Lenistwo jest unikaniem wszelkiego trudu i wysiłku, a przez to brakiem pełnego życia, biernością, rezygnacją, obojętnością, stagnacją. To nie jest tylko bezczynność umysłu i bezczynność ciała: to zatruta wola, która poczynając od obojętności i postawy "nic mnie to nie obchodzi", przechodzi w świadome wyrzeczenie się radości i kulminuje się w chorobliwej introspekcji i rozpaczy (D. Sayers).

           

U źródeł lenistwa leży zwykle deficyt miłości; zarówno w przyjmowaniu, jak i w umiejętności dawania, dzielenia się.  Przyczyną lenistwa jest też pustka wewnętrzna, duchowa, brak sensu życia, niewłaściwa hierarchia wartości, promująca rzeczy materialne i przemijające. Pustka i brak głębszych wartości prowadzi do poszukiwań coraz mocniejszych wrażeń i przyjemności zmysłowych, a z czasem do nudy, obojętności i duchowego lenistwa.

           

Lenistwo jest brakiem akceptacji życia, cieszenia się nim, troski o jego rozwój. Stwórca "wdrukował" w serce człowieka niezaspokojone pragnienie Bożej miłości, gdy człowiek o tym zapomina i szuka własnego szczęścia, wcześniej czy później doświadczy własnej niemożności i ograniczeń. Zamiast oczekiwanej satysfakcji, spełnienia i radości, straci stopniowo pragnienie miłości i Boga, a w konsekwencji sens i wartość życia. Jest jedna rzecz, która nigdy się nie nudzi: Bóg… dlatego jeśli będziemy znudzeni Bogiem, będziemy znudzeni wszystkim (P. Kreeft).

           

Lenistwo gasi wszelkie pasje, inwencje, twórczość. Rodzi miernotę, przeciętność, bylejakość. Prowadzi do postawy roszczeniowej i wygodnictwa. Sprawia, że człowiek robi to, co musi i tyle, ile musi, z zegarkiem na ręku. Jeden z moich przełożonych zwykł mawiać, że w każdej wspólnocie zakonnej jest o kilku kapłanów za mało i o kilku za dużo. Za mało gorliwych, ambitnych, twórczych, chętnych do pracy i służenia innym, a za dużo "obowiązkowych", przeciętnych czy wręcz leniwych. 

           

Jedną z form duchowego lenistwa jest acedia. Termin ten spopularyzował Ewagriusz z Pontu, mnich wschodni żyjący w IV wieku: Acedia jest umiłowaniem sposobu życia demonów, czyni chód chwiejnym, nienawidzi pracowitości, walczy przeciw wyciszeniu duszy, jest namiętnością udaremniającą śpiew psalmów, opieszałością w modlitwie, rozluźnieniem w ascezie, sennością zbyt wcześnie przychodzącą, snem obracającym się wokół siebie, brzemieniem szaleństwa, nienawiścią celi, przeciwniczką trudów, przeciwieństwem wytrwałości, wędzidłem do rozmyślania, nieznajomością Pism, wspólniczką smutku, jest jakby zegarem odmierzającym porę posiłku. Ewagriusz nazywa acedię "demonem pory południowej": Demon acedii, nazywany także demonem południa, jest najuciążliwszy spośród wszystkich demonów. Nachodzi mnicha około godziny czwartej i osacza jego duszę aż do godziny ósmej.

           

Acedia nie jest tylko wadą mnichów. U świeckich występuje równie często, chociaż przybiera inne formy. Charakteryzuje się większymi skrajnościami. Z jednej strony hiperaktywnością, a  z drugiej  nudą, pustką, wewnętrznym niepokojem, skłonnością do depresji. Nasila się szczególnie u osób egocentrycznych i pysznych: Człowiek cierpiący na acedię jest głęboko egoistyczny, adoruje samego siebie, jest samotny i niestały, ponieważ niezdolny jest do poświecenia się dla tego, co kocha. Jest już martwy (G. Cucci).

           

Acedię leczy wytrwałość i czynienie wszystkiego z wielkim staraniem i bojaźnią Bożą. Wyznacz sobie miarę w każdym dziele i wcześniej nie odstępuj, póki jej nie wypełnisz. I módl się uważnie i żarliwie, a duch acedii ucieknie od ciebie (Ewagriusz). Ponadto pomocny jest codzienny rachunek sumienia połączony z rozeznawaniem duchowym, asceza, kierownictwo duchowe, stawianie sobie konkretnych celów i ich realizacja, posłuszeństwo oraz akceptacja krzyża i cierpienia. Niedoścignionym wzorem może być św. Franciszek Ksawery, Apostoł Indii. W czasie strapienia duchowego (termin zbliżony do acedii) modlił się: "więcej, więcej!", a w czasie radości i pociech - "dosyć Panie, dosyć!".      

