Kamień, o który się potykamy

Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam - Iz 50, 6-7

 
Męka Chrystusa konfrontuje nas z niewygodnymi pytaniami, ponieważ widok okrutnego cierpienia i krzyża jest dla nas odrażający. I dobrze. Każdy zdrowy człowiek wzdraga się na myśl o katuszach, przemocy i brutalności. Tylko masochista, jednostka o zwichrowanej osobowości, może odnaleźć w bólu przyjemność. Naszą instynktowną reakcją wobec cierpienia jest ucieczka.

Skoro tak, to dlaczego cierpiący sługa Jahwe z księgi Izajasza dobrowolnie poddaje się prześladowcom? Dlaczego Jezus ginie na krzyżu, pozwala się znieważyć i milcząco znosi cierpienie? Czy nie jest to wyraz rezygnacji? Nie można nic zrobić, więc trzeba przyjąć to, co los nam zgotował? Dlaczego Bóg żąda krwi? Czy znajduje upodobanie w przemocy?

Tajemniczy sługa nie poddaje się rozpaczy. Przeciwnie, śpiewa pieśń zaufania Bogu, który pośrodku opresji podtrzymuje go i umacnia swoją obecnością. Dzięki Bożemu wsparciu, sługa może znieść przykre doświadczenia. Wie, że nie pozostaje sam. I to jest źródłem jego spokoju i cierpliwości. Przyjmuje to, co go spotyka, nie dlatego, że czekał na ten moment z utęsknieniem, ale ponieważ Pan jest z nim.

Jedną z pokus, której chrześcijaństwo ulegało na przestrzeni wieków, była niewłaściwa koncentracja na cierpieniu Chrystusa. Wartość ofiary Jezusa miałaby polegać na ogromie bólu i cierpienia, które zniósł za nasze winy. Zagniewany Bóg wystrzelił w kierunku ludzkości śmiercionośną strzałę, a Jezus, zastępując nas, pozwolił się nią przebić. Niektórzy poszli jeszcze dalej. Patrząc na krzyż, doszli do wniosku, że siła i istota chrześcijaństwa tkwi w cierpieniu. Im więcej cierpisz, tym bardziej przybliżasz się do Boga, przez co uznali, że cierpienie samo w sobie oczyszcza i uszlachetnia. Nic dziwnego, że wielu wierzących kojarzy Boga raczej z lękiem niż z miłującą obecnością. Tylko czekać, kiedy spadnie na nas choroba, niepowodzenie, katastrofa. A wtedy Bóg pokaże nam, kto tak naprawdę rządzi.

Niestety, ta odpychająca wizja chrześcijaństwa jest zupełnie niespójna z Ewangelią. To wielkie nieporozumienie wynikające z projekcji własnej bezsilności na samego Boga. Ten rodzaj rzekomo chrześcijańskiej duchowości używa symboliki krzyża, aby usprawiedliwić wszelkie cierpienie. Czy o to chodziło Jezusowi? Niezupełnie. Choroby, nadużycia, bieda, katastrofy naturalne lub niesprawiedliwość mogą dotknąć każdego człowieka. Nie ma w tym nic chrześcijańskiego. Gdyby Chrystus sądził, że te formy cierpienia są nam pisane, nie uzdrowiłby tylu chorych. Tymczasem do żadnego chorego nie powiedział: "Wiesz co, właściwie nie potrzebujesz mojej pomocy. Po prostu potraktuj swoje cierpienie jako krzyż".

Jezus przygotowuje nas na cierpienie, ale innego rodzaju. Kiedy mówi do nas o wzięciu swego krzyża na ramiona, ma na myśli cierpienie wypływające z dobrowolnego pójścia Jego śladami, z zaakceptowania Jego nauczania i poniesienia konsekwencji tej decyzji do samego końca. Każdy, kto zdecyduje się naśladować Mistrza, musi liczyć się z wyśmianiem, krytyką, odrzuceniem, ponieważ świadectwo jego życia może innych drażnić.

Gloryfikacja cierpienia jako takiego bierze się stąd, że nie czujemy obecności Pana. Ponadto w tej pomyłce dochodzi do zawężenia życia Chrystusa tylko do Jego męki i śmierci, jakby 33 lata były spędzone w próżni. Tymczasem każdy aspekt ludzkiego życia dzięki tajemnicy Wcielenia został przeniknięty boską mocą.

Wielkość śmierci Jezusa nie polega na tym, że konał na krzyżu. Wiele osób w tamtych czasach poddanych było podobnym, a nawet gorszym, egzekucjom. W żadnym wypadku Bóg nie delektuje się zadawaniem cierpienia. Nie cieszy się jego widokiem. W chrześcijaństwie nigdy nawet nie składano krwawych ofiar ze zwierząt. Krzyż Chrystusa i Jego poddanie się oprawcom jest raczej znakiem, że Bóg odrzuca wszelkiego rodzaju przemoc i niezawinione cierpienie.

