SZCZERZE O KOŚCIELE

Wywiad z Biskupem Andrzejem Czają, rozmawia Tomasz Ponikło

 

fragment książki

Część pierwsza

WIARA

Żywa wiara

Powiedział Ksiądz Biskup kiedyś, że wielu wiernym w Polsce brakuje żywej wiary. Czy jednak – przychodzi zaraz refleksja – ta „żywa wiara” nie jest aby tylko kościelną nowomową? Przecież do kościołów wciąż przychodzi wiele ludzi.

Człowiekowi brakuje dziś zażyłej więzi z Bogiem. Zwykle ma on, czasem nawet niezłą, orientację w tym, co Kościół do wierzenia podaje, ma też jakiś zasób wiedzy religijnej. I faktycznie przychodzi w niedzielę do świątyni. Ale właściwie często nie wie, po co przychodzi. Być może na spotkanie z Bogiem, ale to zaledwie namiastka właściwej odpowiedzi. Jednocześnie odsłania ona problem chrześcijańskiej codzienności, w której Bóg już nie jest obecny, bo zepchnęliśmy Go do sfery sacrum i odwiedzamy tylko w niedzielę w kościele. Przeciętny wierny niestety nie wraca z liturgii do domu ze świadomością, że niesie Boga. Że jako chrześcijanin ma w siebie „Boga wziąć, Bogiem żyć i Bogiem się dzielić”.

Wiara ta nie jest więc żywa, bo nie czynimy jej częścią własnego życia – nie zapraszamy Boga do naszych serc. Jaskrawo widać to w zaniedbaniu modlitwy. W konfesjonale wręcz z nonszalancją wyznajemy: „Nie modliłem się rano, wieczorem...” „Więc kiedy?” „W kościele”. I dopiero wtedy do człowieka dociera: „No rzeczywiście, to w sumie przez ten czas w swoim domu nie modliłem się wcale”. A w jaki sposób żyłeś przykazaniami? Jak żyłeś błogosławieństwami? Na tym właśnie polega brak wiary żywej: nie żyjemy na co dzień tym, co jest od Boga, a co nam Bóg daje i do czego nas wzywa.

– Jak to? Skoro cały świat jest przez Boga stworzony i nam dany, to proszę tylko zobaczyć, jak z niego intensywnie korzystamy.

Bóg daje nam wspaniały świat, ale przede wszystkim daje nam siebie. Nauczyliśmy się korzystać ze świata, ale nie na sposób Boży, lecz konsumpcyjny. Traktujemy świat zaborczo: wziąć, wyzyskać, użyć. Natomiast podzielić się już nie ma kto. Podobnie, niestety, zaczęliśmy podchodzić do rzeczywistości wiary. Tymczasem Bóg, udzielając nam siebie, uczy nas czegoś odwrotnego: dzielcie się, dzielcie się również samymi sobą! Dlatego jest wśród nas obecny w sposób bardzo konkretny: w zwiastowanym Słowie, w łasce Bożej, w liturgii i zwłaszcza pod postacią Chleba i Wina. Chodzi więc o to, żeby nie tylko korzystać z tego, co przyrodzone, ale sięgać również po wszystko to, co jest nadprzyrodzone, a co od Boga otrzymaliśmy ku zbawieniu. Problem więc, jaki nas trapi, bierze się z braku umiejętności wartościowania. Nie doceniamy tego, co Bóg nam daje. Oczywiście takie wartościowanie nie jest proste. Wystarczy, że spojrzymy na bieżące wydarzenia.

Rok 2012 upływał w Kościele w Polsce pod hasłem „Kościół naszym domem”. Z jednej strony to piękne słowa. Z drugiej strony nie wiadomo, o co w nich chodzi. Co nam pasterze zwiastują takim zdaniem? Zapytałem o to ludzi, tu i ówdzie. Okazuje się, że najczęściej nie wiedzą. Czy się temu dziwić? W pewnym sensie trzeba ich rozumieć.

Mówienie o Kościele jako domu staje się bardziej lub mniej pociągające i nośne w zależności od osobistego doświadczenia domu rodzinnego. Pamiętam reakcję studentów w KUL, gdy planowaliśmy kolejny Tydzień Eklezjologiczny. Tuż po ogłoszeniu listu apostolskiego Novo millennio ineunte było dla mnie czymś oczywistym, że chcąc mówić o Kościele jako komunii, warto podjąć i poddać obróbce papieskie wezwanie: „Czynić Kościół domem i szkołą komunii”. Na wspomnienie mojego domu, pełnego ciepła, miłości, bezpieczeństwa, możliwości rozwoju, pojawiło się w mej głowie wiele treści, które są też obecne w Kościele i które warto eksponować w mówieniu o nim. Bardzo się więc zdziwiłem, gdy paru studentów wręcz protestowało. „Nie chcemy takiego mówienia o Kościele”. Pytam: „Dlaczego?”. „Jeśli Kościół ma być jak mój dom rodzinny, jak moja szkoła, to dziękuję bardzo” – odpowiedział jeden z nich. Ten prosty komunikat dał mi dużo do myślenia. Uświadomiłem sobie, że wielu młodych ludzi może nie mieć jednoznacznie pozytywnego doświadczenia domu czy szkoły. Dzisiejszy kryzys rodziny nieraz sprawia, że dom nie zawsze dobrze się kojarzy i wspomina. Stąd myśl o Kościele jako domu może być niezrozumiała, a nawet bolesna.