 

W rozumieniu gniewu jako wady głównej istnieje wiele nieporozumień. Z jednej strony każdy emocjonalny objaw gniewu uważany jest za sprzeczny z Ewangelią i bywa tłumiony.

 

W efekcie tworzy się mit człowieka idealnego, łagodnego, pozbawionego jakiejkolwiek negatywnej reakcji. Z drugiej strony podkreśla się prawo człowieka do bardzo modnej dziś asertywności, która nadmiernie akcentuje prawo człowieka do szczęścia, niestety, często kosztem innych.


Gniew jest stanem emocjonalnym, który sam w sobie jest moralnie obojętny; ocenie podlega natomiast sposób jego wyrażania i dalsze konsekwencje. W takim ujęciu (upraszczając) można wyróżnić dwa rodzaje gniewu: uczuciowy (zmysłowy) i racjonalny (przemyślany). W wymiarze moralnym może być "sprawiedliwy", "święty", pozytywny lub niesprawiedliwy, egoistyczny, grzeszny, negatywny (A. Zwoliński).


Pozytywna wartość gniewu bywa przez wielu autorów podważana i negowana. Niemniej ma on swoje pozytywne oblicze. Conrad W. Baars, urodzony w Rotterdamie amerykański psychiatra przebywał blisko dwa lata w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie. Z tego tragicznego czasu wyniósł potrzebę pogłębionej modlitwy, męstwo oraz zrozumienie ludzkiej psychiki. Siłą, która pozwoliła mu przeżyć wraz z pięcioma innymi więźniami najtrudniejsze czasy, był gniew: Obok mojej wiary w Boga, był to mój nieustanny gniew i złość na nazistów, za pozbawienie mnie wolności, za nieludzkie traktowanie więźniów, które stymulowały moją determinację, by przeżyć i przez to pozbawić ich satysfakcji z widzenia mnie martwym. Mój gniew dostarczał mi energii, by przeżyć ciężkie roboty, głodowe dawki żywieniowe i inne próby. Pomimo że nie mogłem nigdy wyrazić mojego gniewu w żaden sposób, nie tłumiłem go. Był on nieustannie kierowany przez mój rozum, który ostrzegał mnie, że jeśli wyrażę swój gniew na zewnątrz, umrę. Modlitwa i gniew pozwoliły mi doczekać godziny wyzwolenia.


Gniew służy rozwojowi, pasji, kreatywności, wyzwala wiele energii, która może służyć dobru i rozwojowi. Gniew pozwala tworzyć relacje oparte na szczerości, w których nie tłumi się uczuć, ale uczy się je wyrażać. Ponadto pozwala bronić siebie, swoje prawa, poglądy, wyrażać własne potrzeby i określać granice, a także walczyć ze złem. Dlatego gniew, złość i agresja mają prawo istnieć we wspólnotach zakonnych, na plebaniach, w małżeństwach, w seminariach itd. (K. Grzywocz).


Gniew może mieć również negatywne skutki, np. celowe zło, niszczenie, destrukcja. Taki gniew jest nieprzyjacielem rozumu; niszczy siebie, innych, relacje, miłość. Prowadzi do nienawiści, wyzwala pragnienie zemsty i inne najniższe instynkty. Człowieka gniewnego można porównać do wulkanu, który swoją lawą unicestwia wszystko dookoła. I gdy nawet nie jest "aktywny", nosi w sobie zagrożenie dla innych, tak jak każdy pomruk i drżenie ziemi może zwiastować tragedię (A. Zwoliński).


Konsekwencje gniewu nie zawsze są przewidywalne. Czasami wydaje się, że gniew bywa subiektywnie słuszny, jednak obiektywne konsekwencje są nieproporcjonalne. Przykładem może być Marcin Luter. W jego życiu gniew wywarł dalekosiężne konsekwencje. Kiedy jestem gniewny, mogę dobrze pisać, modlić się i głosić kazania, ponieważ wtedy moja krew szybciej krąży, moje pojmowanie jest wyostrzone, a wszystkie ziemskie troski i pokusy odchodzą - pisał. Jednak jego gniew spowodowany błędami i grzechami hierarchii Kościoła doprowadził do reformacji i rozłamu, który utrwala się przez wieki i prowadzi do dalszych podziałów.


