kiedy rok chyli się ku końcowi. Zaczyna się jesień, a tym samym spojrzenie wstecz na to, co wydarzyło się w minionym roku, na to, co było dobre, a co możemy odnotować jako mniej pozytywne. Nadszedł czas, w którym dokonujemy bilansu. W miesiącach jesiennych zbiera się plony z pól i sadów, co sprzyja także rozważaniom o naszych życiowych zbiorach. Ten fakt ze świata przyrody stawia przed nami pytanie: jakie plony przyniosło moje życie? Czy rozwinąłem się duchowo w tym roku? Czy moja praca nad sobą i praca dla innych zaowocowały?

Dobrze jest, gdy potrafimy patrzeć z wdzięcznością na zbiory zebrane tego roku i wyciągnąć dla siebie pozytywny bilans. Niemniej doświadczamy też niepowodzeń. Mówi się, że „Sukces ma wielu ojców, a porażka tylko jednego”. Każdy z nas uważa, że przyczynił się swoim wkładem do sukcesu. Jednak kiedy coś nie wychodzi, zostajemy sami. Oblewa nas fala krytyki i szyderstwa. Tak więc dobrze jest spoglądać wstecz z wdzięcznością, a jednocześnie skromnie na osobiste sukcesy. Równie ważne jest, aby umieć z godnością przegrywać i przyznawać się do niepowodzeń, jakie niesie życie.

Częścią naszej egzystencji są wzloty i upadki, jasne i ciemne strony. Bądźmy wdzięczni za jedne i drugie, bowiem na sukcesach i na porażkach człowiek się uczy. Sukces jest obietnicą powodzenia w życiu. Nie zawsze znajdujemy się przecież po stronie przegranych. Życie przynosi szczęście. Żyjemy w harmonii ze sobą. Porażki także mogą być zbawienne. Zrywają z twarzy wszystkie maski. Stykają nas z prawdą o nas samych. Porażka pozbawia nas tego, czym moglibyśmy się chwalić i czujemy się wówczas nadzy. Ale też stawia przed nami pytanie, czego właściwie chcemy od życia i kim naprawdę jesteśmy. Wartość człowieka zależy nie tylko od sukcesów lub czynów, lecz również od tego, w jaki sposób znosimy to, co nam się przytrafia.

W sporcie istnieje zasada, że prawdziwą wielkość sportowca widać po tym, jak radzi sobie z przegraną i jak się zachowuje jako przegrany. Niektórzy nie potrafią przegrywać. Winią innych za własną porażkę. Jednak kiedy przyznamy się do niej i uczciwie ją przyjmiemy, wówczas definiujemy siebie nie według sukcesów, lecz według swego życia. Obowiązuje zasada: „Kto chce wygrywać, powinien umieć też przegrywać”. Bez gotowości na przegraną lepiej w ogóle nie przystępować do meczu lub do jakiejkolwiek rywalizacji. Uczciwy zwycięzca szanuje przegranego, a uczciwy przegrany gratuluje zwycięzcy. Takie sytuacje składają się na naszą codzienność. Osoba, która potrafi zdrowo do tego podchodzić, jest dobrym sportowcem i dojrzałym człowiekiem.

W przeszłości traktowano jesień jako okres zbiorów i obfitości, w którym wystawnie świętowano. Dziękowano Bogu za wszystko i cieszono się z Jego darów. Jesień może więc być czasem, w którym odkrywamy obfitość życia i jesteśmy za nią wdzięczni.

Życzę Wam, niezależnie od tego, w jakiej fazie życia jesteście, abyście postrzegali doświadczenia związane z jesienią przez pryzmat dojrzewania i wyzwolenia. Życzę również, aby wdzięczność pozwoliła Wam na postrzeganie egzystencji nowymi oczyma, które potrafią się cieszyć z codziennych darów, jakie przygotowuje nam życie i Bóg.

Październik – Czas zbiorów i podziękowań

Październik ma swoją własną jakość. W przyrodzie jest coraz więcej oznak jesieni. Dni charakteryzują się swoistym, nieco przytłumionym blaskiem, który zanurza wszystko w łagodnym świetle, sprzyjającym naszemu dobremu samopoczuciu. Gdy słońce opromienia przebarwione liście drzew, mówimy o „złotym październiku”. Odczuwamy raz jeszcze szczęście płynące z pory roku, która motywuje nas do tego, aby cieszyć się ze zbiorów owoców ziemi.