Trzeba też pamiętać, że następujące po sobie pokolenia mogą mieć bardzo różne doświadczenia Kościoła. Pokolenie naszych rodziców przeżywało, czym jest Kościół, w systemie totalitarnym, w państwie, które narzucało swoją ideologię marksistowsko-ateistyczną, które nas poniżało, kontrolowało. Ludzie walczyli o swoją tożsamość i Kościół był dla nich ojczyzną, był obrońcą. Natomiast najmłodsze pokolenie Polaków – ci, którzy w tej chwili są w szkole średniej i na studiach – nie posiada tego doświadczenia. Dlatego popełniamy poważny błąd, gdy przedstawiamy młodym Kościół, sięgając wyłącznie do minionych doświadczeń. Przecież młode pokolenie nie ma za sobą nawet doświadczenia stanu wojennego.

Ale jakie wnioski wyciąga z tego Ksiądz Biskup w związku z przywołanym hasłem roku duszpasterskiego?

Zgłoszonymi uwagami starałem się jedynie pokazać, jak zróżnicowane treści mogą być wiązane z pojęciami „dom” i „Kościół” w zależności od naszego kojarzenia i doświadczeń. Do tego trzeba jeszcze dodać, że kiedy mówię o domu, nie mam na myśli budynku, w którym mieszkaliśmy, lecz rodzinę, którą w tym budynku tworzyliśmy wszyscy razem. W moim przypadku jest to rodzina trójpokoleniowa, której doświadczenie ma ogromny wpływ na całe moje życie, w tym na rozumienie i przeżywanie wspólnoty Kościoła.

Mój dom rodzinny to przede wszystkim bliskość rodziców. Dobrze wiem, że dziś dom już tego często nie daje. Na Śląsku Opolskim ojcowie masowo wyjeżdżają zarobkowo za granicę. W młodym pokoleniu burzy się hierarchia wartości, zjawiają się wątpliwości, czy stawiać na rodzinę, czy na karierę, czy wręcz na samego siebie. Ciężko w tej sytuacji o więź z dzieckiem, o poczucie bliskości, także duchowej. Mój ojciec od poniedziałku do piątku pracował i mieszkał na „Czarnym Śląsku”. Ale w soboty i niedziele był z nami całym sobą. Bliskość rodziców sprawiła, że miałem poczucie bezpieczeństwa. To dziś rzadka i pożądana wartość. Polega ona na tym, że człowiek, mimo wyzwań i wbrew nim, nie nosi w sobie lęku, bo ma świadomość, że przecież jest z nim Pan! Tak jak w domu rodzinnym byli mama i tata, dziadek i babcia.

W domu panowała atmosfera miłości. Nie przypominam sobie, żeby moi rodzicie mówili do mnie: „Ależ ja cię kocham”. Nie potrzebowałem deklaracji, bo ich miłość była mi dana. Żyłem w niej, chłonąłem ją. Doświadczyłem, że jest oddaniem życia. Czułem, jak rodzice dzielili się z nami swoim życiem, że nie tylko dali nam życie, ale też swoje życie nam ofiarowali. W tworzenie całej tej atmosfery miłości niebagatelny wkład mieli także dziadkowie, co dziś jest już bardzo rzadkie.

Jedno i drugie, poczucie bezpieczeństwa i atmosfera miłości, przeżyte w domu rzutuje dziś bardzo na moje widzenie i przeżywanie Kościoła. Tę Bosko-ludzką rzeczywistość, w której nietrudno zobaczyć Boży dom, zbudowany dla nas ludzi na ziemi, przeżywam jako wielką łaskę obecności Boga pośród nas. Szczególną wartość Kościoła widzę nade wszystko w tym, że w nim Bóg jest ze mną, zawsze blisko, choćby wydawał się czasem daleki. Ta wręcz pewność bliskości Boga daje mi ogromne poczucie bezpieczeństwa. Skoro jest ze mną Ten, który zwyciężył śmierć, piekło i szatana, cóż mi się może stać? Równocześnie bardzo raduje, uskrzydla i owocuje pokojem serca to, że w rodzinie dzieci Bożych mogę stale czerpać z Bożej miłości, bo Ten, który jest obecny w Kościele, jest Miłością i wskutek tego Kościół stanowi przestrzeń zagwarantowanej miłości. Jako taki, Kościół jest tym większą wartością dla współczesnego człowieka, że nieraz doświadczenie domu rodzinnego wiąże się z wielkimi ranami i krzywdami. Chodzi o to, że nawet jeśli mi nie wyszło we własnym domu i domu nie umiem zbudować, to mam na tym świecie prawdziwy dom; taki dom, który jest stabilny i pewny.

