TAM GDZIE POWSTAWAŁA APOKALIPSA ŚW. JANA, CZĘŚĆ XX

Ludzie sukcesu

Ostatnim etapem na naszej pielgrzymiej trasie jest Laodycea, oddalona prawie 100 kilometrów na południowy wschód od Filadelfii-Alasehir. Dziś nie jest to jednak ani miasto, ani nawet starożytna ruina po nim lecz jedynie coś na kształt wspomnienia. To okolone linią kolejową nostalgiczne pustkowie na dalekich przedmieściach 400-tysięcznej współczesnej aglomeracji Denizli. I choć już od lat 60tych XX wieku prowadzi się tam wykopaliska mające na celu wydobycie na powierzchnię bodaj resztek po wspaniałościach wielkiego niegdyś i sławnego grodu, to dopiero w 2011 powstała tam zabezpieczona i udostępniona do zwiedzania strefa archeologiczna. Podczas gdy po Efezie, Pergamonie i Sardes pozostały chociaż imponujące ruiny, tu nie zachowało się prawie nic; to zaś co pozostało, zostało bezmyślnie zużyte jako budulec na podkłady kolejowe. Podczas gdy Smyrna, Tiatyra i Filadelfia przekształciły się w nowoczesne tureckie miasta, których centra jednak odsłaniają jakieś nieliczne pozostałości starożytnej zabudowy, tu mamy przed sobą szczere niemal pole. Owszem od pewnego czasu pracują na nim ogromne dźwigi za pomocą których uczeni z kilkunastu tureckich, europejskich i amerykańskich uniwersytetów cierpliwie odsłaniają kolejne świątynie, termy i bramy. Odnaleziono także agorę, wczesnochrześcijański kościół, prestiżową via sacra, amfiteatr i ogromny stadion. A skąd wzięło się nagłe zainteresowanie zapomnianym greckim grodem? Przypuszczalnie stąd, iż amerykańscy pielgrzymi (zwłaszcza ci należący do fundamentalistycznych kościołów protestanckich) chcieli absolutnie stanąć w miejscu, gdzie ongiś mieszkali adresaci bodaj najbardziej poruszającego apokaliptycznego listu. W tym celu gotowi byli sforsować odgradzającą je od świata linię kolejową i iść niemal kilometr po terenie upstrzonym gruzami i śmieciami. Po to tylko, aby na końcu stanąć w pobliżu zupełnie nieciekawych ruin, westchnąć z rozrzewnieniem i przypomnieć sobie, że to do żyjących tu właśnie chrześcijan Jezus skierował swą słynną obietnicę: Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną (Ap 3,20). I to zupełnie wystarczyło, aby władze tureckie podjęły decyzję o wydobyciu na powierzchnię ziemi miasta, którego pamięć przetrwała jedynie na kartach Biblii. Choćby po to, aby zacząć inkasować od każdego przybysza bodaj po parę dolarów na dobry początek…

Dziś Jezus nie puka tu jednak do niczyich drzwi, bo nikt tu już od wieków nie mieszka. Pustkowie po Laodycei zdaje się poświadczać prawdę Jego słów, gdy dostrzega w tutejszej gminie nie ostentacyjne bogactwo materialne, z którego jest tak dumna, ale biedotę, ślepotę i haniebną nagość (por. Ap 3,17-18). A On przecież chciałby ją ze wszech sił przed tym wszystkim uchronić! Zupełnie tak samo jak wtedy, gdy za swego ziemskiego życia starał się – niczym ptak swe pisklęta (por. Łk 13,34) – osłonić przed nieszczęściami mieszkańców Jerozolimy. I chociaż nie znajduje w niej zupełnie nic, co zasługiwałoby na pochwałę, to jednak jej nie potępia. Wręcz przeciwnie, chce ją przekonać do siebie nie przez groźby, ale przez swą dobroć i łagodną perswazję. Także i dziś konfrontacja obecnego wyglądu Laodycei ze skierowanym do miejscowych chrześcijan przesłaniem w wielu z nas może wywołać zbawienny wstrząs.

Grunt to przedsiębiorczość

Dzieje Laodycei zmuszają do refleksji. Miasto założył, na miejscu już istniejącej osady o nazwie Diospolis (gr. miasto Zeusa), w latach 60tych IIIgo wieku pne. rezydujący w Antiochii hellenistyczny król Antioch Drugi. Nazwał je zaś od imienia swej małżonki, Laodike, z którą właśnie się rozwodził, i której postanowił oddać, jako rekompensatę za utratę statusu królowej, obszerne tereny południowo-zachodniej Anatolii. Jednak już w 188 roku pne miasto przeszło we władanie królów pergamońskich, zaś w 133 roku pne zawładnęli nim Rzymianie.