Św. Ignacy z Loyoli, inny wielki człowiek w tym samym czasie spożytkował swoją energię, zakładając zakon i podejmując odnowę wewnętrzną Kościoła. Jego "gniew" łączył, budował, nie dzielił i burzył.  Różnice między gniewem duchownych katolickich i protestanckich trafnie ujmuje anegdota: gdy występuje konflikt między katolikami powstaje nowy zakon, natomiast w przypadku protestantów - nowy Kościół. 

 

Należy pielęgnować wewnętrzne zmysłowe pragnienia, odkrywać ich piękno i sens, ale równocześnie nadawać im właściwy kierunek.

 Małgorzata z Oingt, zakonnica żyjąca w XIV wieku w jednej ze swoich wizji zobaczyła siebie jako wyschnięte drzewo, na którego gałęziach wypisane były nazwy pięciu zmysłów: wzroku, słuchu, smaku, powonienia i czucia. Mimo iż drzewo było uschłe, zaczęło kwitnąć nawodnione przez rzekę symbolizującą źródło życia - Chrystusa. Wizja ta wskazuje na wartość i umiejętność korzystania ze zmysłów. Zmysłowość jest wartościowa i dobra, jeżeli korzystamy z niej w sposób właściwy i wolny. Może stać się pułapką, jeżeli przysłoni inne wartości, szczególnie duchowe.

           

Zmysły służą poznaniu, miłości, bliskości, czułości, zbliżają do Boga i człowieka. Św. Ignacy spośród wielu form modlitwy proponuje również kontemplację z zastosowaniem zmysłów. Wszystkie zmysły można "wciągnąć" w doświadczenie bliskości Boga, w duchowość, transcendencję. Z drugiej jednak strony mogą oddalać od Boga. Poprzez nie wciska się w serce pokusa, grzech i zło. Stanowią wówczas "bramę zła".

           

We współczesnym świecie można zaobserwować pewne skrajności. Z jednej strony świat mediów i reklam nieustannie prowokuje do posiadania więcej. Wmawia człowiekowi, że jego szczęście zależy od ilości nagromadzonych rzeczy. Konsekwencją jest przesyt, brak pragnień, nuda i pustka życiowa. Z drugiej strony istnieje świat nędzy, ubóstwa, wyzysku i degradacji człowieka. By go dostrzec, wystarczy wyjechać na przedmieścia miejskich aglomeracji. Ten świat również rodzi negatywne skutki, wyzwala najniższe instynkty i pożądania.

           

Pułapką zmysłowości jest nienasycenie. Już w starożytności mędrzec Kohelet stwierdził: Nie nasyci się oko patrzeniem ani ucho napełni słuchaniem (Koh 1, 8). Im więcej człowiek używa, tym więcej chce, a im więcej chce, tym większej doświadcza pustki i nienasycenia. Podobnie jak w miłości. Im bardziej kocha, tym bardziej pragnie i pożąda, a równocześnie doświadcza ograniczeń i braku zaspokojenia. Przeczuwa, że miłość zmysłowa nie zaspokoi pragnienia nieskończoności i miłości absolutnej, której źródłem jest jedynie Bóg.

           

Zmysłowość jest pozytywna, ale wymaga wewnętrznej pracy. Nie może pozostać na poziomie dziecka, które zarówno w odniesieniu do cukierka znajdującego się na regale, jak i do księżyca na niebie, może powiedzieć: "chcę mieć!". Musimy ćwiczyć swoją postawę wobec pożądania, żeby nie zniszczyć pragnień przez natychmiastowe zaspokajanie ich (R. Ammicht- Quinn). Należy raczej pielęgnować wewnętrzne zmysłowe pragnienia, odkrywać ich piękno i sens, ale równocześnie nadawać im właściwy kierunek.

           

Stare porzekadło: "jeść, aby żyć, a nie żyć, aby jeść" bywa często przekręcane. Jedzenie i picie staje się wówczas celem ludzkiego życia, a brzuch - bogiem (por. Flp 3, 19). Trafnie oddaje to przesłanie szokującego w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku filmu Marco Ferreriego Wielkie żarcie. Czwórka mężczyzn udaje się do paryskiej willi, aby w sposób hedonistyczny skorzystać z życia. Jedzą wysublimowane potrawy, które sami przyrządzają. Czas umilają sobie zdjęciami pornograficznymi i ekstrawaganckimi wspomnieniami. Do wspólnej zabawy dołączają prostytutki i żądna wrażeń nauczycielka. Z czasem orgia obżarstwa i seksu  staje się coraz bardziej ekstremalna, a główni bohaterowie umierają … z przejedzenia.