Takie nastawienie niesie jednak poważne zagrożenie. Socjologowie wskazują, że religia we współczesnych społeczeństwach zachodnich ma zgodnie z ludzkimi oczekiwaniami pełnić funkcję terapeutyczną. W ten sposób tworzą się wręcz światy równoległe: ludzkiej codzienności i wyidealizowanej przestrzeni Kościoła. Przepaść między zwyczajnym życiem a tak przeżywaną wiarą będzie nadal istnieć.

Kościół nie jest wirtualny ani nie jest idealny. Nie muszę się wcale obawiać, że Kościół stanie się gabinetem terapeutycznym. Muszę tylko żyć wiarą, by odkryć tę rzeczywistość w jej pełni, zbliżyć się do niej, a nie traktować ją wyimkowo.

Przywołany obraz domu to tylko jeden z aspektów bogatej rzeczywistości Kościoła, której nie sposób adekwatnie wyrazić ludzkim słowem. Chodzi bowiem o rzeczywistość teandryczną, Bosko-ludzką. Mając świadomość tej zasadniczej trudności, ojcowie II Soboru Watykańskiego nie próbowali definiować eklezjalnej rzeczywistości, co niefortunnie czyniono wcześniej. Sobór sięgnął po całe bogactwo biblijnych obrazów Kościoła i widzi w Kościele równocześnie zaczątek Królestwa Bożego, rolę uprawną, trzodę, owczarnię, budowlę Bożą i oblubienicę Chrystusa. Ojcowie Soboru posługują się także kategoriami bardziej rozpowszechnionymi: Lud Boży czy Mistyczne Ciało Chrystusa (do IX wieku mówiono po prostu Ciało Chrystusa). Od czasu rzymskiego synodu w 1985 roku mówi się najczęściej o Kościele jako communio, a każde ze wskazanych określeń niesie z sobą ogromne bogactwo treści.

Sobór dał nam wskazówkę, w jaki sposób podchodzić do tajemnicy Kościoła: wywołać obraz z Biblii, odczytać go w świetle własnych doświadczeń i odpowiedzieć sobie na pytanie, co z tego praktycznie wynika. Żeby się przy tym nie rozminąć z Bożym zamysłem, w każdym z obrazów trzeba właściwie widzieć rolę Chrystusa. Jeśli Kościół jest rolą uprawną, to Chrystus jest winnym krzewem; jeśli budowlą, to Jezus stanowi jej kamień węgielny; jeśli trzodą, to Chrystus jest jej pasterzem; jeśli owczarnią – On jest bramą.

W minionych wiekach najczęściej wybierano jedną metaforę i z nią wiązano niemal całość mówienia o Kościele. Pomimo wskazówek ojców soborowych również po Vaticanum Secundum wpadliśmy w tę pułapkę. Mówiono o Kościele niemal wyłącznie jako o Ludzie Bożym. Wzięło się to stąd, że tak zatytułowany został cały drugi rozdział Konstytucji dogmatycznej o Kościele Lumen gentium. Dopiero w 1985 roku na to zredukowanie opisu Kościoła zwrócił uwagę kardynał Joseph Ratzinger w programowym wykładzie w Foggi, poprzedzającym II Nadzwyczajne Zgromadzenie Biskupów w Rzymie. Ratzinger zauważył, że jeśli już szukać kategorii przewodniej dla wyrażenia istoty Kościoła, to spośród całego bogactwa określeń, których użył Sobór, najczęściej stosuje kategorię communio, a nie Lud Boży. Wówczas też na nowo odkryto, że skoro na zasadzie bliskiej analogii Kościół upodabnia się do tajemnicy Słowa Wcielonego, to nie można ograniczać się w jego rozumieniu do żadnej zamkniętej wizji. Bosko-ludzka natura Kościoła uzmysławia, że wyłącznie racjonalne spojrzenie na Kościół będzie zawsze spłaszczeniem; zawężająca będzie także wszelka redukcja biblijnego bogactwa opisu Kościoła.

Jednak nie da się mówić o Kościele, nie dokonując czy to wyboru metafory, czy redukcji wymiaru nadprzyrodzonego, jeśli na przykład biblijne obrazy nie mają szans dotknąć wrażliwości słuchacza. Albo gdy, jak w mediach, przekaz musi być krótki.

Niestety tak się nieraz w przekazach medialnych dzieje i wówczas my, pasterze, oburzamy się, jak można tak płasko mówić o Kościele. Trudno się jednak temu dziwić. Jeśli ktoś nie ma optyki wiary i patrzy na Kościół tylko w świetle rozumu, nie jest w stanie rozwijać myśli eklezjologicznej. Może najwyżej uprawiać jakiś rodzaj „eklezjozofii”. Nie widzi tego, co głębsze – tego, co Boskie. Dotyka jedynie powierzchni, wyłącznie ludzkiego wymiaru Kościoła.