Obdarzeni żyłką do interesów mieszkańcy miasta bardzo szybko zrozumieli jak wielkim atutem w nowej sytuacji politycznej stało się położenie ich miasta. Tu bowiem krzyżowała się ważna droga wielkiego imperium wiodąca z Efezu na wschód z niemniej ważnym szlakiem handlowym z wiodącym z Pergamonu do Perge. Ponadto Laodycea była położona tylko dziewięć kilometrów od słynnego ze swych leczniczych wód kurortu Hierapolis, gdzie rok w rok przybywały ogromne rzesze kuracjuszy szukające uzdrowienia w „cudownym” źródle poświęconemu podziemnym bóstwom. Powiedzielibyśmy dziś, że dla pomysłowych przedsiębiorców był to wymarzony „rynek zbytu” na wszelkie atrakcyjne towary, które można by wytworzyć na miejscu. Najpierw handlowali doskonałej jakości czarną wełną z baranów, które pasły się w pobliskich górach. Potem odkryli w tych górach roślinę (dziś niezidentyfikowaną), której starty korzeń zmieszany z wodą z Hierapolis zmieniał czarne wełniane tkaniny na purpurowe. Aż dotąd purpurę uzyskiwano z wydzieliny ślimaków z rodziny rozkolcowatych spotykanych w Fenicji; była to jednak bardzo droga metoda. Odtąd jednak, dzięki swemu wynalazkowi Laodycea mogła ofiarować rzymskim arystokratom produkt niegorszy, a na pewno znacznie tańszy. Innym słynnym wynalazkiem stały się krople do oczu, także uzyskane z „cudownej” wody ściekającej po białych trawertynowych zboczach. To wszystko sprawiło, że miasto dorabiało się w nieprawdopodobnym tempie, stając się siedzibą wielu banków (działających przy świątyniach Zeusa, Asklepiosa i Apollina) i spółek handlowych. Gdy w 60 roku ne. zawaliło się w wyniku trzęsienia ziemi, mieszkańcy postanowili sami je odbudować odrzucając przy tym hojną pomoc cesarza Nerona. Jak grzyby po deszczu wyrastały w nim wspaniałe miejsca kultu, teatry, stadiony i termy. Powstawały tam także znane szkoły: filozoficzna i medyczna.

W czasach chrześcijańskich rola Laodycei wzrosła jeszcze bardziej. Na początku IVgo wieku Rzymianie uczynili zeń stolicę prowincji Frygii. W latach 60tych tego samego wieku odbył się tu ważny synod. A jednak po kolejnym dramatycznym trzęsieniu ziemi z 494go roku miasto już nigdy potem nie osiągnęło dawnej świetności. Gdy przestała płynąć woda z uszkodzonych akweduktów, spadła też liczba ludności. Owszem, za czasów bizantyjskich było to wciąż biskupstwo – przypuszczalnie ze względu na duchowy prestiż wymienionego w Apokalipsie miasta – niemniej korzystny zbieg okoliczności pozwalający miastu dorabiać się na swych wynalazkach i transakcjach skończył się bezpowrotnie. Od XIIgo do XIVgo wieku Laodycea doznawała kolejnych najazdów tureckich i przechodziła często z rąk do rąk. W końcu zwycięscy Turcy postanowili wybudować sześć kilometrów dalej nowe miasto, które najpierw nazwali Ladik (przekręcona Laodikeia), a potem Denizli. Zaś dawna dumna i bogata metropolia została definitywnie porzucona.

Mozolne odkopywanie przeszłości

Gdy dziś przyjeżdżamy do Laodycei, widzimy przede wszystkim godną podziwu pracę archeologów. Pieczołowicie zrekonstruowane arterie, fundamenty budynków i resztki kolumn. Dla kogoś kto już zna Efez czy też Pergamon spacer po miejscowych ruinach może się wydać nieco rozczarowujący. Nieco dalej możemy jednak dojść do odsłoniętego na zboczu wzgórza amfiteatru, z którego dostrzegamy najpierw zieleń pól żyznej doliny, a zaraz za nią w dali śnieżnobiałe wzniesienie Pamukkale-Hierapolis, z którego po dziś dzień spływa ciepła woda o cennych właściwościach leczniczych. Ten widok jest tak niepowtarzalny, że warto tu przyjechać choćby dla niego samego.

