Wszystkie nasze zdrady

Z Jackiem Prusakiem SJ rozmawia Tomasz Wiścicki
 
Słowo “zdrada” najczęściej kojarzy nam się z czynem bardzo poważnym – tak bardzo, że większość ludzi nigdy go zapewne nie popełni. To słowo odsyła do rzeczywistości pełnej grozy, która – jak się wydaje – zdecydowanej większości z nas bezpośrednio nie dotyczy. Co to właściwie jest zdrada i czy rzeczywiście jest taka rzadka?
 
Jeśli zdefiniuje się zdradę jako jakąkolwiek formę sprzeniewierzenia się jakiemuś zobowiązaniu, to wtedy to pojęcie można rozciągnąć na wiele sytuacji. Najczęściej myślimy o zdradzie bliskiej osoby – żony czy męża, czasami o zdradzie grupy, wspólnoty, do której przynależymy, na przykład ojczyzny. Mówimy także o zdradzie samego siebie, kiedy nie udało się nam być wiernym własnym przekonaniom czy celom, jakie sobie wyznaczyliśmy, kiedy na przykład zdradziłem siebie, bo powróciłem do palenie papierosów, chociaż uroczyście sobie obiecałem, że nie wezmę ich już więcej do ust. Są więc zdrady i zdrady. To nie jest żaden relatywizm – istnieją różne formy tego sprzeniewierzenia się, różny stopień świadomości i odpowiedzialności. „Groza” zdrady, o jakiej Pan mówi, polega na odkryciu, że osoba, której się zaufało, która dawała poczucie bezpieczeństwa, zawiodła. Ktoś dotąd bardzo bliski stał się obcy, groźny, niewiarygodny – dewastacji uległ wspólnie budowany dotąd świat.
 
Nie znam wprawdzie żadnych badań na ten temat, ale myślę, że gdyby zapytać, co się ludziom kojarzy ze słowem „zdrada”, odpowiedzi dotyczyłyby przede wszystkim zdrady małżeńskiej, rozumianej w sensie seksualnym.
 
Według socjobiologów, zdrada to kwestia ewolucji. W tej perspektywie niewierność jest korzystna, bo prowadzi do urozmaicenia genetycznego, co doskonali przyszłe pokolenia. Zgadzam się jednak z opinią pewnej znanej terapeutki, która powiedziała kiedyś: “Niech ewolucja robi, co musi, ale niekoniecznie w naszych małżeństwach”. Zdrada wśród ludzi jest o wiele bardziej złożonym zjawiskiem niż chcą tego socjobiolodzy. Do zdrady nie dochodzi zwykle z dnia na dzień. Jest ona raczej zwieńczeniem narastającej nudy, braku bliskości i akceptacji. Doświadczeniem wielu terapeutów „podpowiada”, że zdradę może przyśpieszyć pojawienie się drugiego ideału, który trafia w niezaspokojone pragnienia miłości, uznania, zrozumienia. Ukrytym, to znaczy nieświadomym, celem zdrady nie jest oszukanie partnera, jak to sobie często wyobrażamy, lecz próba emancypacji.
 
Dlaczego ludzie zdradzają?
 
Zależy, o jakich zdradach myślimy. Zdrada zdradzie naprawdę nierówna. U pewnego typu mężczyzn zdrada przejawiająca się w posiadaniu kochanki ma służyć podtrzymaniu stałego związku. W ich psychice króluje niepodzielnie obraz symbiotycznej matki. Gdy kontakt z prawdziwą matką się skończył, szukają oni podobnie opiekuńczej i poświęcającej się osoby. Chcą z nią odczuwać symbiotyczną bliskość na ściśle zdefiniowanych przez siebie warunkach. Z „matką-żoną” jednak nie można uprawiać seksu. Stąd szukają drugiej kobiety. To jest tak zwany „klasyczny trójkąt” małżeński. Inną postacią zdrady jest chroniczny donżuanizm: żadna kobieta nie może dorównać matce, stąd mężczyzna nie ma zamiaru wejść w stałe relacje – kobiety istnieją tylko po to, żeby dostarczać mu gratyfikacji seksualnej. Z drugiej strony zdrada może być przeżywana jako świadoma gra jednego lub obojga małżonków. Wtedy jest to wygodna forma życia, rzekomo dobra dla obu stron. Ale czy taka świadoma gra w zdradę to jest jeszcze małżeństwo?
 
Niektórzy twierdzą, że dobrze jest od czasu zdradzić, bo to cementuje związek...
 
Przekonanie, że romans może uratować małżeństwo, jest obronną racjonalizacją swego postępowania. Zwykle zdrada, z perspektywy terapii, jest zawsze jakimś doświadczeniem braku w systemie. Każdy system opiera się na pewnej równowadze. Gdy jest w nim nadmiar albo niedomiar czegoś, ma to bezpośrednie przełożenie na wzajemne relacje. Zarówno z moich obserwacji terapeutycznych, jak i z doświadczenia w konfesjonale wynika, że do zdrady dochodzi w momencie chronicznego niedoboru lub chronicznego nadmiaru – a oba przypadki bywają przeżywane traumatycznie. Na przykład brakuje uczucia albo jest nadmiar kontroli. I ktoś szuka wtedy „pocieszenia” w zdradzie albo – uwolnienia poprzez zdradę. W rzeczywistości zdrada wydobywa na światło dzienne bolączki i nierozwiązane problemy.
 
Czy odejście od kogoś jest zdradą?
 
