Jezus w jaskini zbójców

Dosyć często na stronicach Ewangelii spotykamy Jezusa, który nie kryje swoich uczuć: wzrusza się głęboko, płacze nad grobem Łazarza (zob. J 11,38 n.), raduje się w Duchu (zob. Łk 10,21 n.), wyznaje gorące pragnienie (zob. Łk 22,15), smuci się śmiertelnie i odczuwa trwogę (zob. Mt 26,37), jest tak udręczony, że aż poci się krwią (zob. Łk 22,44). Bliskość człowieka, którego głos i ciało drżą ze wzruszenia, zawsze nas peszy. Czujemy się niezręcznie. Zaskoczeni, nie wiemy, jak się zachować. A co powiedzieć, gdy wzrusza się i szlocha sam Bóg-Człowiek. Ewangeliści wiedzieli, że potrzebujemy spotkań z Jezusem, który nie kryje swoich uczuć: smuci się, lęka, cały drży, ma oczy zalane łzami, gniewa się. Potrzebujemy ich zwłaszcza, gdy kryjemy twarz pod maską udawania, grzęźniemy w niesłusznym samozadowoleniu. Potrzebujemy ich, „by podważyły nasze zadowolenie, by skorygowały naszą pewność siebie, by zakwestionowały naszą uczciwość, odkryły plamy na naszym «dobrym sumieniu»” (A. Pronzato). Jezus wzrusza się, aby poruszyć nas do głębi...

Skarga, płacz i gniew Jezusa

Tak jest w przypadku trzech wydarzeń zapisanych przez Łukasza, które będą w centrum naszych rozważań. Spotykamy w nich Jezusa, który nie próbuje ukryć swoich uczuć. Wręcz je manifestuje. Jakby chciał nam dać odczuć, że narasta w Nim bolesne napięcie: najpierw się żali (zob. 13,34 n.), potem płacze (zob. 19,41 nn.), aż wreszcie wybucha gniewem (zob. 19,45). Nie przywykliśmy do takich zachowań Jezusa. Dlaczego tak radykalnie manifestuje On swój ból i niezadowolenie? Powód za każdym razem jest ten sam. Chodzi o Jerozolimę i o świątynię, które „przestały być domem Boga”. Chodzi o najświętsze miejsce, które miało być domem zażyłych spotkań synów i córek z Ojcem, a nim nie jest. Dom (oikos) – miejsce wesela, otwarte „dla wszystkich narodów” (Iz 56,7), miało przypominać o tęsknocie Boga za każdym człowiekiem. Tymczasem Jego dom został zdemolowany przez ludzką zarozumiałość i fałszywą religijność. Zamienił się w jaskinię zbójców, dlatego zamiast weselem wypełnił się skargą, płaczem i gniewem Jezusa.

Musimy koniecznie zatrzymać się przy trzech wydarzeniach, aby spotkać się z przeżyciami Jezusa: usłyszeć, jak się żali, jak zanosi się od płaczu, jak, rozgniewany, podnosi głos. Musimy „dotknąć” Jego drżących warg i zapłakanej twarzy, poczuć, jak nasza dłoń staje się mokra od Jego łez. Musimy zobaczyć, jak wyrzuca nasze „stoły”, które zasłaniają ołtarz, a nawet poczuć na sobie uderzenie Jego bicza (zob. J 2,15). To także jest Dobra Nowina dla naszego zbawienia. Zacznijmy od początku, aby choć w części odczytać przeżycia Jezusa i rozważyć, co chciał powiedzieć, gdy zaczął się żalić, płakać, gdy wybuchnął w świątyni świętym gniewem. Od samego początku pytajmy też o siebie: jakie przeżycia wywołuje w nas Jego żal, płacz, gniew? Pytajmy Jezusa: jak czuje się w naszym „mieście życia”, w naszym „domu modlitwy”?