Latem jest tu niewyobrażalnie gorąco. Słońce pali tak, że trudno jest zdobyć się na wyjście z klimatyzowanego samochodu. Na szczęście najpierw można wstąpić do kawiarenki, aby w cieniu parasola stopniowo przyzwyczaić się do temperatury wyższej od temperatury ciała, ugasić pragnienie i zjeść dobre lody przypominające niemal do złudzenia smakiem śmietankowe lody „Calypso”, które kojarzą mi się z sielsko-anielskimi wakacjami spędzanymi w szczenięcych latach z rodziną nad Bałtykiem. Gdy tak odpoczywamy i dochodzimy do siebie, odzywa się do nas sympatyczny młody człowiek:

– Odechciało się wam Laodycei? Już nie chcecie zwiedzać wykopalisk?

– Ależ tak – odpowiadamy – ale musimy najpierw zebrać siły, aby chodzić po takim upale.

– Upał? – dziwi się – To dopiero czerwiec, w sierpniu będzie znacznie, znacznie cieplej.

Potem przedstawia się. Jest jednym z archeologów, którzy Laodyceę rekonstruują dosłownie cegła po cegle, kamień po kamieniu. Okazuje się, że wciąż coś tam się nowego znajduje, ale na razie jeszcze nie można tego oglądać: mozaiki, rzeźby, fragmenty bram miejskich, urządzenia kanalizacyjne. Największą sensację wywołało jak dotąd, na początku 2011 roku, odkrycie wczesnochrześcijańskiego kościoła z IVgo wieku. Przypuszczalnie stał on na miejscu domu, w którym zbierali się miejscowi chrześcijanie. I to do nich właśnie skierowany był słynny apokaliptyczny list. Potem uśmiecha się zadziornie i konkluduje:

– Jeszcze tylko czterysta lat i odkopiemy te wszystkie starożytne miasta Azji Mniejszej.

No tak. Determinacji tutejszym archeologom nie brakuje. Ja tymczasem, rozmyślając nad testem apokaliptycznego przesłania, mam niekiedy przemożne wrażenie, że łatwiej jest odkopać i zrekonstruować całą Laodyceę niż wydobyć na światło dzienne motywacje tutejszych chrześcijan, których Chrystus właściwie nigdy nie interesował, a mimo to przyjęli chrzest. Czy uczynili to dlatego, że już nie chcieli zależeć od tradycyjnych greckich bogów? Czy w nowej wierze było coś, co ich jednak przyciągało, choć nie była to osoba Jezusa?

Blaski i cienie inkulturacji

Podsumujmy przez chwilę motywacje, jakimi kierowali się starożytni gdy przyjmowali chrześcijaństwo. Po pierwsze, była tam obietnica nieśmiertelności, której nie potrafiła im udzielić tradycyjna religia homerycka. Po drugie, była też obietnica zbawienia poprzez pozyskanie boskiej natury dzięki związkowi chrześcijanina z Chrystusem i upodobnieniu się do niego w wyniku wejścia na drogę uświęcenia naznaczoną Słowem Bożym i sakramentami. Po trzecie, chrześcijaństwo głosiło, że Bóg jest dobrze nastawiony do człowieka, bezinteresownie go kocha i nawet poświęca się za niego i dla niego, aby ten mógł zostać zbawiony. Wywyższa go i czyni dziedzicem swych własnych dóbr nawet kosztem własnego poniżenia. Każdego człowieka, a nie tylko wybranych i uprzywilejowanych! Powinno być zatem oczywiste, że w odpowiedzi na tyle miłości ze strony Boga także i człowiek okaże Mu miłość; ponadto będzie okazywać miłość wszystkim tym, których Bóg kocha podobnie jak i jego samego.