Ostatnio zmieniło się funkcjonowanie związku. Wierność oznacza: jesteśmy ze sobą tak długo, jak się da. Zdrada jest teraz tak rozumiana, że dopóki jesteśmy ze sobą, jesteśmy dla siebie. Nie ma takiego myślenia, że możemy być ze sobą na zawsze. Chodzi o to, żeby nie mieć później do siebie pretensji, że ktoś kogoś zdradził, zdradził czyjeś zaufanie.
 
W tym ujęciu zdradą nie byłoby na przykład to, że jedna ze stron mówi drugiej: “Przykro mi, ale poznałem czy poznałam kogo innego... Bądźmy przyjaciółmi”. Nawet jeżeli wcześniej postanowili być ze sobą, to w tym momencie przestają i nic specjalnego się nie dzieje, nie ma zdrady.
 
Według takiej mentalności czy filozofii życia – rzeczywiście. Aczkolwiek z punktu widzenia osób, które tego doświadczają, co widać w terapii, pojęcie zdrady pozostaje aktualne. Dlatego to słowo dalej się nie zużyło, nawet jeśli rzekomo ono nie ma tak szerokiego zastosowania. Zmienia się obecnie rozumienie intymności, ale szukanie „czystej relacji” opartej na równości płci i równowadze uczuciowej nie dezaktualizuje pojęcia zdrady.
 

Gdy osoby, których związki się rozpadają, mówią: “Żyjmy w przyjaźni”, to słowo w tym kontekście zmienia znaczenie. Co tutaj znaczy przyjaźń? Najczęściej to, że się wzajemnie nie pozabijali, a jak się spotkają na ulicy, to nie będą udawać, że się nie znają. Ale to nie jest forma bycia blisko siebie, tylko kontrolowania dystansu. Taka relacja z definicji przestaje być przyjaźnią.

W opowieściach ludzi, zwłaszcza ze środowisk artystycznych, ostatnio dość często pojawia się taka wizja małżeństwa, w której obie strony pozwalają drugiej stronie na inne mniej czy bardziej przelotne związki i wszystko jest w porządku. Czy w ten sposób da się żyć – bez poczucia bycia zdradzanym?
 
Widocznie da się tak żyć, tylko co to jest za życie? Przestrzeń małżeńska, rodzinna, może być otwarta – ale nie jest przepuszczalna. Jeśli ktoś w niej się pojawia z zewnątrz, dzieje się to na określonych przez obie strony warunkach, ten ktoś trzeci nie przepływa jako równoprawny członek takiego układu. Intymnych relacji z innymi osobami można nie nazywać zdradą, ale w takich związkach rozumienie bliskości i zaufania do siebie jest zupełnie inne od tych par czy małżeństw, które tego typu relacje nazwałyby zdradą, bo od siebie więcej wymagają i bardziej mogą na sobie polegać.
 
Ale zwolennicy takiej przepuszczalności powiedzą na to, że oni właśnie tak się umówili, w związku z czym mąż i żona mają oczywiście specjalne prawa, skoro są ze sobą przez wiele lat, a inne osoby pojawiają się tylko jako swego rodzaju “goście”.
 
Myślę, że to często jest racjonalizacja. Jest to rzeczywistość „bycia ze sobą”, gdzie – jak twierdzi współczesny socjolog Anthony Giddens – seks jest przedmiotem rozmów i negocjacji, a na pierwszy plan wysuwają się takie sformułowania, jak „zaangażowanie” i „bliskość”. Osoby tak żyjące nieraz mówią, że jedna osoba daje im poczucie bezpieczeństwa, a druga natchnienie, przeżycia, przygody i tak dalej. A ponieważ artysta nie może znaleźć jednej osoby, która dawałaby mu to wszystko razem, to skoro jego twórczość wyróżnia go spośród tłumu, daje sobie prawo do takiego przeżywania. Są tego typu związki i jeśli te osoby między sobą tak sobie zdefiniują wierność, to taka niewierność nie jest dla nich zdradą. Ale to jest kwestia języka i definicji, a zatem pozostaje pytanie o to, czym takie życie naprawdę jest, z jakimi obciążeniami i kosztami jest związane.
 
To znaczy, że nie można sobie zredefiniować zdrady? Czy zdrada jest rzeczywistością obiektywną, czy też następuje wtedy, kiedy ktoś się czuje zdradzany?
 
Nie, to musi być rzeczywistość wykraczająca poza subiektywne odczucie, skoro małżeństwo jest obopólną „umową”. Odstępstwo od tej umowy jest zdradą – obojętnie, czy ktoś ma poczucie tego, że zdradzał, i czy druga strona ma poczucie tego, że została zdradzona. Poczucie jest ważne, ale nie definiuje zdrady. Definiuje ją ta umowa, ale nie można zapominać o różnorakich uwarunkowaniach jej „sygnatariuszy”.
 
A czy można zdradzić współmałżonka, mówiąc brutalnie, nie idąc do łóżka z inną osobą?
 
Można. Seksualna zdrada to dla mężczyzny głównie niepewność: czy moje dzieci są na pewno moje? Kobiety natomiast bardziej się obawiają zdrady emocjonalnej ze strony mężczyzny. Łatwiej im wybaczyć jego jednorazowy „skok w bok”, niż zgodzić się na to, że w jego życiu jest również inna kobieta, której się zwierza, prowadzi z nią intymne rozmowy, nawet jeśli ich relacja jest platoniczna. Naukowcy twierdzą, że z dwojga złego kobiety wolą tę pierwszą możliwość, bo jeśli ich partnerowi nie wystarczy seks z drugą kobietą i zaangażuje się emocjonalnie, to wtedy część jego sił i pieniędzy pójdzie na utrzymanie innej kobiety, może także jej dzieci. Pamiętajmy, że kobieta jest bardziej wybredna od mężczyzny w szukaniu partnera na całe życie, i poszukuje takiego, który zapewni jej bezpieczeństwo i środki utrzymania, a w dodatku będzie do niej przywiązany. Potwierdzają to badania dotyczące wyboru partnera przeprowadzone w latach osiemdziesiątych z udziałem ponad dziesięciu tysięcy osób należących do 37 bardzo różnych kultur na wszystkich kontynentach.
 