Bóg nierozpoznany we własnym domu

W Ewangelii Łukaszowej od początku do końca przewija się pewien bolesny wątek. Na obliczu Jezusa widać cierpienie, ponieważ nie zostaje rozpoznany w Nim Bóg, który przychodzi do swojego domu. Choć wszyscy są w domu, czekają na Niego, słuchają Jego słowa, składają Mu ofiary i celebrują przymierze z Jahwe, nie rozpoznają Go. Rozmijają się z Bogiem w Jego własnym domu. Czekają na własnego wyimaginowanego Boga. Czytając Łukaszową Ewangelię, ma się wrażenie, że im bliżej Jerozolimy, tym bardziej oblicze Jezusa staje się zapłakane. Już wcześniej, zaraz na początku misji, został wyrzucony z synagogi, gdzie czytał i wyjaśniał Izajasza (zob. 4,28-29). Wie, że wyrzucą Go także za mury świętego miasta. Co boleśniejsze, Jego orędzie zostanie odrzucone przez kapłanów i teologów, którzy mieli stać się Jego pierwszymi świadkami i głosicielami. Jest odrzucane w świętym mieście, w którym codziennie pielgrzymuje się do świątyni Jahwe, czyta Torę i Proroków, składa ofiary przebłagania za grzechy i wyczekuje Mesjasza.

Zatrzymajmy się najpierw przy dwóch fragmentach, które dobitnie ukazują cierpienie Jezusa i dramat miasta, nierozpoznającego czasu łaski od Pana. W 13. rozdziale spotykamy się z Jezusem, który skarży się na święte miasto: „Jeruzalem, Jeruzalem! Ty zabijasz proroków i kamienujesz tych, którzy do ciebie są posłani. Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swoje pisklęta pod skrzydła, a nie chcieliście. Oto dom wasz tylko dla was pozostanie. Mówię zaś wam: nie ujrzycie Mnie, aż nadejdzie czas, gdy powiecie: Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie” (13,34-35). Skarga pełna troski i zaniepokojenia w 19. rozdziale przechodzi w głośny płacz Jezusa nad Jerozolimą: „Gdy był już blisko, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: «O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, oblegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia»” (19,41-44).

Umiejscowienie tych dwóch wydarzeń z punktu widzenia struktury Ewangelii Łukaszowej jest zastanawiające: skarga Jezusa daje się słyszeć jakby w samym centrum Jego działalności, gdy konsekwentnie „utwierdzony” w swojej decyzji, zmierza do Jerozolimy, głosząc w drodze Ewangelię. Natomiast płacz Jezusa słyszymy na progu świętego miasta, na krótko przed męką. Widzimy pewne napięcie i narastającą dramaturgię między tymi rozdziałami.

Co oznaczają skarga i płacz Jezusa? Odpowiedź znajdujemy w słowach płaczącego Jezusa: „żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia”. Oto powód, który doprowadza Go do płaczu. Bóg płacze przed swoim domem! „Sądzę, że tego dnia kamienie Jerozolimy oblały się zimnym potem. Może odtąd wapno już nie wiązało, łuki odczuwały swą kruchość, fundamenty popękały. Tego dnia, gdy Jezus zapłakał, miasto poczuło bliską śmierć. Tego dnia miasto umarło” (Turoldo).

Mury nasiąknięte ludzką perwersją i łzami Jezusa

Tę śmierć miasta Jezus weźmie na siebie. On sam będzie umierał za miasto, aby mogło kiedyś powstać z ruin, do których doprowadził je grzech nierozpoznania czasu nawiedzenia Boga. Łukasz używa słowa „zapłakał”. Sugeruje, że jest to płacz głośny, któremu towarzyszą jęki i skargi, jakby publiczny, ostentacyjny, „psujący” atmosferę święta, uroczystego „hosanna”. Nie jest to płacz kogoś, kto, zaskoczony, reaguje szlochem na bolesną sytuację, której się nie spodziewał. Jezus płacze nad Jerozolimą, a nie nad swoim cierpieniem. Jego płacz jest głoszeniem orędzia miłosierdzia aż do łez. Objawia determinację Boga. Jezus nie zmienia swojej decyzji. Wie, że idzie do miasta, w którym zostanie odrzucony. Bezpośrednio przed skargą nad Jerozolimą, kiedy niektórzy faryzeusze przestrzegają Go przed Herodem chcącym Go zabić, On z mocą odpowiada: „Dziś, jutro i pojutrze muszę być w drodze, bo rzecz to niemożliwa, żeby prorok zginął poza Jeruzalem” (13,33). Jezus mówi: cokolwiek się dzieje, „muszę” iść do Jerozolimy. Idzie zbawiać dom, który zamienił się w jaskinię zbójców. Jego podwójne zawołanie podczas skargi na miasto: „Jeruzalem, Jeruzalem” dla semity może oznaczać słowa sądu, ale mówi także o rozdzierającym cierpieniu kogoś, kto kocha, a kto w odpowiedzi na miłość spotyka się z wrogością. Słyszymy więc skargę, która wypowiadana jest w klimacie sądu i cierpiącej miłości. Sądu jednak nie należy rozumieć w wymiarze czysto ludzkim. Bóg sądzi nie po to, aby potępiać, aby mścić się, ale by zbawiać. Skarga i płacz Jezusa nie przenikają stronic Ewangelii klimatem rozczarowania, złości czy sądnego mszczenia się. Pismo Święte naznaczone jest łzami Boga, który nierozpoznany i odrzucany w swej miłości, cierpiąc, nie przestaje zbawiać. Wydaje siebie do końca. Księga Ewangelii kończy się nie na skardze i płaczu Jezusa, ale na Jego męce, śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu.