Była to jednak zbyt wielka religijna rewolucja, aby wszyscy potrafili ją przyjąć w tak prosty i oczywisty sposób. Dawne pogańskie zwyczaje bardzo mocno tkwiły jeszcze w podświadomości byłych wyznawców homeryckich bogów. Prostota sakramentów i modlitw musiała wydać się adeptom różnego rodzaju „misteriów” czymś wprost niestosownym, zaś bogactwo myśli filozoficznej kontrastowało ze skromnością biblijnych perykop. I tak właśnie rozpoczął się długi proces adaptacji, który my dziś zwykliśmy nazywać „inkulturacją”. Polegał on na stopniowym przystosowaniu dawnych tradycyjnych zwyczajów religijnych do nowego chrześcijańskiego kontekstu. Lubicie długie i barwne procesje na cześć bogów? No to w Kościele też będą podobne ceremonie. Uwielbiacie swoich herosów i bohaterów? No to będziecie odtąd mogli czcić bohaterów wiary wiedząc, że jeśli sporządza się obrazy pobożnych ludzi, to przecież nie w tym celu, żeby ich uwielbiać jako bogów, ale żeby – patrząc na nich – pobudzać się do współzawodnictwa z nimi (św. Cyprian Aleksandryjski, Objaśnienie Psalmów 113,16). Na rozstajach dróg budowaliście bogom kapliczki i prosiliście ich o pomyślne załatwienie swych spraw? No to teraz będziecie stawiać kapliczki aniołom i świętym, aby ich prosić o podobne rzeczy. Liturgia i Biblia są za proste? Owszem, kult można rozbudować, zaś Biblię obudować uczoną teologią.

W tym wszystkim nie było oczywiście nic złego. Ze strony Kościoła był to raczej akt miłosierdzia, pozwalający czcicielom homeryckich bogów przystać do Chrystusa zachowując przy tym całe bogactwo ich dotychczasowej kultury. A jednak gdy w średniowieczu chrześcijaństwo przyjmowały kolejne ludy celtyckie, germańskie i słowiańskie, których wrażliwość religijna była niekiedy zupełnie inna, musiało w końcu dojść do kryzysu na tym tle. Reformacja nie na darmo wybuchła na terenie Niemiec. Ktoś wreszcie zauważył, że religijne obyczaje, które zostały przyjęte jako uboczny efekt ewangelizacji ludów basenu morza Śródziemnego – i które na północy Europy wydawały się czymś sztucznym – nie stanowią istoty chrześcijaństwa i że można się ich pozbyć. Niestety wylano przy tym niejedno „dziecko z kąpielą”. Na przykład Reformatorzy słusznie zauważyli, że Eucharystia nie jest ofiarą analogiczną do ofiar składanych pogańskim bogom w celu przebłagania ich gniewu i zyskania ich przychylności. Ale nie zauważyli – zgodnie z nauką starożytnych Ojców Kościoła – że Eucharystia jest ofiarą (także „przebłagalną”) w zupełnie innym sensie, w takim mianowicie, że umożliwia włączonego w Kościół grzesznikowi autentyczne zjednoczenie z Bogiem mocą męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.

Do niczego niepotrzebny Bóg

Nie wydaje się jednak, aby obojętna postawa laodycejskich chrześcijan wobec Chrystusa wynikała z jakichś niezaspokojonych potrzeb inkulturacyjnych. Wtedy raczej byliby rozdwojeni pomiędzy kultem dawnym i nowym – i mieliby podobne ciągoty jak wzmiankowani w innych apokaliptycznych listach nikolaici. Nie mogła także wynikać z krytyki zainspirowanej argumentami podobnymi do znacznie późniejszych zastrzeżeń Reformatorów. Wydaje się, że mogła ona wynikać z jeszcze jednej specyficznej cechy chrześcijaństwa, która w przedsiębiorczej Laodycei mogła się bardzo podobać, a była nią niesłychanie pozytywna wizja człowieka i jego możliwości. Podczas gdy religia homerycka nieustannie podkreślała, że ludzie są jedynie igraszką w ręku bogów, zaś ich łask dostępują jedynie bardzo nieliczni, nowa religia głosiła, że Bóg uczynił [człowieka] niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczył; obdarzył go władzą nad dziełami rąk swoich; złożył wszystko pod jego stopy (por. Ps 8,6-7). Ludzi, którzy właściwie wszystko zawdzięczali swojej własnej rzutkości i pomysłowości, w jakimś momencie zaczął przypuszczalnie krępować wiernopoddańczy stosunek wobec kapryśnych i nieprzewidywalnych bóstw. W Chrystusie mogli zobaczyć wyzwoliciela, który czyni ich panami własnego losu i ofiarowuje za darmo to, co inni na próżno starają się osiągnąć poprzez ofiary, misteria i filozoficzne medytacje.