Grzech czy niedojrzałość
 
W naszej rozmowie przewija się coś, co nazwałbym dwiema perspektywami patrzenia na zdradę. Z jednej strony jest perspektywa grzechu, winy, z drugiej – perspektywa psychologii. Ksiądz – w perspektywie winy – powie: “Nie zdradzajcie żon ani mężów, bo to grzech. A jeśli już wam się to przytrafi, idźcie do spowiedzi”. Natomiast psycholog nie będzie posługiwał się pojęciem winy, żeby nie traumatyzować swojego pacjenta, tylko będzie szukał przyczyn. Jak Ojciec, występujący w obu tych rolach, widzi wzajemną relację tych dwóch perspektyw?
 
W perspektywie teologicznej zdrada jest grzechem, ponieważ przynosi ze sobą zerwanie przymierza sakramentalnego i w konsekwencji cierpienie. Ale nazwanie zdrady grzechem jest równocześnie wezwaniem do naprawy jej skutków i możliwością otrzymania przebaczenia. Penitent w ten sposób przed Bogiem ocenia swoją postawę wobec współmałżonka. Terapeuta ma prawo zapytać pacjenta: “A czy pan uważa sprzeniewierzenie się zobowiązaniom małżeńskim za zdradę, czy nie?”, ale nie może za pacjenta nazwać zdrady grzechem i nie może go z niego rozgrzeszać.
 
A jeśli pacjent odpowie, że to nie była zdrada?
 
Wtedy terapeuta próbuje zrozumieć, jak on rozumie to, co zrobił, i czym dla niego jest wierność. W psychoterapii zasadą jest to, że pacjent ma się starać świadomie zrozumieć, co robi – poprzez eksplorację motywów swego postępowania. Terapeuta nie musi się z nim zgadzać co do moralnej oceny owego postępowania, nie może mu jednak narzucać własnej aksjologii – ale to nie znaczy, że nie ma pokazywać pacjentowi konsekwencji jego czynów. Ksiądz nazwie takie postępowanie grzechem, a terapeuta niedojrzałością emocjonalną.
 
To brzmi dużo lepiej. Można sobie z tym jakoś poradzić.
 
Ale to nawet dobrze, że coś z tym można zrobić.
Owszem, dobrze, ale można z tym zrobić różne rzeczy – również uspokoić sobie sumienie, że nie zgrzeszyłem, tylko wszedłem w neurotyczny konflikt...
 
To są dwa różne języki i dwie różne sytuacje. Ktoś, kto przychodzi do spowiedzi, swoje motywy ocenia w języku religijnym, według pewnego etycznego kodeksu, przykazań – i wyznaje je przed Bogiem. On w swoim języku dopuszcza, że to, co zrobił, jest grzechem, i dlatego to chce wyznać.
 
Jeśli nie uważa, że to jest grzech, to się nie będzie z tego spowiadał.
 
Grzech jest złamaniem pewnego przymierza – z Bogiem i z człowiekiem. W terapii ludzie często próbują zrozumieć, dlaczego coś robią, dlaczego nie mogli czegoś uniknąć. Nie jest tak, że przychodzą najczęściej po to, aby terapeuta dał im przyzwolenie na swoje zachowanie. Zresztą kiepski to terapeuta, który daje przyzwolenie na cokolwiek. Wchodzi wówczas w rolę zewnętrznego superego: staje się superrodzicem, pseudoksiędzem, jakimś Panem Bogiem... To mu daje wielką gratyfikację – ale to nie jest psychoterapia. Oczywiście, ktoś może próbować sobie racjonalizować swoje postawy, żeby nie przeżywać konfliktu sumienia. Przychodzi z objawami neurotycznymi – nie wie, dlaczego nie może spać, nie wie, dlaczego go pewne myśli prześladują, bo ich nie wiąże z tym, że ma romans, ale nie chce rezygnować z romansu, tylko nie chce mieć symptomów. Terapia polegałaby wówczas na tym, żeby on umiał powiązać te symptomy ze swoimi wyborami i zobaczył, czy można uniknąć symptomów, mając tamto. Może być tak, że terapia pozbawi go symptomów, i on będzie szczęśliwy, że może robić to, co dotychczas. Wtedy podziękuje terapeucie.
 
I to z wdzięcznością! Odzyskał spokój sumienia i może dalej zdradzać żonę.
 
Nie wiem, czy odzyskał spokój sumienia – raczej zracjonalizował poczucie winy. Nie cierpi, ale czy jest dojrzałym człowiekiem...?
 
Ale przynajmniej ma spokojny sen.
 
Terapeuta nie może działać poza kontraktem terapeutycznym. Jeśli w jego ramach terapeuta umówił się z pacjentem, że celem terapii ma być usunięcie symptomów, a nie zmiana życia – to pracują właśnie nad tym. A terapeuta nie ocenia, czy to jest pożądany wzorzec funkcjonowania społecznego. Byłoby przesadą, gdyby chciał go nawracać.
 
Ojciec zawarłby taki kontrakt terapeutyczny? Akurat do Ojca jako do księdza nikt pewnie by z taką propozycją nie przyszedł, ale wyobraźmy sobie hipotetycznie, że ktoś taki jednak się znalazł. Może nie powiedziałby tego wprost, tak cynicznie, ale gdyby Ojciec się zorientował, że w zasadzie o to mu chodzi...
 