Wędrowcy z niekłamaną przyjemnością ruszają na wyprawy w złotawym słońcu października. Właściciele winnic zwożą zbiory winogron. W okolicach mojego opactwa we frankońskim Münsterschwarzach wkrótce po winobraniu mamy „moszcz gronowy”, świeżo zebrane młode wino. To okres korzystania z życia. Październik to czas zbiorów, dożynek, analizy tego, jakie życiowe plony zgromadziliśmy.

W tych dniach często przypominam sobie o swoim dzieciństwie, kiedy jako uczeń pomagałem przy wykopkach ziemniaków. Gdy mijam jako dorosły już człowiek pola uprawiane przez maszyny, wciąż wyczuwam coś z tego niepowtarzalnego zapachu października, który w wyjątkowy sposób przypomina mi ojczyznę. Zapach jesieni motywuje mnie do rozmyślań, co wypływa z mojego życia, co pozostawiam po sobie.

Łagodne światło październikowego słońca jest również szczególną motywacją, aby tak właśnie patrzeć na siebie i na innych ludzi. Ponadto rozkoszując się przepychem barw w przyrodzie, można zobaczyć swoje życie z innej perspektywy: ujrzeć jego różnorodność rozbłyskującą w wielu kolorach. Nikt nie chciałby być „szarą myszką”, kiedy jednak nauczymy się właściwie patrzeć, odkryjemy paletę barw naszego istnienia. I co ważne, co raz jeszcze powtórzę: kolory października to łagodne barwy, podobnie jak słońce, które świeci dobrotliwym światłem. My sami powinniśmy kierować łagodne spojrzenie na siebie, na swoje mocne strony i słabości, przeszłość swoją i innych: na wszystko, co ludzkie. Wówczas rezygnujemy z oceniania i krytycznego podejścia do świata, dostrzegając, że nasze życie jest piękne i wartościowe.

Dla mnie październik zawsze kojarzył się z targami książki we Frankfurcie. Wydawnictwa z całego świata wystawiają w tym miesiącu swoje najnowsze pozycje. Każdego roku okazuje się, jakie akurat dominują tendencje myślowe i pisarskie, jakie problemy interesują ludzi. Czasami odnosi się wrażenie, że edytorzy za pomocą masowych reklam sami chcą określać, na co powinni zwracać uwagę odbiorcy. Niemniej w ostateczności to czytelnicy decydują, co ich tak naprawdę zajmuje. Konieczne jest delikatne wyczucie, aby dokładnie wsłuchać się w to, co ludzi szczerze porusza. Wydawanie książek dla zwykłego zysku jest myśleniem krótkowzrocznym. Sens ma pisanie jedynie takich książek, które przemawiają do wrażliwości człowieka i poruszają jego serce. Potrzebna jest zdolność intuicyjnego odczuwania tego, co ludzie myślą, czego się boją, za czym tęsknią.

Życzę Wam, abyście patrzyli w Wasze serca i wsłuchali się, jakie wewnętrzne impulsy się w nich pojawią – oraz abyście w swoim życiu znaleźli na nie właściwą odpowiedź.

Życzę Wam również, by łagodne słońce października zaświeciło do Waszych serc i napełniło Was głębokim pokojem. Moim pragnieniem jest, abyście pełni wdzięczności potrafili cieszyć się tym, co dał Wam Bóg i owocami, jakie w Was wyrosły.

Listopad – Czas ciemności i światła

Doświadczeniem listopada jest dla mnie zapach listowia, które więdnie w coraz bardziej gęstniejącej mgle oraz deszcz, który nie przestaje padać. Zdarzają się jeszcze jaśniejsze dni, kiedy na krótką chwilę rozbłysną w słońcu ostatnie liście wiszące na niektórych drzewach.

Dla większości z nas miesiąc ten jest związany z intensywną pracą. Przed ciszą Adwentu załatwiamy szereg ważnych spraw, przed upływem roku kończymy pod presją liczne przedsięwzięcia.

Listopad jest jednak pod każdym względem takim miesiącem, w którym słabnie gorączkowy pośpiech roku, kiedy mamy więcej czasu na przemyślenia.