Liczenie się z teandrycznością Kościoła jest dużym wyzwaniem, co w całej ostrości uświadomiłem sobie podczas jednego z Tygodni Eklezjologicznych w KUL, który zatytułowaliśmy „Kościół poza Kościołem”. Kiedy tylko zawisły plakaty, jako pierwsi zareagowali filozofowie: „Co to za bzdura! Nie ma bytu poza bytem!”. Podjąłem więc dyskusję z jednym czy z drugim profesorem. Doszliśmy do wniosku, że metafizyka nie jest w stanie rozpatrywać tak złożonego bytu, jakim jest Kościół. Okazuje się, że nie mamy dobrego narzędzia do opisania go. Nie potrafimy werbalnie wyrazić jego specyfiki, właśnie dlatego, że jest teandryczny.

Musimy więc mieć tę samą świadomość, która towarzyszy nam w mówieniu o Jezusie – wszystko, na co nas stać, jest wyłącznie zbliżaniem się do Prawdy, której i tak do końca nie jesteśmy w stanie poznać ani wyrazić. Mówimy o Jezusie, że jest Osobą Bożą w dwóch naturach. W odniesieniu do Kościoła Heribert Mühlen, niemiecki dogmatyk, zastosował formułę: „Jedna Osoba w wielu osobach” – Osoba Ducha Świętego w Chrystusie i chrześcijanach. I jak do tak objawionej nam Boskiej rzeczywistości zastosować naszą ludzką metafizykę? Wszelkie ustalenia i prawidła zawodzą.

Tę złożoną rzeczywistość Kościoła chcieliśmy naświetlić przywołanym hasłem Tygodnia Eklezjologicznego. Iluż jest takich ludzi, których stawiamy poza Kościołem, a oni są w Kościele. I ilu jest takich, którzy myślą o sobie, że są w Kościele, a de facto znajdują się poza Kościołem. Nawet mając na uwadze tylko ten wątek, widzimy, że ujmowanie rzeczywistości Kościoła jedynie rozumem jest trudne, a nawet daremne. Bynajmniej nie lekceważę wypowiedzi ludzi niewierzących o Kościele. Chcę jedynie powiedzieć, że są oni zdani na ubogie widzenie Kościoła, na myślenie o nim najwyżej jako o organizacji ogólnoświatowej na miarę ONZ, i trzeba się z tym po prostu liczyć. Gorzej, jeśli tak postrzega Kościół człowiek wierzący. Dlatego zgadzam się z tym, co w liście do kapłanów na Wielki Czwartek 2008 roku napisali biskupi polscy: że Kościołowi w Polsce pilnie potrzebna jest prosta w przekazie, a głęboka w treści katecheza o Kościele. Jeśli nie będziemy czuli Kościoła, nie zrozumiemy też chrześcijaństwa.

Co więc jest największą tajemnicą Kościoła?

Największe misterium Kościoła to Boży dar udziału człowieka w życiu Trójcy Świętej, który realizuje się przez to, że jesteśmy wszczepieni w Chrystusa. Zwykle nawet ksiądz zapytany o tę tajemnicę albo będzie mieć problem z odpowiedzią i wskaże zapewne na sakramenty, albo po prostu zaniemówi. Tymczasem Sobór wyartykułował to wszystko bardzo wyraźnie: Bóg z miłości do ludzi dał nam swojego Syna i Kościół, byśmy mogli mieć udział w Bożym życiu.

Doświadczenie wiary

Jeżeli żywą wiarę charakteryzujemy jako osobową relację z Jezusem – Ksiądz Biskup mówi o związaniu i zażyłości, a do czasu Soboru posługiwano się biblijnym terminem „przymierze”, dziś najczęściej sięga się po słowo „relacja” – to skąd ona się bierze? Ludzie mówią wprost: „Nie mam doświadczenia wiary”. Ta relacja wydaje się bowiem nie do osiągnięcia.

Nie mam gotowych odpowiedzi na to pytanie. Zdaję sobie sprawę, że prawdziwe skądinąd wskazanie, iż są to sprawy w pełni indywidualne, dla większości z tych ludzi nie będzie pomocne. Najpierw jednak musimy pamiętać, że wiara jest łaską. Nie możemy tej świadomości zostawiać na dalszym planie, wręcz odwrotnie – trzeba od niej zaczynać. We mnie wiara dojrzewała przez doświadczenie Boga. Bez tego doświadczenia faktycznie nie ma co mówić o żywej wierze.

Tylko – to jest poważny problem wierzących – jak tej relacji z Bogiem doświadczyć? Skoro to sprawy tak indywidualne, to zapytam: jak Ksiądz Biskup doświadcza tej więzi?