Gdyby przyszedł do mnie pacjent i powiedział wprost: “Odkąd mam kochankę, nie mogę spać – niech mi pan pomoże z problemami ze snem i w momencie, w którym one znikną, kończymy terapię” – chyba bym mu polecił innego terapeutę. Ale gdyby mi powiedział: “Cierpię na bezsenność, nie wiem, dlaczego tak się dzieje” – to by w ogóle nie było problemu. Musiałbym go zapytać, czy interesuje go tylko pozbycie się bezsenności, czy też chce lepiej siebie zrozumieć w relacjach, w jakich funkcjonuje w życiu. Zakładam przy tym coś, czego pacjent wcale nie musi brać pod uwagę, ale ja muszę, to znaczy mechanizmy nieświadomego funkcjonowania: to, że jeśli sobie uświadomi, iż nie chce żyć w takim konflikcie, spróbuje go rozwiązać.
 
W ten czy inny sposób, na przykład – zostawiając żonę.
 
Na przykład. Jako terapeuta muszę być gotowy na takie sytuacje – inaczej nie uprawiałbym terapii, tylko oddziaływanie duszpastersko-moralizujące, uprawnione w innej konwencji. Natomiast w terapii muszę przyjąć, że pacjent, którego leczę, wyznaje zupełnie inną filozofię życia niż ja. Tego, co on robi, w swoim życiu nie dopuszczam, ale próbuję mu pomóc zrozumieć, co on robi, a nie przekonać go. Gdyby natomiast te nasze filozofie życiowe radykalnie się rozchodziły, uczciwość zawodowa wymaga ode mnie, żebym raczej go skierował gdzieś indziej – właśnie dlatego, bym go nie zdradzał, nie wykorzystywał swojej przewagi w kontekście terapeutycznym do tego, żeby go traktować instrumentalnie. To byłaby zdrada wobec kodeksu etyki zawodu psychoterapeuty.
 
Pytam o to wszystko nie ze względu na etyczne dylematy księdza jako terapeuty. Chodzi mi o to, że – jak mi się wydaje – w potocznej perspektywie perspektywa problemu do rozwiązania wchodzi u wielu ludzi w miejsce perspektywy grzechu, winy. Jeżeli ktoś kieruje się zasadami, to nawet jeśli je łamie, przynajmniej je zna: ślubował wierność żonie – nie dopełnił tego. Oczywiście, może sobie to próbować jakoś racjonalizować, ale generalnie sprawa jest jasna: zdradził żonę. Perspektywa problemu jest natomiast wygodniejsza, daje więcej możliwości. Można odejść od żony, zrezygnować z kochanki, próbować jedno z drugim jakoś pogodzić, tak przedefiniować relację z żoną, żeby zaakceptowała kochankę i tak dalej. W tej perspektywie pojęcie zdrady robi się staromodne. Czy ono w ogóle jeszcze funkcjonuje?
 
Funkcjonuje, tym bardziej że większość obecnych związków jest definiowanych według miłości romantycznej, której pierwszym wrogiem jest zdrada, bo trudno być zakochanym w dwóch osobach na raz. Miłość romantyczna kończy się w momencie, w którym do zdrady dochodzi, bo kończy się fascynacja. W miłości dojrzałej zdrada oczywiście nie powinna mieć miejsca, ale jeśli się zdarza, to jest motorem do szukania pojednania i zrozumienia tego, co się stało, poprzez przyjęcie odpowiedzialności za swoje czyny i ograniczenia. Tego w miłości romantycznej nie ma.
 
Paradoksalnie, jeżeli człowiek jest świadomy, że nie chce tkwić w zdradzie, o wiele łatwiej jest mu się z niej wyspowiadać, niż nad nią pracować w terapii. Powiem: “Zdradziłem, postanawiam więcej tego nie zrobić”, ale już niekoniecznie: “Postanawiam zmienić to, co do zdrady doprowadziło”. Natomiast w terapii praca nad sobą jest o wiele bardziej wymagająca. Trzeba wziąć odpowiedzialność za poznanie siebie. Oczywiście, ktoś może próbować wykorzystać terapię do tego, żeby się uwolnić od związku. Ale funkcją terapeuty jest pomoc w zrozumieniu tego, a nie wybór życia za kogoś. To są ograniczenia terapeuty. Ksiądz ma większy wachlarz dyrektywnego oddziaływania z perspektywy wiary. Ale też i spowiedź można wykorzystać instrumentalnie – wyspowiadać się, powiedzieć, że się żałuje, i niczego w istocie nie zrobić.
Zdradę zwykle staramy się ukryć. Czy tajemnica jest konstytutywnym elementem zdrady? Zdarza się czasem, że ktoś upokarza współmałżonka, zdradzając go ostentacyjnie, nie tylko tego nie ukrywając, ale czyniąc to niemal na jego oczach.
 
Wtedy to jest coś więcej niż zdrada. To jeszcze bardziej upokarzające. W takiej sytuacji zawiera się silny komponent dominacji połączonej z agresją. To jest jawna forma przemocy, i to perwersyjnej.
 
Zdradzić Pana Boga?
 
Czy można zdradzić przyjaciela? Nie mówię o zdradzie w takim sensie, w jakim można zdradzić każdego, na przykład wydać go wrogom. Na czym może polegać specyficzna zdrada w przyjaźni, skoro nie zakłada ona wyłączności, nie jest też dożywotnia?

