Pytanie św. Bernarda stawiane w tej części traktatu O miłowaniu Boga (§ 16-23), „jak mamy kochać Boga?”, jest pytaniem z tezą – nie wolno nam zapominać, że kryje się za nim doświadczenie Boga, które było udziałem cysterskiego mistyka. Warto dostosować odpowiedź na to pytanie do wiedzy św. Bernarda o Bogu, która jest jednym z owoców doświadczenia Jego przyjścia, odsłonięcia się i odejścia. Bernard używa w tym fragmencie traktatu dwóch imion odsłaniających Bożą naturę: jest On Niezmierzony i Nieskończony.

Niezmierzony

Przywołanie tego imienia służy Bernardowi do sprowokowania debaty na temat naszych ograniczonych pojęć o Bogu. Oczywiście można zatrzymać się na teoretycznych roztrząsaniach ograniczeń naszego języka, wyrazach naszego niezadowolenia ze zbyt rewolucyjnej lub konserwatywnej teologii, ale Bernard chce pozostać pasterzem, doświadczonym przewodnikiem. Interesuje go raczej nasza praktyka życia – przypatrując się jej bacznie, możemy z dużą dozą wiarygodności stwierdzić, jaki Bóg nas zamieszkuje: czy jest to Bóg statyczny, na którym możemy bez trudu „położyć rękę”, czy też jest to Ktoś wolny, nieprzewidywalny w swoich planach, niezależny od naszej małej stabilizacji i dopiero co odniesionego sukcesu.

To przepytywanie nas z Boga, metoda rachunku sumienia z naszych czynów, jest i było owocne w każdym czasie Historii świętej. Przywołam przykład króla Dawida. Jest rok 1000 przed narodzeniem Chrystusa i rudowłosy „pastuszek poeta” wyrósł na prawdziwego króla. Zdobył Jerozolimę i ustanowił w niej stolicę swojego królestwa. Teraz marzy o zbudowaniu świątyni dla Pana Zastępów Izraela. Zdaje się, że plan jest bardzo szlachetny, jednak budzi sprzeciw nie tylko proroka Natana, ale także innych wierzących. Nie można nie dostrzegać ogromnych politycznych talentów Dawida, jego zasług – jak choćby zaprowadzenie w regionie pokoju (co sprzyjało powstawaniu wielkiej literatury). Czy jednak intencje Dawida w rzeczywistości są aż tak szlachetne? Odtąd przecież obecność Boga w Jego ludzie będzie związana z instytucją królestwa, będzie On niejako zależał od człowieka i skończy się czas, kiedy to Bóg niemający stałego adresu prowadził swój lud tam, gdzie mógł on odnaleźć trudną wolność. Jeśli więc św. Bernard zamyka odpowiedź na pytanie, „jak kochać Boga?” w świetnej zresztą literackiej sentencji: „Miarą kochania Boga jest kochać bez miary”, to przez to samo wzywa nas do zdarcia wszystkich siatek i ekranów zabezpieczających nasze serce, wyjścia z zastanych kategorii, z tego świętego repetytorium, które dawno już być przestało słuchaniem Boga, a bardziej przypomina zebranie klubu potwierdzającego naszą świętość.

Każdy z nas jednak wie, jak trudno porzucić nasze własne miary, które tak bardzo porządkują nam świat wokół, jak bardzo chcemy, by wszyscy byli do nas podobni w reakcjach, nie wyłączając nawet samego Boga. I jak bardzo jesteśmy oburzeni, kiedy pojawiają się sytuacje nieprzewidziane, a realia np. miłości idą pod prąd naszych wyobrażeń. Mówi św. Bernard: „Kocha Niezmierzoność, Nieskończoność, Miłość przechodząca wszelkie wyobrażenia ludzkie. Kocha Bóg, którego wielkość nie ma jakichkolwiek granic, a mądrość wymiarów, i Jego »pokój przewyższa wszelkie pojęcie« (por. Ef 3,19). My zaś odmierzać będziemy miłość naszą?”.