Bóg sam do nas przychodzi. Musimy tylko wyczuć Jego obecność. Ja akurat miałem to szczęście, że w wejściu w wiarę pomogła mi atmosfera domu rodzinnego. Już od dzieciństwa odkrywałem stopniowo w swoim wnętrzu, jak Bóg do mnie przychodził. Odczuwałem to, co wcale nie oznacza, że rozumiałem. Zrozumienie było dłuższym procesem.

Moje pierwsze doświadczenie Boga to wspomnienie niespełna czterolatka. To było tak mocne, że do dziś pamiętam każdy szczegół tej przestrzeni, każdy detal, każdą barwę – jeszcze dziś umiałbym odtworzyć sypialnię rodziców. Zresztą to doświadczenie przemówiło do mnie z czasem, przez lata tkwiąc ukryte w podświadomości... Budzę się w nocy. Patrzę – pali się lampka. I modli się mój tata, wpatrzony w krzyż. Przyglądam się więc krzyżowi. I nagle mam wrażenie, jakby ktoś do mnie mówił, jakby rozwijał jakąś myśl. „Aha – myślę – jest tu Ktoś większy...”.

Tato był dla mnie największym autorytetem. Na co dzień czas spędzałem z dziadkiem, bo tato, jak mówiłem, był w domu od piątku wieczór do wczesnego ranka w poniedziałek. Jak tato przyjeżdżał do domu, to wtedy dziadek mógł na polu czy w domu wykonywać roboty, których nie mógł zrobić z mamą i babcią. Tato więc był w moich oczach jak Olaf Mocarny. A tu widzę, jak mój tato klęczy. Klęczy i patrzy na krzyż. Jeszcze niczego o Panu Jezusie wtedy nie wiedziałem, ale powstała we mnie ta myśl, że jest Ktoś większy od taty. O nic nie pytałem, o niczym nie mówiłem. Ale zapadło to we mnie głęboko i po pewnym czasie wróciło. Kiedy w seminarium dokonywałem głębszej retrospekcji swojej wiary, odkryłem to właśnie wspomnienie pierwszego przyjścia Pana do mnie osobiście.

Kolejnym doświadczeniem była pasterka, w której uczestniczyłem jeszcze jako przedszkolak. Proboszcz w naszej parafii zawsze wystawiał jasełka. Z tego przedstawienia do dziś jeszcze słyszę głos karczmarza, gdy Maryja z Józefem i małym Dzieciątkiem pukają do niego, prosząc o schronienie: „A precz, wynoście mi się stąd, szukajcie sobie inny kąt!”. Długo nie pamiętałem swojej reakcji, dopiero mama w późniejszej rozmowie wspomniała, iż pociekły mi wtedy ciurkiem łzy, aż ją pytano: „Co to się stało, że Andrzejek popłakał się w kościele?”. A mną tak mocno musiała wstrząsnąć postawa karczmarza: „No jakże można Pana Jezusa wyrzucić, jak można Go nie przyjąć, kiedy jest taki biedny i potrzebuje naszej pomocy?!”. Dzisiaj widzę, jak w tych spotkaniach Bóg objawiał mi się najpierw jako Wszechmogący, a niedługo potem jako Bezsilny, gdy przyszedł jako małe, bezbronne Dziecko.

Potem były momenty powołania. W nich kluczowe okazały się spotkania z kapłanami, którzy stawali na wysokości zadania. Będąc w podstawówce, rzecz jasna większości kazań nie rozumiałem, ale widziałem zaangażowanie i postawę księdza. Czułem, że to człowiek, który nam autentycznie służy. Chciałem być taki jak on, skoro jego służba Chrystusowi miała w moich oczach taką wartość. W ten sposób dokonywał się dalszy rozwój mej świadomości wiary, że przed Chrystusem nie można zamknąć drzwi.

Szczególnym umocnieniem wiary było dla mnie pewne przeżycie niemal mistyczne. W seminarium doświadczyłem niejako „zawieszenia” wszystkiego, wyjścia poza swoją jaźń. Wieczorem, po modlitwach wspólnych, zostałem jeszcze w kościele. Medytowałem wtedy nad dwudziestym pierwszym rozdziałem Ewangelii świętego Jana: „Piotrze, czy Mnie miłujesz?” „Ty wiesz, Panie, że Cię miłuję” (J 21, 15). I nagle znalazłem się w jakiejś dziwnej przestrzeni. Niczego nie pamiętam, niczego nie widziałem. Ale znalazłem się w stanie takiej błogości, że na samo jej wspomnienie czuję i przeżywam inny świat. Tak jakby Pan wprowadził mnie w świat nie z tej ziemi... Ocknąłem się. Zdziwiony myślałem, że trwało to ułamek sekundy. Ale gdy spojrzałem na zegarek, było wpół do dwunastej w nocy. Dobrze, że z kościoła można było przejść bezpośrednio do domu seminaryjnego, bo inaczej utknąłbym tam już na całą noc. Mówiąc jednak całkiem poważnie: było to doświadczenie w tamtym czasie niezwykle mi potrzebne. Doświadczałem wtedy kryzysu powołania. I Pan odpowiedział na moje wołanie. Pan przyszedł, by umocnić moją wiarę.