W przyjaźni ważne jest to, że można na siebie liczyć. Kiedy oczekuje się pomoc ze strony przyjaciela, a ona nie następuje, można powiedzieć o zdradzie przyjaźni. “Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”. Jeśli przez zdradę rozumiemy świadomą formę sprzeniewierzenia się wspólnym zobowiązaniom, to można zdradzić przyjaciela nie udzielając mu pomocy, na którą miał prawo liczyć.
 
A czy można zdradzić żonę albo męża z przyjaciółmi? Gdy przyjaźń wchodzi w miejsce, które powinna zajmować relacja małżeńska, gdy przyjaciele, z którymi idzie się na piwo albo przyjaciółki, z którymi się idzie na plotki, stają się ważniejsi niż własna żona czy własny mąż, dla których nie ma czasu?
 
Można zdradzać żonę, świadomie przychodząc do domu z pracy zawsze kilka godzin później tylko po to, aby jak najmniej czasu spędzić z nią w domu. Robi się to w białych rękawiczkach. Osoba jest zdradzona, bo jej się nawet nie daje szansy, żeby nazwać problem i próbować coś zmienić w tej relacji. „Argument męski” jest prosty: „Przecież to moja praca, źródło naszego utrzymania, a nie druga kobieta. O co ci chodzi...?”
 
Czy człowiek można zdradzić Pana Boga?
 
Zdrada, w najgłębszym sensie, jest dla mnie sprzeniewierzeniem się głosowi własnego sumienia. Jest częścią pewnej tajemnicy, w jakiej człowiek uczestniczy. Już w prehistorii gatunku ludzkiego mamy z nią do czynienia. Czyn pierwszych rodziców określamy w kategoriach moralnych jako nieposłuszeństwo. Nie nazywamy go zdradą, aczkolwiek w istocie to była zdrada: sprzeniewierzenie się oczekiwaniom, jakie Bóg miał wobec człowieka. Ewangelie przedstawiają nam zdradę Judasza, który zdradził Chrystusa, choć otwartym pozostaje pytanie, czy miał tego świadomość. Wiemy na pewno, że wziął na siebie winę za śmierć człowieka sprawiedliwego. Mówiąc jednak o możliwości zdrady Boga, pamiętajmy, że jest to zawsze metafora dla zagrożonej relacji Bóg-człowiek. O zdradzie można mówić w relacji symetrycznej.
 
Relacja człowieka z Bogiem jest z definicji skrajnie asymetryczna.
 
Boga nie da się do niczego porównać. Można się niewątpliwie zaprzeć Boga, zawieść Go. Zaparcie się Boga nazwalibyśmy apostazją. Nie wiem, czy przejście z wiary do ateizmu jest zdradą. Ja bym tego tak nie nazwał. Ale czy można zdradzić Boga jako partnera? Bóg nie jest dla mnie taką osobą, nawet jeśli jest Przyjacielem.
 
A czy można zdradzić ojczyznę? Ta relacja też jest asymetryczna, tymczasem jest nawet takie przestępstwo w kodeksie karnym, często, zwłaszcza w sytuacji wojny, zagrożone karą śmierci...
 
Relacja między państwem a obywatelem jest weryfikowana umową. Państwo daje pewne gwarancje jednostce. Tak długo, jak długo jest się obywatelem konkretnego państwa, zobowiązania są obustronne i służą ochronie dobra wspólnego. Świadoma szkoda wobec dobra wspólnego w sytuacji zagrożenia jest nazwana zdradą.
 
Mimo asymetrii...
 
Mimo asymetrii.
 
No tak, ale kiedy i jak zawarłem tę umowę? Urodziłem się Polakiem, jestem obywatelem Polski – i państwo polskie ma prawo mnie wsadzić do więzienia, jeśli dokonam zdrady, mimo że właściwie do niczego osobiście się nie zobowiązywałem. Owszem, nie zrzekłem się obywatelstwa – to byłoby rozwiązaniem tej umowy, nie wiadomo kiedy i jak zawartej. W każdym razie nie ma takiej wyraźnej umowy jak w przypadku małżeństwa, kiedy ludzie w sposób wolny postanawiają się ze sobą związać. W przypadku ojczyzny jednak jest element przymusu...
 
Jak myślę, decydująca jest tu zasada, wywiedziona z prawa naturalnego, że dobro ogółu jest większą wartością niż dobro jednostki. Mam prawo zrezygnować z obywatelstwa, ale nie mam żadnego prawa, żebym w imię swoich zachcianek, jakkolwiek rozumianych własnych interesów czy celów indywidualnych mógł naruszyć większe dobro – społeczne. Oczywiście, czasami można, a nawet trzeba się przeciwstawić systemowi. Zdrada następuje wówczas, gdy sprzeciw wobec instytucji czy społeczności jest związany z bezpośrednim albo wysoce prawdopodobnym ryzykiem dla osób, które są zdradzane. Wynika to z rozumienia dobra wspólnego, które jest czymś więcej niż tylko zbiorem poszczególnych dóbr jednostek, jakie stanowią ten system.
A czy odejście z kapłaństwa traktowałby Ojciec w kategoriach zdrady?
 
To jest dla mnie problematyczne. Nie wiem, czy można zdradzić kapłaństwo. Nie ono jest zresztą najważniejsze. Księża odchodzą z kapłaństwa najczęściej dlatego, że – jak uważają – w kapłaństwie już nie mogą żyć tak, jak się do tego zobowiązali. Albo gdzieś na początku błędnie rozpoznali powołanie, albo dorośli do zrozumienia, że nie potrafią dalej żyć jako księża, ponieważ z tego wynika mniej dobra, a więcej cierpienia, które prowadzi do zła. Samotność staje się dla nich negatywnym doświadczeniem i brzemieniem nie do udźwignięcia. Uważam, że człowiek jest powołany do miłości. Jeśli jej nie doświadczy w życiu, nie zrozumie podstawowego przesłania chrześcijaństwa. Jeśli na pewnym etapie życia stwierdza, że zdradza miłość, której nigdy w życiu nie doświadczył, nie odkrył, a kapłaństwo wybrał jako jej substytut – to nie wiem, czy on zdradza. Może dopiero wybiera? Ja tę ocenę zostawiam Bogu.
 