Kochanie Boga „bez miary” oznacza wejście w Bożą logikę, bulwersującą logikę, „która boli”. Jak często mówimy: „to dla zakonników, sióstr… nie mam sił, brzydzę się ubogimi, sam jestem ubogi, co może znaczyć w tym morzu bezprawia i korupcji mój głos, mój gest? Jakie ma znaczenie, czy się modlę o pokój na świecie, czy nie?”. Lub – „mam prawo do spokoju, do świąt, wołowej pieczeni, wypoczynku w górach, kolekcji starej broni. I jakie szczęście, że nie jestem jak chociażby ten celnik… wiem, nie jestem idealny, ale płacę podatki i oburza mnie to i owo, mam więc sumienie. Jestem dobrym chrześcijaninem, ale irytują mnie takie słowa, jak »zjednoczenie z Chrystusem« i cała ta mistyka świadcząca tylko o tym, że ludzie mają za dużo czasu. Chociaż tak prawdę mówiąc, to wszystkiego mam już dosyć i nic już nie wiem, przestało mnie »to« wszystko obchodzić, byle do emerytury, i po co żyć, skoro życie jest właśnie takie: szybkie, pełne bólu, niezrealizowanych obietnic, wypełnione rzeczami najoczywiściej zbędnymi”.

Kochać bez miary? Tak, wyzbyć się swoich miar, takiego przykrawania rzeczywistości, żeby pasowała do mojego małego świata bronionego do ostatniej kropli krwi. Dokąd nas to zaprowadzi? „Powstanie w nas dziwny, na początku przerażający głód porzucenia siebie – nie zdrady siebie, ale porzucenia… wyjścia z ochronnej skorupy, z głupstwa nas zamieszkującego – powiedzmy jeszcze ostrzej: z naszego prywatnego, schludnego, bo pobielanego z zewnątrz grobu”. Zaczynamy nienawidzić naszą pychę. Dlaczego używam tak niebezpiecznego czasownika jak „nienawidzić”? Jest on jedynym adekwatnym słowem na określenie tego właśnie stanu.

ednak jest to dziwna nienawiść, bo nie kaleczy wcale naszych bliskich i dalszych. Nas też nie kaleczy – dotyka za to naszego grzechu i tego wszystkiego, co w nas jest dwuznaczne, podejrzane. Zaczynamy wychodzić do światła. Mówi św. Bernard: „Powiedzieliśmy już, że przyczyną celową miłości Boga jest sam Bóg. Przyczyną sprawczą i celową. Sam wywołuje to pragnienie, rozpala uczucia, uwieńcza dążenia. Czyni tak, że może być kochany. On staje się przedmiotem naszej miłości, aby uniesienia naszych serc nie były daremne. Miłość Jego uprzedza nas i nagradza. Uprzedza, ponieważ jest najłaskawszy, nagradza, gdyż jest najsprawiedliwszy, jest pełen słodyczy i pozwala nam to odczuć. Ma wiele dóbr dla wszystkich, którzy Go wzywają, lecz nie może dać nic lepszego niż siebie”.

Głód jasności, piękna, czystości, ofiary obudzony w nas przez Niezmierzonego jest więc najpierw oczyszczeniem i przywróceniem prawidłowych funkcji mojemu sercu, oczom i językowi. To on pozwala krytycznym okiem spojrzeć na moją przeszłość. Czy nie przypomina ona nieco historii ludzkiego pragnienia opisanego przez św. Bernarda? „Każdy człowiek, zgodnie z właściwościami umysłu, pragnie tego, co posiada większą wartość, i z niczego, co gorsze, nie może być zadowolony. Kto na przykład ma piękną żonę, z przyjemnością ogląda się za piękniejszą. Kto nosi cenną suknię, szuka jeszcze cenniejszej. Bogaty zazdrości bogatszemu od siebie. Dziedzic wielkich włości z roku na rok powiększa swe dobra i osiedla. Znasz zapewne właścicieli wykwintnych pałaców, którzy niemal codziennie budują coś nowego, burzą stare domy, zmieniają, unowocześniają, z kwadratowych przerabiają na koliste. A cóż powiedzieć o ludziach zajmujących wysokie stanowiska? Jakżeż oni – kierując się fałszywą ambicją – pną się coraz energiczniej po stopniach kariery! I w tym wszystkim nie widać końca, ponieważ nie znajdują owego »najwyższego« i »najlepszego«. Trudno się dziwić, że nie ma zadowolenia w rzeczach zwyczajnych ten, kto nie doszukał się ich w wyższych”.