Wielu z trudem odnajduje się w ponurej atmosferze listopada. Dla nich jest to miesiąc zmarłych. Przyroda obumiera, liście tracą swoje kolorowe listowie, a gdy na dworze wyraźnie robi się coraz ciemniej, przygnębiający nastrój kładzie się cieniem na duszę niejednego człowieka. Osoby mający skłonność do depresji często boją się listopadowej słoty, kiedy nie tylko wcześnie zapada zmrok, lecz także ciemności spływają na ich serca, a one same czują się niejako przykryte welonem mgły jak kirem. Ów smutny nastrój w przyrodzie sięga również do ich duszy. W listopadzie przypadają także dni wspominania zmarłych – przede wszystkim Zaduszki, w których skupia się niczym w soczewce atmosfera tego okresu.

Jednak liturgia zna inne święta pamięci o zmarłych: w uroczystość Wszystkich Świętych spoglądamy na chwałę nieba i świętujemy własną nadzieję na wieczne szczęście. Dnia 11 listopada przypada święto św. Marcina, w Niemczech popularne nie tylko wśród dzieci, które urządzają procesje z lampionami. Także 19 listopada we wspomnienie św. Elżbiety Turyńskiej oraz 25 listopada we wspomnienie św. Katarzyny w nasze życie wchodzi światło. Święta Elżbieta w szczególny sposób promieniowała światłem miłości. Święta Katarzyna Aleksandryjska, pochodząca z królewskiego rodu, mądrzejsza od wszystkich pogańskich filozofów, jest przedstawiana z połamanym kołem. Jej święto mówi nam, że nie jesteśmy skazani na los, jaki przychodzi do nas z zewnątrz. Mamy w sobie coś, co sprzeciwia się losowi. Nie jesteśmy narażeni na nastroje zewnętrzne. Posiadamy w głębi siebie sferę, gdzie kończą się rządy ciemności. W ostatnią niedzielę roku kościelnego obchodzimy uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata która przypomina nam o tym, że nie podlegamy niczyjej władzy i możemy z podniesioną głową kroczyć pośród wszelkich niebezpieczeństw życia.

Zdarzają się jeszcze słoneczne dni, kiedy promienie kładą swój blask na ostatnie liście drzew. Te dni mają własne światło – światło, które rozprasza mrok – taki jest też motyw przewodni listopada. We wspomnienie św. Marcina dzieci rozświetlają ciemności zmierzchu swoimi lampionami, co oznacza, że nie wolno zapominać w tych tygodniach o świetle wewnętrznym. Świeci ono zwłaszcza we wszystkie uroczystości świętych przypadające w tym miesiącu.

Życzę Wam błogosławionego listopada, aby poprzez zmienną aurę tego miesiąca Bóg przemówił do jasnych i ciemnych stron Waszych dusz, aby przemienił Was swoją łaską. Życzę Wam, byście mimo coraz bardziej skąpego światła słonecznego odkrywali światło w sercach, a w chłodne dni czuli żar Ducha Świętego, aby Wasze serca otworzyły się na Boga oraz na Waszych bliskich, których potrzebujecie.

Grudzień – Czas oczekiwania i przybywania


Od dzieciństwa cieszę się na myśl o grudniu, którego elementami są Adwent, Boże Narodzenie i Nowy Rok. Chociaż jako administrator naszego klasztoru muszę ukończyć wiele spraw w starym roku, nie pozwalam sobie odebrać radości płynącej z przeżywania Adwentu. Za każdym razem jest to dla mnie zbawienny czas, w którym poświęcam się czytaniu i medytacjom. To okres szczególnie odczuwany w sercach, okres wyciszenia, wsłuchiwania się w tęsknoty otwierające człowieka na Boga.

Jednakże wewnętrzne uspokojenie bywa trudne dla współczesnego zachodniego społeczeństwa. Grudzień to dla większości z nas pracowity miesiąc. Wielu gna w pośpiechu przez cały Adwent. W firmach należy załatwić mnóstwo pilnych spraw jeszcze przed końcem roku. Zakupy świąteczne wywołują zwykle gorączkowy pośpiech. W dodatku zewsząd wręcz zalewają nas oferty reklamowe, których przesłanie jest następujące: nie zwlekaj dużej, kup teraz. Konsumpcja ma spełnić nasze pragnienia. Okres Adwentu ma być zatem czasem przezwyciężania owego zgiełku, uczenia się cierpliwego czekania, a także przemiany naszych nałogów w tęsknoty.