Owszem, być może zdradza instytucję, tych, którzy w nim pokładali wiele nadziei, parafian, którzy go kochają, ale nie rozumieją, co on przeżywa. Oni się z nim dobrze czują, ale nie wiedzą, jakim kosztem on to przeżywa i że nie jest w stanie tego udźwignąć. Czy on zdradza?
 
Myślę, że niewątpliwie zdradza, gdy podejmuje decyzje pochopnie, bez wzięcia na siebie ciężaru odkrycia konsekwencji tej decyzji. Zmienia jedną nieświadomość na drugą. Zdradza też, gdy nie potrafi wybrać jednego albo drugiego. Wtedy zdradza i tę osobę, z którą jest, i Kościół, w którym dalej funkcjonuje jako ksiądz. Zdradza swoje sumienie, bo nie potrafi dokonać wyboru, który racjonalizuje dla ochrony samego siebie. To jest dla mnie jest sytuacja życia w zdradzie.
 
Ale czym to się różni od zdrady małżeńskiej? I tu, i tu mamy do czynienia z sakramentem, który w jakimś wymiarze zakłada wyłączność – dla Pana Boga lub drugiej osoby. Zakłada wybór dożywotni, i to w dodatku podjęty w ciemno, bez świadomości konsekwencji w przyszłości. I tu, i tu ludzkimi siłami nic się nie da zdziałać. I tu, i tu Pan Bóg zwykle doświadcza bardzo mocno. Dlaczego ksiądz nie zdradza, tylko odkrywa? Małżonek też może powiedzieć: “Odkryłem, że moje <tak> przed ołtarzem to był błąd”...
 
Ksiądz w pewnym sensie poślubia Kościół, ale Kościół to nie jest drugi współmałżonek. To musi być miłość konkretnych ludzi przeżywana jednak w samotności przed Bogiem.
 
Ale Pan Bóg tam jest...
 
Dla wielu księży, którzy taką decyzję podejmują, to nie jest zdrada Boga – to jest dopiero wybór Boga. Oni nie potrafią Go kochać będąc tylko księżmi, poprzez realizowanie swojej misji dla innych. Jest to dla nich zbyt trudne, zbyt ciężkie. Czy zdradzili Boga? Oczywiście, że tak może być. Bo mogli mieć autentyczne powołanie, tylko nie chcą przejść przez próbę?
 
Wiem, że odejście odejściu nie równe. Czym innym jest stwierdzenie, nawet po czasie, że ktoś nie miał powołania, a czym innym uznanie, że się nie umie sprostać próbie.
 
Tutaj decydujące jest odróżnienie i ocena, czy pozostawienie kapłaństwa było związane z kryzysem przyjaźni, czy powołania. Ksiądz może się zaangażować uczuciowo i zakochanie uznać za argument na to, że nie ma powołania. Jeśli wtedy porzuci sutannę, to zdradził Boga w momencie w którym został wezwany do uczenia się przeżywania bliskości na sposób księdza.
 
Kończąc przegląd różnych zdrad, zajmijmy się tajnymi współpracownikami.
 
Księża, którzy podjęli współpracę z SB, dopuścili się zdrady Ewangelii. Najczęściej zostali przyłapani na jakiejś słabości i do uwikłania prowadziło to, żeby ujawnienie tych słabości nie wpłynęło na ich karierę.
 
Niestety, dramatycznie często, szczególnie w późniejszym okresie istnienia PRL, werbunku dokonywano – by użyć żargonu esbeckiego – na tak zwanych pobudkach patriotycznych.
 
Tylko na czym miał polegać ten patriotyzm, kiedy ksiądz stawia państwo ponad Kościół? Ksiądz nie jest powołany do tego, żeby być rzecznikiem państwa. Ma być rzecznikiem Kościoła, który jest strukturą uniwersalną, a nie partykularną. Jeśli ktoś działał na szkodę Kościoła, żeby realizować lepszą wizję państwa polskiego, i przez to rozumie patriotyzm, to niech pozostanie patriotą w SB. Oni też mieli taką motywację. Uważali, że pracują dla dobra państwa, a wszyscy inni są jego wrogami.
 
Niektórzy nawet w to wierzyli.
 
Ale jeśli ksiądz w to uwierzył, to jest dla mnie o wiele bardziej problematyczne, ponieważ on wierzył partii, nie Bogu.
 
To się często odbywało na zasadzie: “Wie ksiądz, my rozsądni ludzie po obu stronach się dogadamy”...
 
Tylko że to jest właśnie zdrada Ewangelii w imię obrony jakiegoś systemu. Czym innym jest sytuacja lęku, gdy człowiek czuje się zagrożony ujawnieniem jakiejś jego słabości, a czym innym wybór konstytucji ponad Ewangelię. Nie takie mają być priorytety duchownych.
A w przypadku innych osób, nie księży?
 
To jest też zdrada, dlatego że realizowało się jakieś dobro rzekomo wyższej rangi, sprawiając komuś innemu cierpienie. Donosząc na kogoś konkretnej osobie utrudniało się życie, czasem w bardzo radykalny sposób. To jest moralnie niedopuszczalne. To była zdrada sumienia, bo w sumieniu każdy ma obowiązek oceniania, co jest dobre, a co złe. Na ile to sumienie było już zdeformowane przez system, to inna sprawa.
 