By umocnić. Ale najpierw trzeba, żeby Bóg przyszedł w ogóle ożywić wiarę człowieka. I to takiego przyjścia wielu ludzi nie doświadcza.

Wszystkie przyjścia Pana są łaską. To one stanowią źródło wiary. Nikt z nas, ludzi, nie jest w stanie obudzić wiary. Pierwsza jej łaska przychodzi w sakramencie chrztu. To jest ta łaska, która budzi wiarę początkową, która jest otwarciem serca człowieka. Mówiąc obrazowo i wyraźnie upraszczając: wskutek grzechu pierworodnego rodzimy się w takim stanie, że szatan trzyma od wewnątrz zaryglowaną furtkę do naszego serca. Nie umiesz nawet sam otworzyć własnego serca, bo jest ono zatrzaśnięte. Ale przychodzisz czy przynoszą cię do chrztu i wyrażasz chęć przyjęcia sakramentu albo wyrazili ją rodzice, rodzice chrzestni, a dzieje się to we wspólnocie Kościoła. Kościół woła o łaskę wiary. U podstaw sakramentu chrztu jest zawołanie o Ducha Bożego, potem jest egzorcyzm, czyli wypędzenie złego ducha. Boży Duch niszczy zasuwy trzymane przez szatana i wypędza go. W konfrontacji z Bogiem diabeł nie ma szans. Szatan jest wyjątkowo inteligentną bestią, ale tylko stworzeniem, więc nie jest to walka równych. I tak serce człowieka zostaje otwarte dzięki łasce sakramentu. Odtąd Jezus może żyć w moim sercu. Oczywiście mogę Go wyprosić i pewnie niejeden raz to zrobię. Ale moc chrztu polega na tym, że już nigdy nikt mojego serca od wewnątrz nie zarygluje. Gdy sam je zamknę, sam też będę mógł je otworzyć. To jeden ze wspaniałych owoców łaski chrztu.

W Kościele musimy dziś wołać na każdym kroku: „Panie, przymnóż nam wiary! Daj jak najwięcej wiary!”. Bo wiara jest łaską, którą możemy otrzymać tylko od Boga. Ale nie dzieje się to oczywiście bez naszego wysiłku. Kto ma ten wysiłek podejmować? Przede wszystkim rodzice i rodzice chrzestni. Tym, co nam pomaga odpowiadać na tę łaskę, czyli przyjmować przychodzącego Pana, są: znak krzyża czyniony na głowie dziecka, modlitwa w rodzinie, to, że ojciec klęka przed krzyżem... Taki obraz zostaje w człowieku niejednokrotnie na całe życie. Ważne jest też przyprowadzanie dziecka do świątyni, co zresztą uczynili Józef i Maryja z małym Jezusem. W przyjmowaniu Pana, czyli doświadczaniu Boga, człowiek potrzebuje od początku do końca wsparcia. I dziecko, i starzec. A ten, kto spotka Boga, mając pięćdziesiąt lat, jest tak samo nieporadny w wierze jak trzylatek, potrzebuje wsparcia, i stąd ogromna rola wspólnoty wiernych. Sobór bardzo mocno położył akcent na to, by chrztu udzielać we wspólnocie wiary. W ten sposób człowiek może niejako zaczerpnąć z tego „matecznika” wiary, którym jest wspólnota Kościoła. Mam na myśli moc odpowiedzi na Boże obdarowanie i wezwanie, której człowiek sam jeszcze nie ma w sobie. Tu jest ogromna rola wspólnot, parafii i dobrej formacji.

Takie doświadczanie spotkań z Panem wymaga naszego wzrastania w wierze. Jeśli odniesiemy się do Jezusowych uczniów, do Piotra lub do Pawła, zobaczymy, po jakich wertepach musieli iść. A Jezusa mieli tak blisko, że mogli odbierać Go zmysłami! Można sobie pomyśleć: „Ależ to fajtłapy! Przecież gdybyśmy to my mieli Go tak na wyciągnięcie ręki...”. Ale my Go możemy widzieć oczami wiary! Apostołowie, choć Bóg był dostępny dla ich zmysłów, długo widzieli Go wyłącznie jako człowieka. Dopiero obudzona w nich przez Boga wiara pozwoliła im zobaczyć w Chrystusie Pana. Mieli więc dokładnie tak jak my trudną drogę do przebycia.

Szukamy bliskości Boga w sakramentach, głównie w Komunii Świętej. Eucharystyczna obecność Jezusa jest być może najbardziej w chrześcijaństwie narażona na myślenie magiczne: „Chcę doświadczyć Boga, idę do Komunii”. Przeżywamy jednak rozczarowanie, bo nic się nie odmieniło. Takie rozżalenie bywa udziałem człowieka już od Pierwszej Komunii Świętej. Ksiądz Biskup, wspominając spotkania z Bogiem w dzieciństwie, nie przywołał inicjacji w ten sakrament...