W jakimś sensie sytuacja ta powtórzyła się w Europie na początku XVIII wieku, gdy nastąpił niewiarygodnie szybki postęp wszelkich nauk oraz pojawiły się nowe wynalazki i osiągnięcia techniczne w ilościach, których nie znała dotychczasowa historia ludzkości. Nie kojarzono już tego faktu z fenomenem chrześcijaństwa, dzięki któremu tak wielu ludzi nabrało przekonania, że świat jest poznawalny i że można go urządzać z pożytkiem dla człowieka. Owszem, wręcz przeciwnie, stwierdzano, że nie trzeba już modlić się do Boga o pomyślność, bo człowiek sam ją może sobie zapewnić siłą własnego rozumu i woli. Stwierdzono, że Chrystus już odegrał swą rolę, bo uwolnił człowieka od pogańskich przesądów, ale teraz to nawet i On nie jest już do niczego potrzebny, bo odtąd potrafimy sobie dawać radę zupełnie sami. Jakby to powiedzieli mieszkańcy Laodycei: „Jestem bogaty”, „wzbogaciłem się”, „niczego mi nie potrzeba” (por. Ap 3,17a).

Tego typu postawę starożytni z pewnością napiętnowaliby jako hybris, czyli przejaw arogancji i pychy kogoś, komu się nadzwyczajnie w życiu powiodło, i oczekiwaliby, że teraz bogowie sprowadzą na podobnych śmiałków nieszczęście. Tym bardziej zaskakuje nas odpowiedź Jezusa. Nie ma w niej gróźb i zapowiedzi kary, ale jest autentyczna litość wobec jakże ludzkich iluzji, które widzą spełnienie człowieka w jedynie w zaspokojeniu wszystkich namacalnych potrzeb. A potem, gdy człowiek już to wszystko osiągnął, okazuje się, że jest z tym jeszcze bardziej nieszczęśliwy niż przedtem i że wciąż czegoś najistotniejszego mu jeszcze brakuje (por. Koh 2,1-11). Jezus, który sam doświadczył potrójnego kuszenia na pustyni (por Mt 4,1-11), wie, że spełnieniem każdego człowieka jest synowska więź z Ojcem, którą w apokaliptycznym liście wyraża dzielony z Nim tron (por. Ap 3,21). I on sam przychodzi – w eucharystycznej uczcie – aby ją dać tym, którzy rzekomo już niczego nie potrzebują. Stoi u ich drzwi i wprasza się do ich domów, tak jak kiedyś wprosił się do celnika Zacheusza (por. Łk 19,1-10), aby uczynić ich oczy widzącymi, oblec ich w szatę radości i ofiarować jedyne bogactwo z jakim przyszedł na ziemię – moc przebaczającej miłości.

Być może niejeden z nas będzie skonfundowany gwałtownym stwierdzeniem Jezusa, że oto wymiotuje mieszkańcami Laodycei, bo w Jego ustach są niczym niezdatna do picia letnia woda. Nie jest to jednak wyrok potępienia, ale stwierdzenie faktu, jak bardzo ich postawa jest mu wstrętna. Gdyby kochali Go, a nawet gdyby Go nienawidzili, mógłby zrobić dla nich więcej. A tak, może ich tylko pozostawić swojemu losowi i płakać nad egzystencjalną klęską, jaka ich nieuchronnie czeka.

Przenośnia letniej wody musiała być w Laodycei dobrze rozumiana. Otóż miejscowy akwedukt dostarczał wodę do miasta najprawdopodobniej z jakiegoś gorącego źródła położonego kilka kilometrów dalej. Archeolodzy stwierdzili w pozostałościach wodociągowych kanałów liczne ślady wapiennego osadu przypominające kamień naszych czajników i grzałek. Wyposażano je nawet w otwory ewakuacyjne, aby w razie zatkania się łatwo można je było przeczyścić i odblokować. Tak więc gdy woda docierała do podnóża płaskowyżu, na którym było położone miasto, była przypuszczalnie letnia i nie nadawała się do picia. Dalej przepompowywano ją w górę do zbiornika, w którym stygła, oraz do term, w których była podgrzewana do właściwej temperatury.