Po zdradzie
 
A jak wychodzić z sytuacji wywołanej zdradą? Zdrada – i co dalej?
 
Zastanówmy się, jakie przesłanie płynie z historii zdrady Judasza. Jezus wiedział, że Judasz go zdradzi, a przynajmniej dopuszczał taką możliwość. To się musiało dokonać – czy ten człowiek by się nazywał Judasz Iskariota, czy inaczej. Piotr też zdradził. Różnica była taka, że nie wymierzył sobie kary. Ktoś, kto uświadomił sobie własną zdradę, powinien wziąć za nią odpowiedzialność i raczej budować na skrusze niż na poczuciu winy. Nie należy podejmować pochopnych kroków tylko w oparciu o poczucie winy, żeby się pozbyć wyrzutów sumienia.

Na przykład odejść od żony, którą się zdradziło?
 
Na przykład. Częstym dylematem w konfesjonale czy podczas terapii jest to, czy o swej zdradzie powiedzieć, czy nie. Istotne pytanie brzmi, czy z takiego wyznania wyniknie większe dobro. Musi być czas na refleksję, w jakiej formie szkoda ma być naprawiona i w jakiej postaci ma dojść do zmiany. Ale to nie oznacza jeszcze automatycznie, że trzeba się przyznać.
 
Problem polega na tym, że często niezmiernie trudno jest ocenić własne pobudki. Dobre i złe okazują się beznadziejnie wymieszane.
 
Dlatego spowiedź jest miejscem, w którym po gruntownym rachunku sumienia tajemnica może być wyznana, a potem należy zabrać się za skutki.
 
Jeśli ten ktoś trafi na mądrego spowiednika. W praktyce chyba nie tak często się zdarza, żeby ksiądz podczas spowiedzi odwoływał się do naprawienia skutków grzechu.
 
Praktyka powinna być taka, że gdy ksiądz słyszy w konfesjonale słowo “zdradziłem” czy “zdradziłam” – nie powinna za tym iść tyrada pełna oskarżeń, ale pytanie o to, jak do tego doszło, co można jeszcze uratować i naprawić. Wyznanie przed Bogiem swego grzechu oznacza próbę “uregulowania” stosunku do Niego. Ale zostaje tamta konkretna osoba. I ksiądz zawsze powinien, moim zdaniem, umieć o to zapytać, żeby penitent sobie uświadomił, że chodzi także o pojednanie, naprawienie czegoś, co zostało zerwane czy nadwyrężone, a nie o zatuszowanie. Nie chodzi o wzmocnienie poczucia winy, tylko o pomoc w zrozumieniu, że to co się stało jest ważne i naznaczone pewnymi konsekwencjami.
 
Paradoksalnie, w sytuacji wyznania winy łatwiejsza jest rola tego, który zdradził: on wyznaje i czeka, co będzie dalej. Osoba zdradzona stoi natomiast przed prawdziwym wyborem – a często właściwie stoi pod ścianą, słysząc: “Ja ci wyznaję moją winę, już więcej nie będę, zrozumiałem swój grzech. A ty co teraz zrobisz? Wybaczysz? A może nie chcesz mi wybaczyć?!”
 
Dlatego kwestia wyznania jest bardzo delikatna, bo reakcja na zdradę może być różna. Może kończyć się odejściem osoby zdradzonej, może wiązać się z pozostaniem w małżeństwie ze względu na dzieci, ale przy totalnym ochłodzeniu relacji między małżonkami, może również wiązać się z pozostaniem w związku i podjęciem bezwzględnej walki, w której nie obowiązują żadne reguły. Jeżeli ktoś mnie pyta, czy sie przyznać do zdrady, nikomu nie mówię, co ma zrobić. Mogę zadać pytanie, jak wyobraża sobie konsekwencje. Ale jeżeli ktoś się bardzo upiera, że chce się przyznać, to wtedy uważam, że lepiej przygotować to z udziałem drugiej strony. To jest trudne doświadczenie. Niektóre pary sobie z tym nie poradzą, inne tak. Trzeba mieć rozeznanie. Oczywiście, jeśli ktoś chce to zrobić sam, ma taką możliwość.
 
Ale czy można w ogóle poradzić sobie z taka sytuacją samemu, bez fachowej pomocy?
 
To zależy od motywacji osoby i jej uwikłania w zdradę. Im bardziej ma ona charakter „incydentalny”, była jednorazowa, a osoba jest świadoma, że nie tędy droga, tym łatwiej można sobie z nią poradzić. Ale nie poradzi sobie sam ktoś, kto to zrobił i poczuł się „wyzwolony”, a wraca tylko z poczucia obowiązku. Dalej go będzie ciągnęło. Osoba taka często deklaruje żal z powodu tego, co zrobiła, ale nie żałuje tego, co przeżyła. Istnieje zjawisko „nienasycenia się romansem”, w którym realne rozstanie, pomimo tego, że zdrada wyszła na jaw, jest odraczane w czasie. Pozorne szukanie samotności, aby sobie teraz samemu wszystko jeszcze raz przemyśleć, też może być zwodnicze.
 
Przyznam, że mam pesymistyczne wrażenie, że w przypadku zdrady małżeńskiej coś jednak pęka bezpowrotnie – mianowicie elementarne zaufanie. Oczekiwanie, że małżonek nie zdradzi, nie jest stawianiem nadludzkich wymagań i co więcej – w zdecydowanej większości związków jest ono spełnione.
 