Skarga i płacz potwierdzają, że czas łaski trwa. Jednocześnie ujawniają z ostrością perwersję i nieprzejednanie człowieka wobec miłości Boga, która cierpi, ponieważ nie zostaje rozpoznana i przyjęta. Jezus skarżący i płaczący jakby czyta historię zbawienia z perspektywy miłości miłosiernej Boga, która pozostaje wierna człowiekowi, a nie zostaje przez niego odczytana. Jest wręcz odrzucana. Perwersja ludzi religijnych nie zna granic. W „imię Boga” nie przestają zabijać proroków Jego miłosierdzia. Jezus, Syn Ojca miłosierdzia, podzieli ten los. Ale miłość Boga nie przestaje się objawiać także wobec przewrotności zabijających. Jezus przywołuje poruszający obraz, metaforę ptaka, który gromadzi pisklęta pod swoje skrzydła. W Starym Testamencie obraz ten jest symbolem troskliwej i opiekuńczej miłości Jahwe nad Izraelem. Jezus mówi: „Ile razy chciałem zgromadzić twoje dzieci, jak ptak swoje pisklęta pod skrzydła, a nie chcieliście” (13,34). Jezusowe „ile razy”, „ilekroć” podkreśla nieustanne wielokrotne przychodzenie Boga w historii narodu, jak ojciec przychodzący z troskliwą miłością do swego dziecka. Ze stwierdzeniem: „Ile razy chciałem...” kontrastuje pełne bólu: „A nie chcieliście”. Jezus ujawnia swoisty dramat rozgrywający się w sercu Boga. Jest to dramat Boga „kruchego”, który może być odrzucony w swoich najczulszych gestach miłości. Ta kruchość nie wynika z pojętej po ludzku słabości, ale wypływa z Jego niepojętej miłości. Zauważmy napięcie między: „Ile razy chciałem” a: „Nie chcieliście”. Jezus, w swoim Boskim pragnieniu miłości, pozostaje bezbronny wobec ludzkiego: „Nie chcę”. Oto dlaczego płaczący Jezus wyznaje z bólem: „O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi! Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami” (19,42).

W wyznaniu Jezusa zdaje się ujawniać jeszcze większe napięcie niż podczas skargi, ponieważ dotyka ono najgłębszej rany – odrzucenia. Jezus nie tylko się skarży, ale płacze, ponieważ On, który jest Słowem ostatecznym Ojca, przychodzi ogłosić rok łaski od Pana, przychodzi jako Słowo, które „dzisiaj” się spełnia, a tymczasem zostaje odrzucone. Słowo, które służy pokojowi, zostaje odrzucone przez miasto, które paradoksalnie ze swego imienia miało być miastem pokoju (Shalem = Shalom). Jerozolima odrzuca dar pokoju i przyjaźni z Bogiem. Dlatego Jezus dodaje, że „ten dzień”, w którym spełnia się obietnica przychodzenia Boga miłosierdzia, dla niej zamienia się w czas ślepoty i ciemności. Żyje bowiem w samym sercu dziejów historii zbawienia, słyszy orędzie miłosierdzia, a pozostaje ślepa: „teraz zostało to zakryte przed twoimi oczyma”.