Dzięki mojemu nowemu spojrzeniu potrafię także zobaczyć, że mój dawny Bóg był kimś żywo przypominającym inne konsumpcyjne dobra. To prawda – zajmował szczyt wysokiej piramidy moich ambicji, ale właściwie jako gwarant wiecznego szczęścia, aby wszystko odbyło się bez niespodzianek po mojej śmierci. Przynajmniej po śmierci, bo nasze życie zdaje się nam fatalną pomyłką… brodzeniem w stawie, kiedy wszystko przecież wskazywało, że zostanę kapitanem dalekomorskiego okrętu. Pisze św. Bernard: „Życie jest jednak krótkie i zdolności ludzi bywają bardzo ograniczone. Te i inne okoliczności sprawiają, że drogi ich pełne są niedoli i trudów; dlatego nie są zdolni osiągnąć wszystkich swoich zamierzeń”.

Zapytajmy jednak, na czym tak naprawdę koncentruje się to moje coraz silniejsze pragnienie nowego? Czujemy przecież podskórnie, że nie jest to jeszcze jedna terapia ani kolejne postanowienie poprawy, i nie złapanie chwilowego wiatru w żagle interesuje mnie w postaci wiedzy, interpretacji mojego połamanego życia. Niezmierzony Bóg przechodzi do ofensywy – moim pragnieniom odmiany wyjdzie naprzeciw Jezus Chrystus. Jego Osoba zacznie mnie intrygować w sposób ogromnie wyczerpujący, bolesny i fascynujący. Nie, to nie minie. Pytaniem, które nie pozwoli mi spać w nocy, będzie to zdumienie, zdumienie chwytające moje serce żelazną rękawicą: Kim jesteś? Kim jesteś, że zajmujesz się mną? Kim jesteś, żeby oddawać za mnie życie?! Kim ja jestem, żeby być tak kochany?! I myślicie, że usłyszymy jakąkolwiek odpowiedź? Nie, nie usłyszymy. Jest ona najzupełniej zbędna. Ta fascynacja i zdziwienie Jezusem Chrystusem będzie miała praktyczne znaczenie. Naprawdę będziemy inni! Okrzykną nas chorymi, posądzą o ekstrawagancję, może przestaną nas zapraszać do swoich domów na wódkę, przestaniemy być kumplami, a ludzie mali, którzy nas się tak bardzo kiedyś bali, dadzą nam może po twarzy. I nic. To nawet nie jest przykre – tak wielka jest siła obecności Chrystusa. Po raz pierwszy nic ode mnie nie zależy – wszystko jest mi dane, wszystko jest dla mnie darem: chce mi się żyć, starzeć, nawet umrzeć. Milczę, ogarnięty miłością, napełniony radością, zaczynam łaknąć komunii świętej, czekam na tę chwilę z utęsknieniem, koncentracja na moim ego przestaje mnie interesować. Zmiana perspektywy? Przełożenie ciężaru? Wszystko razem. To jednak nie wszystko. Niezmierzoność, której tak doświadczamy, musi być dopełniona Nieskończonością, nawrócony człowiek staje nad brzegiem oceanu Bożej miłości i to z bardzo konkretnym zadaniem – jak mówi św. Bernard: „z obowiązkiem spłacenia zaciągniętego długu”.