Zgadza się, ale bezpowrotnie pęka wyobrażenie o partnerze. Nie musi pęknąć relacja. Oczywiście, nie chodzi o to, aby takie wyobrażenia pękały, bo to jest doświadczenie bolesne. Kryzys nie musi być końcem – może być początkiem budowania dojrzalszego związku.
Czy to jednak nie będzie w jakimś sensie oparte na fałszu? Druga strona jest przekonana, że jest niemożliwe, by współmałżonek zdradził, a przecież do tego doszło.
 
Miłość buduje się tylko opierając się na rzeczywistości. Tu chodzi właśnie o miłość, a nie o to, ile ktoś znaczy dla drugiej osoby.
 
Ale to też jest ważne.
 
Ale nie jest wyznacznikiem miłości. Małżeństwo jest relacją obustronną i chodzi tu o ocenę dobra obu osób. Czy lepiej, żeby powiernikiem tajemnicy został ksiądz i Pan Bóg, czy współmałżonek, jeśli nie potrafiłby przeżyć rozczarowania? To nie oznacza, że zdradzony małżonek nie byłby dalej kochany i że to wszystko, co byłoby wkładem w związek osoby, która zdradziła, nie miałoby wartości. 

Z tego co mówi Ojciec wyłania się przekonanie, że na ogół lepiej jest nie mówić o zdradzie.
 
Nie – wyraźne przekonanie, że należy powiedzieć, jeśli uważa się, że nie można żyć inaczej z odpowiedzialnością za to, co się zrobiło. Jezus mógł przyjąć skruchę Piotra i powiedzieć: “No cóż, tak mnie zawiodłeś, że zostajesz apostołem, ale nie będziesz Piotrem”. Ale nie zrobił tego. Rzecz w tym, że środek ciężkości leży w skrusze i w umiejętności odniesienia tego doświadczenia do Boga. Dla dobra drugiej osoby mogę część tej tajemnicy i odpowiedzialności za nią przeżywać tylko w relacji do Boga i prosić Go także o to, żeby Jego łaska jeszcze obficiej spływała na osobę dotkniętą moją zdradą.
 
To wszystko powinno być także przedmiotem rozmowy, zanim ludzie zostaną małżonkami. Jak by zareagowali, gdyby do czegoś takiego doszło?
 
Czy to nie jest polisa ubezpieczeniowa od następstw nieszczęśliwych wypadków?
 
To nie jest żadna polisa ubezpieczeniowa. To jest paszport.
 
Łaska zapomnienia
 
Czy do zdrady trudniej się przyznać niż do innych słabości?
 
Statystyki mówią, że 46% Polaków i 43,1% Polek deklaruje gotowość przyznania się swojemu partnerowi do zdrady. To są jednak deklaracje, rzeczywistość jest o wiele bardziej skomplikowana. Badania te nie brały pod uwagę reakcji osoby zdradzonej.
 
Dla mnie zagadką jest to, że osoby, które współpracowały z komunistycznymi tajnymi służbami, a więc dopuściły się zdrady, bez względu na różnicę swojej sytuacji, ciężar zarzutów, nasilenie zlej woli i wszelkie inne różnice – wszystkie reagują prawie jednakowo. W odróżnieniu na przykład od ludzi stających przed sądem, gdzie najróżniejszym sytuacjom odpowiada cały wachlarz reakcji, od buty do skruchy – byli agenci mimo wszelkich różnic zachowują się identycznie. Na początku wszyscy mówią “nie”, a potem najwyżej powoli przyznają się do tego, na co istnieją mocne dowody, w miarę ich ujawniania. Jedyna różnica jest taka, że niektórzy nie przyznają się nawet gdy są mocne dowody. Nikt nie przyznał się sam z siebie, bez bezpośredniego zagrożenia ujawnieniem. Dlaczego tak się dzieje?
 
Potrzebą wszystkich ludzi – to jest zbadane przez psychologów – jest to, żeby za wszelką cenę zachować dobry wizerunek samego siebie. To jest powszechne. Jesteśmy w stanie tolerować wiele wewnętrznego kłamstwa tylko po to, żeby nie stracić szacunku w czyichś oczach. Byli współpracownicy SB tamtą cześć swojej historii bardzo mocno wyparli i uważają to wyparcie za łaskę. Stali się nowymi ludźmi. Nikt nie chce nosić w pamięci rzeczy, które mu przeszkadzają. Każdy z nas je wyrzuca, mniej lub bardziej świadomie i skutecznie. I oni wiele takich zabiegów poczynili. Aby to wszystko pomieścić w sobie i zachować poczucie godności, musieli dokonywać wewnętrznej ekwilibrystyki. I dlatego dzieło końcowe jest dokonane za cenę bardzo dużego psychicznego wysiłku. Jeżeli współpraca miała miejsce kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu, człowiek nie chce się do tego przyznać, bo chce, żeby go pamiętano takim, jakim jest teraz, a nie takim, jakim był kiedyś i co wielkim psychicznym kosztem wyparł. Dlatego broni się za wszelką cenę. W przypadku biskupa ten efekt wzmacniany jest jeszcze przez to, że w powszechnym przekonaniu biskup powinien być nadczłowiekiem. Z takim oczekiwaniem łatwo się zidentyfikować, jeśli związane jest z osobistą gratyfikacją.
 
Oczywiście, to nie jest usprawiedliwienie, tylko wyjaśnienie. Nasze decyzje mają konsekwencje, ale trudno nam przychodzi je akceptować. Tak byśmy chcieli, żeby nasze decyzje nie miały konsekwencji, a one, niestety, mają, przez to jednak stajemy się ludźmi...
 
Tomasz Wiścicki        

Źródło Internet Portal Katolik