Dla mnie Pierwsza Komunia była trudnym doświadczeniem. Przypadła na taki okres w moim życiu, kiedy co dwa tygodnie chorowałem. Wciąż dopadały mnie anginy, z którymi lekarze nie potrafili sobie poradzić. W tygodniu, w którym miałem iść do Komunii, znów zapadłem na zdrowiu. Przystąpienie do sakramentu stanęło pod znakiem zapytania. Pamiętam, że wtedy w moim sercu miała miejsce – choć to słowo na wyrost – pierwsza swada z Bogiem: „Panie Jezu, czemu mi to robisz, skoro dobrze wiesz, jak czekałem na to spotkanie z Tobą? Przynajmniej w tym tygodniu powinienem być zdrowy. Dlaczego Ty mi to robisz?!”. I przyszła odpowiedź. Ostatnia próba przed Pierwszą Komunią. Proboszcz mówi do mnie: „Ty pójdziesz z kielichem”. Jako małe dziecko odczytałem to jasno: „Aha, jednak mnie Panie Jezu lubisz, masz dla mnie szczególną rolę”. Poszedłem ostatecznie, mając 39,5 stopnia gorączki. Byłem na lekach, zdążyłem zarazić mamę... Ale jak po przyjęciu sakramentu wróciliśmy do domu, czułem się wyśmienicie, jakby ktoś dotknął zapalonego gardła i na drugi dzień ani gorączki, ani bólu.

W ten sposób bardzo mocno doświadczyłem bliskości Boga, ale nie jest to doświadczenie dnia codziennego i myślę, że takiego doświadczania bliskości Boga nie ma co oczekiwać stale. Natomiast pomocą w przeżywaniu trudno dostępnej obecności Boga jest niewątpliwie świadomość inności miejsca, którym jest świątynia. To dom ludzką ręką zbudowany i Bogu oddany na własność, w którym On mieszka. Dlatego pali się w nim wieczna lampka. Pamiętam z dzieciństwa, jak wielokroć mówili o tym rodzice, pani katechetka, proboszcz. I jeśli tej tajemnicy zamieszkiwania Boga pośród nas nie lekceważę, to idę na Eucharystię nie z obowiązku; śpieszę z radością na spotkanie z Panem, na „biesiadę”, którą Bóg dla mnie zastawia. Wówczas chętnie uczestniczę w liturgii, przeżywam jej misteria, bez oczekiwania czegoś szczególnego dla siebie, ponieważ wystarcza mi to, że jestem z Panem. Porusza mnie do głębi to, że On o mnie pamięta, i raduję się tym, że mogę Go przyjąć do swego serca i zanieść do domu.

Tak Eucharystię przeżywam po dziś dzień i w tym doznaję umocnienia w wierze. Być może jestem wyjątkowym dzieckiem szczęścia. Jestem bardzo wdzięczny Bogu, że moja droga jest znaczona bardzo wieloma przyjściami Boga i spotkaniami z Nim, które pomógł mi dostrzec i przeżyć. Dawało mi to i daje nie tylko radość serca, ale też pokój i poczucie bezpieczeństwa.

– A ludzie bez takiego doświadczenia?

Dla nich droga wiary jest bardzo trudna, zdaję sobie z tego sprawę.

Często przeszli przecież inicjację w sakramenty...

Bywa, że nie rozumiemy takiego człowieka i nieraz my, pasterze, zarzucamy go z góry moralizatorskimi tekstami. Tymczasem on naprawdę zmaga się z wiarą. Nieraz jest jak Syzyf. Zamiast pomóc mu w tym zmaganiu się z kamieniem toczonym bezustannie pod górę, zamiast dać mu zastrzyk energii, to go jeszcze ksiądz zdołuje. Niewątpliwie potrzeba więcej wsłuchiwania się w boleści ludzkiego serca, więcej trwania przy zmagającym się z brakiem czy kryzysem wiary, mocnego wsparcia modlitwą. Nie ulega wątpliwości, że wiara i droga wiary każdego człowieka jest inna.

W tym kontekście pozwolę też sobie zauważyć, że wołanie Kościoła o zdrowe rodziny jest wołaniem także o to, by nowe pokolenia przychodząc na świat miały lepsze warunki wzrostu wiary w sercu. Bo w moim przekonaniu najwięcej w tym wzroście zależy od rodziny. Trzymając się ostatniego przykładu, można zapytać: co dzieje się w sercu dziecka, kiedy przystępuje do Pierwszej Komunii, a jego rodzice do tego sakramentu nie przystępują? Nie oceniam rodziców, czasem to wręcz przejaw ich dojrzałości w wierze. Takie doświadczenie wśród dzieci jest jednak problemem coraz częstszym...