Niestety także i nasza obecna cywilizacja coraz bardziej przypomina ów akwedukt, którym szerokim strumieniem leje się przyprawiająca o torsje obrzydliwa letnia woda. Owszem, żyjemy w coraz większym komforcie, korzystamy z coraz to nowszych udogodnień i wynalazków. Niby to syci, bezpieczni, ale wciąż bojący się, że kolejna Wielka Wojna i Wielki Kryzys (czy też inne polityczno-gospodarcze trzęsienia ziemi) mogą nam to wszystko bezpowrotnie zabrać. Pozbawieni coraz bardziej rodzinnych więzi, tracący poczucie powszechnego braterstwa jako dzieci jednego Ojca i dlatego coraz bardziej popadający w samobójcze depresje.

I tak to właśnie nasza post-chrześcijańska cywilizacja, która szczyci jakże wieloma sukcesami, może na swoje własne życzenie zafundować sobie przerażającą „apokalipsę”, która może ją szybko zmieść z powierzchni ziemi. Ale może też nawrócić się wpuścić do swego domu pukającego natarczywie Jezusa – i wtedy nastanie Apokalipsa we właściwym sensie tego słowa: uczta weselna Baranka i radość z przywróconego synostwa.

 

Zakończenie

Apokaliptyczne listy do Siedmiu Kościołów nie są bynajmniej jakimś tylko wprowadzeniem przed przystąpieniem do właściwych treści janowego Objawienia. Jest dokładnie na odwrót: to właśnie one są zasadniczym przekazem, cała zaś reszta, to jedynie załączniki, rozwinięcia i dodatkowe wyjaśnienia. Kto zrozumie ich przekaz, zrozumie też i ducha pozostałych wizji, nawet tak zawiłych i nieczytelnych, za jakie je dziś mamy. Opuszczając Krainę Objawienia nie martwmy się zatem, że tajemnicza księga w tak wielu jeszcze aspektach dalej pozostaje dla nas tajemnicą. Jeśli tylko będziemy patrzeć na nasze życie i na toczące się wokół nas sprawy przez pryzmat Słowa Bożego, kiedyś zaczniemy ją rozumieć. A ta wielka wyprawa do tylu fascynujących miejsc powinna nam w tym pomóc.

Zanim wsiądziemy na pokład samolotu, który znów poszybuje nad tyloma miastami, drogami i stanowiskami archeologicznymi, które właśnie odwiedziliśmy, zechciejmy na pożegnanie zatrzymać się raz jeszcze na wyspie Samos. Na górze, u której stóp rozciąga się Pitagorio, kilkaset metrów przed zakończeniem znanego nam tunelu Eupalinosa, w skalistym otoczeniu skrywa się skromny prawosławny klasztor Spilani. Jego nazwa pochodzi od jaskini, w której już od starożytności przebywali pustelnicy. Legenda mówi, że zamykał się w niej i udzielał nauk sam Pitagoras. Można do niej zejść po 95ciu schodkach i zobaczyć pozostałości niewielkich cel niekiedy zdobionych ikonami.

My jednak zatrzymajmy się przed samym zejściem, przy niewielkiej kapliczce z ikoną Matki Bożej z Dzieciątkiem. Pod wnęką przeznaczoną na świece widnieje duży grecki napis:

ΦΩΣ ΧΡΙΣΤΟΥ ΦΑΙΝΕΙ ΠΑΣΙ

W transkrypcji: Phos Christou phainei pasi

Światło Chrystusa ukazuje się wszystkim

Być może jest to najlepsze streszczenie Apokalipsy św. Jana. Czy nie jest to bowiem w gruncie rzeczy poemat o świetle Chrystusa, które świeci w naszych ciemnościach, tak że nawet one nie są go w stanie stłumić? O świetle Nowej Jerozolimy, której chwała mimo wszystko przebłyskuje ponad mrokami ludzkiej egzystencji i daje się wszystkim poznać? Mimo upadków, zwątpień, śmierci, kataklizmów, wojen i – czegoś nawet jeszcze gorszego od tamtych – pyszałkowatej, jeśli już nie głupkowatej, pewności siebie w pogoni za sukcesami?

Nikt z nas nie odczytał dobrze janowego Objawienia, jeśli nie usłyszał przy tym Głosu, który pociesza, zachęca i dodaje odwagi:

Powstań! Świeć, bo przyszło twe światło i chwała Pańska rozbłyska nad tobą.

Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy,

a ponad tobą jaśnieje Pan, i Jego chwała jawi się nad tobą. (Iz 60,1-2)

A zatem przestań się lękać, ale powstań i świeć!

Jacek Święcki