           

Biblia potępia brak umiaru, obżarstwo i pijaństwo; nie neguje natomiast samych uczt. Wspólne biesiadowanie jest nie tylko czynnością fizjologiczną, ale również relacyjną, duchową. Wyraża bliskość, wspólnotę, bezwarunkową akceptację i przyjęcie. Wzbudza atmosferę zaufania, intymności, pokoju.

 

Taki wymiar ma również Eucharystia. Pierwsi chrześcijanie spotykali się w domach, aby wspólnie w Dniu Słońca "łamać chleb", czyli przeżywać na nowo misterium śmierci i zmartwychwstania Jezusa. Spotkania kończyły się ucztami miłości "agape", podczas których przyjmowali posiłek z radością i prostotą serca (Dz 2, 46). W okresie prześladowań gromadzili się z kolei w katakumbach, by nad grobami męczenników sprawować ucztę eucharystyczną, łącząc się ze świętującymi ją w niebie. W niektórych regionach (np. w Ameryce Łacińskiej) do dzisiaj pozostał zwyczaj radosnego biesiadowania na cmentarzach.

 

Zazdrość prowadząca do niszczenia wprost lub pośrednio innych jest poważnym grzechem i jedną z najbrzydszych wad. Niestety, nie należy do rzadkich.

 Św. Ignacy Loyola w swoich instrukcjach zachęca, aby każdą wypowiedź bliźnich ocalać, brać za dobrą monetę, wydobywać z niej choćby ziarna pozytywu. Zazdrość stanowi przeciwległy biegun. Zazdrośnik skłonny jest raczej deprecjonować każdą wypowiedź, doszukiwać się w niej ukrytych negatywnych podtekstów. Do listy grzechów dołącza: obmowy, plotki, złośliwości, intrygi, cynizm. Jest często człowiekiem ciekawskim i wścibskim. Nie darmo mądrość ludowa głosi, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

           

Zazdrość stanowi defekt miłości. Człowiek zawistny jest zakompleksiony. Poczucie niższości nie pozwala mu cieszyć się posiadanymi darami i dobrami. Potrzebuje tła innych, by się z nimi porównywać. Oczywiście jego uwaga zawsze kieruje się na wartości, których sam nie posiada. Zamiast odkrywać swoje talenty i rozwijać je, śledzi innych, obmyślając plany zemsty. W ten sposób dzieli, rujnuje więzi, rozbija wspólnotę. Człowiek zazdrosny niszczy nie tylko innych, ale również siebie. Niszcząc innych nie osiąga satysfakcji, jego "ja" nie zostaje zaspokojone, nie wzrasta; przeciwnie odczuwa pustkę i rozczarowanie. Stąd zawiść jest jak bumerang, powraca i uderza ze zdwojoną siłą. Niesie z sobą destrukcję i zniszczenie. Czyni człowieka zgorzkniałym, nieszczęśliwym, nigdy nie usatysfakcjonowanym.

 

Zazdrość prowadząca do niszczenia wprost lub pośrednio innych jest poważnym grzechem i jedną z najbrzydszych wad. Niestety, nie należy do rzadkich. Jedna z anegdot głosi, że Polaków w piekle nie trzeba pilnować. Gdy bowiem któryś próbuje uciec z rozżarzonego pieca, inni "życzliwie" (i skutecznie) ściągają go w dół. Destrukcyjna zazdrość ujawnia swe oblicze w sytuacjach granicznych. W Yad Vashem, w Alei Sprawiedliwych posadzono drzewa symbolizujące ludzi, którzy w czasie II wojny światowej ratowali Żydów przed śmiercią. Spośród dwudziestu dwóch tysięcy odznaczonych medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata" ponad sześć tysięcy stanowią Polacy. Ta piękna karta polskiej historii zawiera niestety drugą ciemną stronę. Byli również tacy, którzy z zazdrości, zawiści czy wręcz chęci wzbogacenia się lub przeżycia zdradzali. Również w okresie Polski Ludowej pojawiła się ciemna karta historii. Tysiące tajnych współpracowników podejmowało różne formy kolaboracji z systemem socjalistycznym, a motywacją była również zazdrość, zawiść, pragnienie wyeliminowania i zniszczenia konkurentów.