Dlatego muszę mówić księżom: „Cieszcie się!”. Bo żalą się na przykład, że tyle etapów z trzyletniego przygotowania do bierzmowania jest już za nimi, a młody człowiek na cztery niedziele w miesiącu był na Mszy tylko raz. „Ciesz się, że w ogóle był, bo niejeden z nich ma takich rodziców, którzy nie przychodzą już wcale. On więc nawet nie mając przykładu w domu, nie mając sprzyjającego środowiska, zdobył się na to jedno przyjście. Czyli coś w nim już jest, a ty zadbaj cierpliwie o dalszy wzrost. Zrób wszystko co możliwe, aby chciał przyjść ponownie!”. Niestety, wiele razy temu młodemu człowiekowi obrywa się od księdza za to, że jego rodziców nie ma na Mszy. Nie wolno robić takich rzeczy. To wysoce niewłaściwe, żeby dziecko rozliczać z postępowania jego rodziców! Mam być zorientowany na człowieka, który mimo braku motywacji przyszedł, a nie na tego, który nie przychodzi. Chodzi o to, by być całym sercem dla tego człowieka, który przychodzi. Tymczasem wielokroć myślimy zupełnie odwrotnie: „Trzeba go napiętnować, bo był raz na cztery niedziele”. A nie daj Boże, by ksiądz upominał przed całą klasą. Można zupełnie zniszczyć to, co zaczyna kiełkować. Trzeba naprawdę wiele cierpliwości i taktu, aby nie podeptać tego, co jeszcze bardzo wątłe i słabe, ale zaczyna żyć. Gdy przez dłuższy czas nie ma oczekiwanego wzrostu, przychodzi pokusa, by potrząsnąć, napiętnować. Niestety to jeden z naszych największych błędów w prowadzeniu wiernego, w naszej pedagogii.

Nie bierzemy na serio i nie respektujemy uniwersalnego prawa wzrostu. Jak rolnik sieje we wrześniu, to nie oczekuje, że będzie zbierać w październiku. Sieje, pielęgnuje, powierza ziarno ziemi, a ta może je wymrozić – godzi się na to, co mu Boża Opatrzność zgotuje – i nie ma gwarancji, że jeszcze w lipcu grad nie wymłóci mu całego plonu, co już swego czasu dotkliwie przeżył. Gdy do takiej katastrofy dochodzi, nie poddaje się, nie załamuje. Gdy przychodzi jesień, znów wychodzi na pole i sieje. To mocna lekcja prostego rolnika dla nas, pasterzy na niwie Pańskiej. Nie możemy się zrażać i zniechęcać. Przecież Bóg daje wzrost, nie my. A Ewangelia mówi nam jasno: ziarno musi obumrzeć, musi mieć swój czas.

Nie może być tak – to błąd pasterzy, którzy są przecież przede wszystkim ustanowieni do pomocy we wzrastaniu w wierze – że ksiądz oczekuje, iż ten młody człowiek przygotowujący się do bierzmowania będzie na jego poziomie wiary. Zgodnie z nowymi wytycznymi w diecezji opolskiej, z którymi niektórzy księża się jeszcze nie pogodzili, nie sprawdzamy „wszystkich ze wszystkiego”. Kandydat ma tylko raz w miesiącu przystąpić do sakramentu pokuty i pojednania. W ten sposób chcemy, by był kierowany bardziej duchowo niż formalnie. „Dzienniczek”, dawniej obowiązkowy, ma tylko dla siebie, żeby sam przyglądał się sobie krytycznie. „Nic z tego nie będzie – reagują księża – bo stracimy nad nimi kontrolę”. „Nie rozumiem – odpowiadam. – Czy to oznacza, że nasza rola ma polegać na kontrolowaniu? My mamy stymulować ich rozwój wiary. A czy wy – pytam wtedy bez ogródek – robicie wszystko, co ja jako biskup wam mówię? Więc czego oczekujecie od dziecka? Że będzie robić dokładnie tak, jak mu powiecie? A co by było, gdybym ja wprowadził dzienniczek do rozliczania realizacji biskupich wytycznych w diecezji? Wtedy zobaczylibyśmy, jak działa taki system i co da się na nim zbudować”.

To są nasze błędy. Nasza rola na tym polega, żeby głosząc Słowo zbawienia, rozbudzać, wzmacniać i wspierać wiarę. Pierwszą naszą posługą nie jest rozwożenie darmowych zupek, plastrowanie placów wokół kościoła ani złocenie świątyń – jest nią, nawet przed posługą sakramentalną, zwiastowanie Bożego słowa. To za każdym razem jest nauczanie, uświęcanie i prowadzenie ludu. Ale zaczyna się od Słowa, bo wiara rodzi się ze słuchania (por. Rz 10, 17). My mamy siać i pielęgnować. Natomiast Bóg, i tylko On, daje wzrost na swej niwie.