Ruina: dom bez Boga

Jezus tłumaczy konsekwencje takiej postawy: przedstawia obraz miasta, które odrzuca dzień łaski. Ukazuje związek między nierozpoznaniem orędzia miłosierdzia a historią miasta. Nierozpoznanie orędzia Ewangelii staje się dla miasta powodem katastrofy. Brak rozeznania słowa zbawienia zamienia je w gruzy, w ziemię pozbawioną życia. Łukasz w redagowaniu Ewangelii ma ciągle na uwadze paschalną perspektywę wydarzeń. Jego wspólnota, która ma przed oczyma ruiny świętego miasta, otrzymuje w tych wersetach odpowiedź na pytanie o obecność Boga w historii. Łukasz pokazuje oczywisty związek, również historyczny, między rozpoznaniem ewangelicznego orędzia a losami miasta. Istnieje bowiem ścisły związek między wiarą i pokojem, między słowem Boga i życiem, między odrzuceniem Dobrej Nowiny a zniszczeniem i śmiercią.

Ten związek nie jest owocem mściwej kary Boga, ale gorzkim owocem odrzucenia orędzia przez mieszkańców miasta. Podczas skargi i podczas swego płaczu, w cierpieniu i bólu, Jezus wylicza nieszczęścia miasta. Jedno z nich jest najbardziej tragiczne, pozostałe są właściwie jego konsekwencją. Jezus, skarżąc się, mówi: „Oto dom wasz tylko dla was pozostanie” (13,35). Dosłowne brzmienie wyraźniej odsłania dramat świętego miasta: „Oto zostawiony jest wam dom wasz”. Chodzi o opuszczenie domu przez Boga. Dom oznacza zarówno świątynię, jak i miasto. Ponieważ słowo Boga nie zostało przyjęte, czas łaski nierozpoznany, miasto, które było mieszkaniem Boga, zamieni się w pustynię. Spełnią się tragiczne zapowiedzi proroków: „Opuściłem swój dom, pozostawiłem swoje dziedzictwo. To, co umiłowałem, oddałem w ręce mych nieprzyjaciół” (Jr 12,7). „I odeszła chwała Pańska z granic miasta” (Ez 11,23). Bóg opuszcza świątynię, miasto, mieszkańców nie dlatego, że nie chce być z nimi, nie dlatego, że się śmiertelnie obraża, ale dlatego, że opuszcza i zostawia Go lud. Bóg opuszcza mury miasta i idzie za ludem aż na wygnanie, aż do grobu. Łukasz, który pisze Ewangelię po zburzeniu Jerozolimy, przypomina wspólnocie słowa Jezusa, które sprawdziły się w historii miasta, gdy Rzymianie pod wodzą Tytusa zamienili je w ruinę. Historia nie wymyka się z rąk Kyriosa. Jezus zmartwychwstał i panuje w niej mocą swego słowa. Łukasz podkreśla, że obraz ruin miasta jest obrazem społeczeństwa, które odrzuca orędzie miłosierdzia. Tak dzieje się z każdym człowiekiem, który nie rozpoznaje w swoim życiu czasu nawiedzenia Boga.

Odrzucenie wiary w Zmartwychwstałego czyni życie ludzkie tragicznym, pustym. On jednak nie przestaje działać i zbawiać także pośród ruin ludzkiej egzystencji. Nie przestaje być Bogiem miłosierdzia, który jak ptak gromadzi pod swe skrzydła Ewangelii każdego, kto chce przyjąć Jego orędzie. Nie jest bezlitosnym sędzią. Nie On wysyła niszczycielskie wojska, nie On zsyła nieszczęścia. Nie chroni jednak sztucznie przed konsekwencjami ludzkich grzechów, złych wyborów z powodu braku rozeznania i rozpoznania. Działa pomimo i pośród tych złożonych wydarzeń świata. Nie przestaje przychodzić. Wychodzi naprzeciw, tak jak to uczynił w Jezusie, aby leczyć ludzkie rany. Ważne jednak jest, by uczeń Go rozpoznał i przyjął. Także w tej tragicznej zapowiedzi zburzenia miasta zostawił obietnicę: „Nie ujrzycie Mnie, aż nadejdzie czas, gdy powiecie: Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie” (13,35). Orędzie miłosierdzia pozostaje żywym znakiem Jego przychodzenia. Każdy, kto się na nie otworzy, doświadczy Jego zbawczej mocy.