Nieskończony

Bóg Nieskończony jest wtedy dla nas ponawianym w każdej minucie apelem: „Żyj nieskończoną nadzieją w każdym czasie!”. I Bóg daje nam odczuć jej smak, doświadczając nas przez bardzo trudne – jeszcze nie tak dawno budzące w nas rozpacz, panikę, strach – sytuacje. Nieskończoność Boga domaga się od nas nieskończonego oddania i posłuszeństwa właśnie nadziei! I jeśli miłość uczy nas oddania, praktycznego bycia jak Chrystus wobec Boga, siebie i bliźnich, wiara jest życiem w Bożej obecności (nawet w momentach Jego mistycznej nieobecności), to nadzieja zakotwiczona w miłości, upewniona wiara jest jak ruch, powiew, wychodzenie naprzeciw życiu, obowiązkom, oczekiwaniom innych ludzi, to ona niesie jak juczne zwierzę naszą miłość, jest pewnością, że idę na spotkanie Boga, to ona każe mi przyspieszyć kroku, to ona budzi moją ciekawość świata i ludzi, to ona uczy uwagi i czyni otwarte serce. Nadzieja jest cechą bardzo dziecięcą. Wystarczy sięgnąć pamięcią do czasu naszego dzieciństwa, żeby zobaczyć, jak bardzo czekaliśmy na rozpoczęcie nowego dnia, podróż, naszych rówieśników, kontynuowanie zabawy, jak świat pełen obietnic wołał nas i zapraszał.

Wezwania Nieskończonego

Zapytajmy więc, jakie wezwania przynosi nam Nieskończony Bóg? Pamiętajmy, że spłacanie zaciągniętego długu wobec nieskończonej miłości Boga dzieje się przez moją dynamiczną miłość, miłość w ruchu, miłość niesioną innym, miłość zaprawioną potężną dozą nadziei. Wezwanie Nieskończonego Boga jest więc misyjne – moja miłość ma napotkać zamierzoną przez Boga różnorodność i odmienność i żeby była naprawdę twórcza i owocna, musi dać się obdarować, musi być uważna, słuchająca, ciekawa tego, co drugi ma nam do powiedzenia, tolerancyjna wreszcie.

Bóg jest nieskończony w nieskończonych ludzkich potrzebach. Ludzkie potrzeby wywołują w nas jednak zniechęcenie, często zmęczeni, na granicy ludzkiej wytrzymałości pytamy, jaki sens mają nasze ułomne przecież i niewystarczające działania: nie ocalimy wszystkich, nie nakarmimy wszystkich, nie przyniesiemy wszystkim pociechy… pokazuje nam jednak na przykładach świętych, jak nieskończone są ludzkie możliwości i ile może zdziałać pojedynczy człowiek. Święci ucieleśniają również i tę prawdę, że zawsze tam, gdzie następuje spotkanie Jego nieskończoności z naszą skończonością, doświadcza się ogromnego bólu, ciemności, zaniku sensu. Zawsze tam, gdzie przecina się skończoność z nieskończonością, staje krzyż.

To właśnie przez krzyż Bóg Nieskończony uczy nas, jak organizować nieskończoną przestrzeń ludzkiego bólu, ludzkiej zawiedzionej nadziei czy niekontrolowanych aspiracji. Nieskończoność „przepuszczona” przez krzyż wkopany na Golgocie domaga się od nas podobnej stałości miejsca, stałego adresu, punktu jasno oznaczonego w bezkresie – tak, aby drugi człowiek wiedział, gdzie mnie szukać, żeby wiedział, że może do mnie przyjść – nawet jeśli jest pełen agresji, zaopatrzony w potężne argumenty przeciwko nauce Chrystusa. Innymi słowy: muszę swoją obecnością dodawać odwagi innym, być właśnie odblaskiem Boga w moim środowisku, nie uciekać od powierzonych mi ludzi, zostać z nimi, nawet jeśli będzie to groziło śmiercią moich własnych planów.