Więcej światła pada na tę tajemnicę z zupełnie niespodziewanej strony, mianowicie ze sceny kuszenia Chrystusa przez diabła. W Ewangelii św. Łukasza Jezus idzie na pustynię za natchnieniem Ducha Świętego. Szatan wystawia Mesjasza na próbę. Zwykle skupiamy się na samym kuszeniu. Jednakże decydująca jest treść trzech pokus, które mają w zasadzie jeden cel. Jezus - Syn Boży - powinien ukazać i wykorzystać w pełni boską władzę. Zamiast uniżenia i ukrywania się w ludzkiej postaci, powinien pójść na skróty i przyjąć logikę szatana: efektywność działania, powalenie ludzi na kolana, objawienie potęgi. W tle pojawia się jednak inny zamiar. Ojciec kłamstwa próbuje odwieść Jezusa od krzyża. Podobnie będzie działał w Ogrodzie Oliwnym. Grając na lęku, będzie dążył do zniechęcenia i odstręczenia Chrystusa od wypełnienia tego "niefortunnego" planu. Nawet na krzyżu Jezus będzie namawiany do tego, aby użył nadludzkiej mocy i uwolnił się od cierpienia.

Czy to nas nie dziwi? Przecież diabeł powinien być raczej zadowolony z krzyża Chrystusa. Brutalność, rozlew krwi, nienawiść to jego specjalność. Czuje się w nich jak ryba w wodzie. A jednak wszystkie pokusy zmierzają w tym kierunku, aby zmienić plany Jezusa. Wygląda na to, że w ofierze Zbawiciela nie chodzi o cierpienie i przemoc samą w sobie, chociaż te rzeczywistości szczególnie rzucają nam się w oczy. Diabeł przeczuwa tutaj coś więcej. Dlatego szyderstwa pod krzyżem i złorzeczenie współwiszącego łotra to jego ostatni chwyt: Zatrzymać to szaleństwo. Sprawić, aby Chrystus nie dokończył dzieła, aby zrezygnował, wycofał się, zmienił zdanie.

Męki Jezusa nigdy nie wolno odłączać od zmartwychwstania ani separować jej od świadectwa całego Jego życia. To prawda, że pasja jest szczytem obecności Boga na ziemi, ale prowadziła do niej długa droga. Golgota to ostateczne potwierdzenie wierności Boga względem samego siebie i człowieka. Aż trudno sobie wyobrazić, co stałoby się, gdyby Chrystus wycofał się w którymś momencie. Miłość okazałaby się po prostu słabsza.

Wielkość ofiary Jezusa polega na tym, że wytrzymał próbę, pomimo cierpienia, gdyż był zjednoczony z Ojcem. Zejście z krzyża oznaczałoby, że cała Ewangelia to jedna wielka farsa. Niesamowite oszustwo. Jeśli stracimy z oczu wspierającą obecność Boga, który w wytrwałości cierpiącego daje dowód, że istnieją wartości większe niż nienawiść, przemoc, kłamstwo i podstęp, wszystkich męczenników musielibyśmy uznać za obłąkanych. Po ludzku to nieprawdopodobne, aby św. Wawrzyniec wytrzymał cierpienie na rozpalonym ruszcie bez woli ucieczki. Jak pojąć heroiczne męczeństwo św. Andrzeja Boboli, który godzinami znosił wymyślne kaźnie zadawane przez Kozaków.

Bóg nie usuwa cierpienia z naszego życia ani nie znajduje w nim żadnego upodobania. Wszystkich dotyka bezradność wobec zagadki cierpienia. Jedyną odpowiedzią, jaką daje nam Pismo, jest to, że z Bogiem możemy je znieść. Siła cierpiącego sługi pochodzi ze słuchania słowa Pana. "Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie" (Iz 50, 4). Być może milczenie Chrystusa podczas procesu i męki wypełnione było słuchaniem słów Ojca, które wcześniej obwieścił światu.

Przyjęcie przemocy przez Chrystusa świadczy o istnieniu niezmiennej i niewidzialnej rzeczywistości, która góruje ponad naszym doświadczeniem bezradności i zmienności. Gdyby Jezus odpowiedział odwetem na przemoc, nasze życie właściwie nie miałoby większego znaczenia. Współcześni sceptycy twierdzą, że to chrześcijanie wymyślili sobie zmartwychwstanie, gdyż nie chcą skonfrontować się ze smutną rzeczywistością śmierci ich Założyciela. Takie odurzenie - jak sądzą - pomaga chwilowo znieść gorycz porażki. Twierdzą bowiem, że nie ma żadnego nieba. Jest tylko to, co widzimy, czujemy i czego dotykamy. I tak jak na krzyżu Jezus nie udowodnił nikomu swojej boskości, tak i teraz nie objawi się, zmuszając kogokolwiek do wiary.
Medytacja pochodzi z książki Dariusza Piórkowskiego SJ "Słowo w naczyniach glinianych".