Chodzi o to, aby tak ukształtować Adwent, żeby zgadzał się z naszymi oczekiwaniami. Nie musimy brać udziału we wszystkim, czego inni od nas oczekują lub czego sami od siebie wymagamy. Adwent nazywamy również „okresem ciszy”. Niemieckie słowo still – „cichy” pochodzi od stellen – „postawić, stanąć spokojnie, zatrzymać się”. Kiedy człowiek się zatrzymuje, uciszają się również jego burze wewnętrzne.

Pierwotne znaczenie słowa „Adwent” to także: „nadejście, przybycie”. Wykorzystajmy zatem ów czas na bliższe poznanie siebie. Obchodzimy przybycie Boga w osobie Jezusa Chrystusa, a zarazem Jego narodziny w naszych sercach. Kiedy Bóg przychodzi do nas, poznajemy nasze prawdziwe ja, lecz aby poznać, że Bóg przyszedł, musimy najpierw poznać samych siebie. Zpytajmy więc, czy naprawdę jesteśmy sobą, jak czas wypełniony był wcześniej, a jak pusty jest teraz. Spróbujmy odnaleźć samych siebie. Tylko wtedy, gdy to osiągniemy w ciągu czterech tygodni Adwentu, w uroczystość Narodzenia Pańskiego doświadczymy tego, że przybycie Boga w osobie Jezusa Chrystusa jest spełnieniem naszych tęsknot.

Tak więc życzę Wam błogosławionego czasu Adwentu, aby Boże Narodzenie stało się dla Was świętem nowego początku, radości, że Boże Dziecię odnawia całe Wasze życie, a Wy możecie zostawić za sobą to, co stare i zwrócić się ku temu, co nowe, czego oczekujecie pełni ufności i nadziei.

W Adwencie cieszy mnie mój kącik modlitewny. To szczególne miejsce, gdzie mogę zetknąć się ze swoimi tęsknotami. Nie chodzi przy tym o patrzenie w przeszłość i ponowne przeżywanie uczuć z dzieciństwa. Zastanawiam się raczej, co dziś znaczy dla mnie przyjście na świat Syna Bożego, jak może mnie ono przemienić. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że Jezus narodził się już dawno, lecz prawda intelektualna nie jest prawdą osobistą. Do tego potrzebuję czasu adwentowych przygotowań do Bożego Narodzenia, aby móc wciąż zadawać sobie pytanie: Gdy Chrystus przyjdzie do mnie, do mojego serca, jak będzie wyglądało moje życie? Co On mi powie? Na co zwróci mi uwagę? Czy pokaże mi, że jeszcze nie poznałem samego siebie, że wprawdzie byłem w wielu miejscach, ale nie dotarłem jeszcze do własnego wnętrza? Ja zaś poproszę Go, aby prawdziwie do mnie przyszedł, abym dzięki Niemu poznał prawdę o sobie.

Co roku na nowo rozważam, jakie znaczenie mają dla mnie Adwent i Boże Narodzenie? Jak mam rozumieć to, czego oczekujemy od Adwentu i co tak naprawdę obchodzimy w uroczystość Narodzenia Pańskiego. Was również pragnę zachęcić do tego, aby usiąść w ciszy i zdać sobie pytanie: Czego oczekujemy od tegorocznego Adwentu i świąt Bożego Narodzenia? Możemy poznać te oczekiwania, jeśli stawimy czoła prawdzie o sobie. Co nas szczególnie porusza w danej chwili? Z jakiego powodu cierpię? Dlaczego jestem niezadowolony? Jakie są moje niedociągnięcia? W którym miejscu mijam się ze sobą? Jakie jest moje najgłębsze pragnienie?

Każdego roku inaczej obchodzimy okres Adwentu i Narodzenie Pańskie, ponieważ mamy inne problemy duchowe. Słowa obietnic, które słyszymy w Adwencie, powinniśmy przekładać na konkretną sytuację duchową, na nasze troski i obawy, odrętwienie, pustkę, cierpienie, smutek. Słowa te oznaczają, że Bóg przemieni nasze obawy i nasze przygnębienie. Nastanie nowa ziemia i nowe niebo również dla nas. Nad naszą ciemnością wzejdzie światło Bożego Narodzenia. Zniknie też odrętwienie, gdy Jezus narodzi się w naszych sercach.