Skarga i płacz Jezusa nie mają w nas budzić jedynie wyrzutów sumienia. Stają się usilnym wezwaniem do rozpoznania czasu Jego nawiedzenia w „mieście naszego życia”. Jeśli będziemy rozmijać się z Nim we własnym „mieście”, rozminiemy się z Nim także w Jego świątyni, w domu modlitwy.

Jezus nawiedza nas z orędziem miłosierdzia w tych wszystkich miejscach naszego życia, w których jeszcze nie zostało ono rozpoznane. Przychodzi do nas ze słowem pokoju i uwolnienia, aby zdjąć z nas ciężary, które nie pozwalają nam żyć w pełni. Chce nam przywrócić tchnienie życia.

Przywracanie Bogu pierwszego miejsca

W relacji Łukasza, podróż Jezusa do Jerozolimy dobiega końca w świątyni. Po uroczystym wjeździe do miasta udaje się On bezpośrednio do domu Ojca: „Wszedł do świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej” (19,45). Konsternacja. Wybucha bowiem gniewem nieprzewidzianym w tej ceremonii. „Psuje” święto. Skąd taka reakcja u Jezusa? Co takiego wywołało w Nim gniew?

„Świątynia – jak pisze w wymownym komentarzu historyk religii Jean-Paul Roux – od dawna stała się miejscem przyciągającym przekupniów i bankierów: każde miejsce pielgrzymkowe przyciąga tego rodzaju pasożytów. W czasie święta Paschy do świątyni cisnęły się ogromne tłumy, pełno było nie tylko ludzi, lecz także osłów, mułów, i wielbłądów. Przynoszono dziesiątki tysięcy zwierząt ofiarnych. Obok sprzedawców pamiątek tłoczyli się bankierzy: na pieniądzach Żydów z diaspory wybite były wizerunki władców, co nie pozwalało na ich użycie w miejscu świętym, należało je więc wymienić na pieniądz miejscowy. Świątynia, sanktuarium, miejsce skupienia i modlitwy? Przestrzeń poświęcona wielbieniu wielkości Boga? Odzwierciedlenie monoteizmu Żydów, który wydaje się tak niezwykły w świecie starożytnym? Nie. Ociekająca krwią rzeźnia i targowisko, prawdziwe targowisko”.

Zaczynamy rozumieć reakcję Jezusa. Jeśli poszerzymy naszą lectio z Łukasza o relację czwartej Ewangelii, to dowiemy się, że drastyczne zajście w świątyni nie jest wcale pierwszym. Już raz miało ono miejsce. Według relacji Jana było to na początku Jego działalności (zob. J 2,13 nn.). „Po raz drugi wypędził Jezus przekupniów przed swoją ostatnią Paschą. Niektórzy krytycy uważają, że jest to ta sama scena, niezręcznie powtórzona lub też źle umiejscowiona w czasie przez nie dość dokładną pamięć. Tymczasem istnieją racje psychologiczne przemawiające za tym, że Jezus ponowił swój gest: przekupnie nigdy nie zostali definitywnie wypędzeni ze świątyni” (J.-P. Roux)

Każde Jego słowo, gest, zachowanie potwierdzają Jego panowanie i autorytet. Wyrzucenie przekupniów i słowa, które wypowiada, nie pozostawiają wątpliwości: Jezus przychodzi, aby wziąć w posiadanie świątynię, w której ludzie zaczęli się panoszyć. Z całą stanowczością przypomniał, że On jest Panem każdego miejsca na ziemi, także tego, które wskazywane jest jako Święte świętych, miejsce obecności Najwyższego. Jezus staje w centrum najświętszego miejsca, aby przypomnieć, że to On jest punktem odniesienia dla prawdziwej religijności. W centrum jest On, a nie liturgiczne obrzędy, składanie ofiar, zbieranie pieniędzy. Jezus konfrontuje obecnych w świątyni z prawdą o ich chorej religijności. Demaskuje i atakuje nadużycia. Dla przychodzących świątynia była centrum życia duchowego, ale także centrum żydowskiej ekonomii. Wszyscy Hebrajczycy z Palestyny i z diaspory byli związani ze świątynią: tutaj przychodzili dopełnić złożonych ślubów, celebrować doroczne święta, składać ofiary, ale tutaj także deponowali swoje oszczędności. Świątynia była sanktuarium, a zarazem narodowym bankiem, była tronem Boga, a także tronem elit Izraela.