Innym odblaskiem Boga Nieskończonego jest moja zdolność dzielenia się tym, co posiadam. W krótkim czasie przekonam się, że cud rozmnażania chleba, ale również tworzenia inicjatyw samorządowych, edukacyjnych i wspólnotowych powtarza się w zadziwiający sposób. Pod jednym tylko warunkiem (i jest to warunek bardzo eucharystyczny) – nie wolno cofnąć raz danego słowa. Jak Jezus nigdy nie cofnął swojego przyrzeczenia dzielenia Chleba eucharystycznego w nieskończoność – tak każdy z nas zaproszony jest do mężnej wytrwałości. Pisze św. Bernard: „Oto są ci, którzy ze zbawczą ostrożnością unikają bezowocnego i dręczącego poruszania się w kółko, wybierają drogę właściwą i prowadzącą do zbawienia. Nie pragną zachłannie tego, co zobaczą, przeciwnie, chętnie pozbywają się dóbr swoich na rzecz ubogich”.

Zrozumiałe, że zakorzeniając się w danym miejscu, wytrwale to miejsce przemieniając, każdy z nas pragnie dokończyć rozpoczętego dzieła – może najbardziej ten naturalny człowieczy odruch staje się pokusą w życiu duchowym: przygotować swoich uczniów, wychować gromadę duchowych spadkobierców, zostawić w kościele wspomnienie założonej przeze mnie instytucji, wytyczyć drogę dla przyszłych pokoleń… nadać pewien specyficzny rys wspólnocie, do której należę, przestrzec innych przed potencjalnymi zagrożeniami, podzielić się doświadczeniem, ochronić zagospodarowane miejsce przed nieproszonymi zmianami, młodymi a niedoświadczonymi ludźmi, wzmocnić nasze dzieło mądrymi układami politycznymi i znajomościami etc. Pisze św. Bernard: „Prawdziwa miłość »nie szuka swego« (1 Kor 13,5). Jest uczuciem, nie kontraktem. Nie zdobywa się jej układami, i sama tak nie zdobywa. Dobrowolnie przyjmuje i dobrowolnie udziela. Prawdziwa miłość sama sobie wystarcza. Osiąga nagrodę w tym, co ogarnia. Tak więc: jeżeli kochasz z innego powodu, kochasz raczej drogę wiodącą do celu, a nie przedmiot miłości. (…) Prawdziwa miłość nie oczekuje nagrody, chociaż na nią zasługuje. Kochający nie ma na względzie zapłaty, jednakże otrzymuje ją za wytrwałość”.

To bardzo szlachetne troski i wzniosłe pokusy. Może właśnie w tych regionach sprawdza się najdobitniej i ostatecznie siła naszej nadziei – nadziei, która jest kluczem do boskiej nieskończoności obejmującej wszystko, również nasze dzieła i troski z nimi związane.

Już w początkach naszego nawrócenia trzeba uczyć się tych słów: „Będzie, jak Bóg postanowi”, „O ile Bóg zechce”, „Jeśli Bóg pozwoli”. Nazywam te zdania wezwaniami otwartości, gdyż ilustrują najpiękniej nie tylko naszą niewystarczalność domagającą się interwencji Bożego Miłosierdzia, ale również naszą zgodę na pozostawienie naszego dzieła, życia, miłości, przyjaźni otwartych – to Bóg dopisze dalszą ich część. Taka otwarta postawa wobec ogromu Boga i Jego miłości może być wyrażona i tak: oddaję Twojemu miłosierdziu moją przeszłość i moją przyszłość. Pragnę, abyś to Ty posłużył się dobrem, które było moim udziałem, abyś mój dawny grzech uczynił błogosławioną winą. Także i przyszłość, która napawa mnie lękiem, zniechęceniem lub niezdrową ciekawością oddaję Twojemu miłosierdziu – tak, aby nie przekraczała moich sił, abym mające nadejść trudne chwile spotykał z godnością i wielką ufnością wobec Ciebie, abym nie zmarnował dobra i piękna, które dla mnie przygotowałeś. Także teraźniejszość oddaję Tobie, proszę, abyś z tego, co Ci ofiaruję już dziś, wybrał to, czym będziesz chciał się posłużyć, nawet jeśli pozostawisz na boku czyny, które stanowią dla mnie ogromną wartość.

Michał Zioło OCSO