Życzę Wam, abyście przeżywali okres Adwentu jako czas rozjaśnienia Waszych ciemności oraz przemiany wewnętrznego samopoczucia i tak w ciszy czerpali nową nadzieję, że wszystko będzie dobrze.

Życzę Wam, abyście w oczekiwaniu na przyjście Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, odkryli prawdę o sobie i tkwiące w Was możliwości przemiany świata.

W cyklu życia – Etapy życia

Rytm roku jest odbiciem naszego życia. Od dawna uważano, że pory roku symbolizują jego bieg: wiosna – oznacza młodość, lato – rozkwit dorosłości, jesień – okres starzenia się, zima – schyłek życia i śmierć. Poniższa analiza różnych etapów egzystencji człowieka ma być motywacją do świadomego przeżywania odmiennej jakości każdej z pór roku oraz postrzegania ich jako obrazów własnego życia. Każdy z nas znajduje się w innym obszarze cyklu życiowego. Nie wiemy, jak długo będzie się obracał ten krąg. Znamy początek, ale nie znamy końca. Dobrze byłoby medytować nad dniami każdego z miesięcy, traktując je jako różne etapy, które już mamy za sobą.

Jednak tak jak co roku obchodzimy wszystkie stacje cyklu życia, tak i w nas dokonują się rozmaite procesy – obojętne, na jakim etapie akurat jesteśmy – a są to: ciąża, narodziny, dojrzewanie, starzenie się i umieranie. Ciągle musimy pozostawiać za sobą to, co stare, aby mogło się narodzić nowe. Życie ludzkie charakteryzują dwa bieguny: cykl jako krąg, który ciągle się powtarza oraz droga, która wciąż biegnie i prowadzi do celu. Świat Wschodu charakteryzuje się silnie zarysowanym myśleniem cyklicznym. Mniej obecne jest tam za to myślenie historyczne. Wszystko powraca, nawet śmierć nie jest końcem, lecz przechodzi w ponowne narodziny, poprzez które wszystko zaczyna się od początku. Na Zachodzie bardziej wyraziste jest myślenie historyczne, linearne. Uważamy życie za drogę, która pozwala nam kroczyć stale naprzód i wiedzie nas do końca poprzez śmierć. Myślenie cykliczne i linearne wiąże obraz spirali. Spirala się kręci, lecz prowadzi dalej, do góry. Ma swój cel.

Tak więc cykl naszego życia wskazuje na oba wymiary: jest to przeżywanie wciąż na nowo ciąży, narodzin, wzrastania, dojrzewania, starzenia się i umierania, lecz mimo to nie mamy do czynienia z ciągle powracającym kręgiem. Za każdym razem, gdy obumiera coś starego, rodzi się w nas coś nowego. Musimy wyzwolić się od dzieciństwa, aby mogła zakwitnąć młodość. Musimy wyzwolić się od apogeum wieku średniego, by bardziej zwrócić się ku życiu duchowemu. W wieku starczym musimy wyzwolić naszą siłę, żeby odkryć bogactwo naszej duszy, którego nie może nam zabrać nawet śmierć.

Tak więc człowieczeństwo oznacza akceptację cyklicznego ruchu, którego doświadczamy w ciągu roku i w ciągle powracających biegunach przyjmowania i wyzwalania oraz stawania się kimś nowym, jednocześnie zaś aprobatę własnej drogi, której nie można tak po prostu powtórzyć. Kroczymy niepowtarzalną ścieżką życia i dlatego trzeba mieć na nią baczenie. Jezus stale nas upomina, żeby uważnie kroczyć naszą drogą, ponieważ jest ona jedyna w swoim rodzaju. Jest nieodwołalna. Prowadzi nas od dzieciństwa do młodości, do wieku dojrzałego, starości i ostatecznie do śmierci. Śmierć jest końcem a zarazem zwieńczeniem, które kompletuje, dopełnia i naprawia to wszystko, co nagromadziło się na różnych etapach życia.

Źródło Internet Portal Katolik