Jezus otwarcie kontestuje taki system życia religijnego. Odrzuca zacieranie granicy między sacrum a profanum. Zmysłem wyobraźni możemy usłyszeć stanowczy ton w zagniewanym głosie Jezusa. Jego słowa mają duży ciężar gatunkowy i obnażają dwuznaczność religijnej postawy wierzących: „Napisane jest: Mój dom będzie domem modlitwy, a wy uczyniliście go jaskinią zbójców” (19,46). Mówi jednoznacznie, że religia nie może stawać się pretekstem czy parawanem dla działalności handlowej, dla kupczenia i gromadzenia zysków. To nadużycie Jezus demaskował i zwalczał z całą mocą. Aby dobitnie wyrazić swój ostry sprzeciw, przywołuje słowa proroka Jeremiasza (zob. Jr 7,11), który skarżył się na ślepą wiarę i ufność pokładaną nie w Bogu, lecz w samej świątyni, wykorzystywanej do udzielania schronienia złodziejom i ich złym czynom, do zasłaniania tego, co ohydne, tym, co święte. Jezus swoim gestem zwraca się nie przeciw kultowi w świątyni, ale przeciw takiemu organizowaniu kultu, w którym Bóg nie jest już w centrum; nie jest już czczony, ale używany dla ludzkich celów. Jezus dokonuje oczyszczenia świątyni, to znaczy przywraca jej właściwe miejsce w naszym życiu. Oczyszcza historię naszego życia z zafałszowanych postaw religijnych.

Nagle Łukasz przenosi nasz wzrok z pełnego ekspresji obrazu Jezusa wyrzucającego sprzedających ze świątyni na obraz wyraźnie z nim kontrastujący (zob. 19,47-48). Ta sama świątynia i jakże odmienny klimat... Widzimy nauczającego Jezusa i mnóstwo ludzi, którzy słuchają Go z zapartym tchem. Oto obraz domu modlitwy, w którym przywrócony został porządek. Tak powinno być codziennie: w centrum Bóg i Jego słowo. Przebywanie w świątyni ma służyć Jedynemu. Niestety, z postawą zasłuchanego ludu kontrastuje zachowanie trzech grup, które Łukasz wyraźnie wskazuje. Są to arcykapłani, uczeni w Piśmie i przywódcy ludu – należący do arystokracji społecznej członkowie Sanhedrynu. Prawdopodobnie Łukasz czyni aluzję do współczesnych sobie przywódców Kościoła, którzy nie zawsze spełniali pozytywną rolę we wspólnocie. Charakteryzuje ich opór wobec nauczania Jezusa i podstęp. Czyhali oni bowiem na Jego życie.

Łukasz przedstawia w ten sposób obraz historii ludzkiego życia, w którym ścierają się dwie postawy: z jednej strony przylgnięcie do Ewangelii, z drugiej dwuznaczność, podstęp, ukryte złe intencje. Szczególnie wstrząsający może być fakt, że w opozycji do Jezusa są duchowe autorytety narodu, przekonane zresztą, że działają w imię Boga. Chorują na „dobre samopoczucie” i pewność siebie, budowaną na własnej teologii. Zżera ich triumfalizm. Mają swoją wizję Boga i duszpasterstwa. Wchodzą codziennie do świątyni, aby słuchać głównie siebie, celebrować własną wizję życia, gotowi nawet „nawracać” Jezusa. Sprzeciwiają się Bogu, którego głoszą innym. Podobnie w „tryumfalistycznym chrześcijaństwie jest miejsce dla wszystkich i dla wszystkiego: dla naszej próżności i dla dyplomatów, dla naszego pragnienia władzy i dla karierowiczów, dla naszej pychy i dla zawodowych pochlebców. Nie ma już miejsca dla Jezusa” (A. Pronzato). Gdyby kiedykolwiek „miasto naszego życia” miał zaatakować triumfalizm, już teraz prośmy Jezusa, aby zamienił w ruinę nasze „dobre samopoczucie” i powyrzucał z naszego życia wszystko, co „zagraciło” Jego dom modlitwy i zajęło należne Mu pierwsze miejsce. Niech nauczy nas płakać nad sobą, aż nasze życie stanie się „domem kultu jedynego Boga”.

Krzysztof Wons SDS
 
Źródło Internet Portal Katolik