           

K. Grzywocz wyróżnia trzy rodzaje reakcji na uczucie zazdrości. Pierwszy pozytywny, dojrzały sprawia, że zazdrość staje się czynnikiem stymulującym rozwój. Zazdrościmy innym pewnych wartości, cech, zdolności, posiadanych dóbr i zazdrość ta "popycha" nas w kierunku większego zaangażowania, twórczości, rozwoju, wykorzystania talentów… Ma więc charakter twórczy, rozwojowy, kulturowy. Niewymierna ilość wielkich dzieł i osiągnięć (np. społecznych, kulturalnych, sportowych) jest możliwa dzięki rywalizacji, u podłoża której leży zazdrość.

           

Drugi sposób przeżywania zazdrości ma charakter ambiwalentny. Wprawdzie podkreśla wartość drugiego człowieka, ale z drugiej strony neguje. Nigdy nie potrafi w sposób bezinteresowny ucieszyć się dobrem i pięknem drugiego, zaraz szuka "dziury w całym". Pochwała staje się preludium do wyrażenia zazdrości, połączonej z cynizmem, zawiścią i innymi negatywnymi uczuciami.

           

Trzeci sposób z kolei ma charakter negatywny, agresywny, destrukcyjny. W sposób świadomy dąży się do zranienia, pozbawienia wartości i zniszczenia osoby, która jest obiektem zazdrości. Trafnie oddaje to jedno z opowiadań, w którym swoje życzenia wobec "dżinu wyskakującego z butelki" wypowiadają: pyszałek, rozpustnik i zazdrośnik. Pyszałek mówi, że jeden z jego przyjaciół ma willę; on chciałby mieć również, ale większą, wspanialszą, bogatszą. Rozpustnik mówi, że jego przyjaciel ma kochankę; on chciałby mieć bardziej zmysłową, piękniejszą, zgrabniejszą, mądrzejszą. Zazdrośnik opowiada, że jego sąsiad ma krowę, dającą ogromne ilości wspaniałego mleka. On z kolei chciałby, żeby… ta krowa mu zdechła!

Dojrzałe relacje międzyludzkie powinny bazować na akceptacji. Wiliam McFarland, bohater powieści W pogoni za świetlikami Charles'a Martina, daje młodemu Chase taką radę: Jedyny potwór, którego mógłbyś się obawiać, to ten, który co rano patrzy na ciebie w lustrze. Oswajasz go, zaprzyjaźniasz się z nim, a wtedy z wszystkim innym możesz sobie poradzić. Właściwe relacje zaczynają się od akceptacji i miłości siebie. Jeżeli pokochamy siebie, "zaprzyjaźnimy się z sobą", zaakceptujemy siebie w prawdzie, będziemy w stanie pokonywać wszystkie lęki i nawiązywać zdrowe relacje z innymi.

           

Pełna akceptacja siebie pozwala dostrzec drugiego człowieka w jego pełni i pięknie. Człowiek nie jest jedynie "homo eroticus", ale przede wszystkim "homo divinus". Bóg zawarł w nim wszystkie atrybuty swego piękna: dobroć, życzliwość, miłość, miłosierdzie, mądrość… Stąd piękno człowieka nie zawiera się tylko w sferze fizycznej, zmysłowej, erotycznej. Takie spojrzenie jest zubożające i degradujące. Piękno człowieka to przede wszystkim jego głębia duchowa, której wyrazem jest miłość wyrażająca się w wymianie i dojrzałych relacjach.

           

Nie ma prawdziwej miłości, jeżeli brakuje podstaw, czyli akceptacji innych. Drugi człowiek w całej złożoności jest wpisany w nasze życie. Nikt nie jest samotną monadą. Nawet pustelnicy potrzebują (od czasu do czasu) relacji i kontaktu z drugim człowiekiem. Życie w izolacji wcześniej czy później prowadzi do zaburzeń emocjonalnych.

           

Życie we wspólnocie jest wielkim darem i zadaniem. Darem, gdyż pozwala człowiekowi rozwijać się we wszystkich wymiarach (duchowym, emocjonalnym, wspólnotowym, społecznym transcendentnym) i dojrzale zaspokajać własne potrzeby, a zwłaszcza największą z nich, potrzebę miłości. Zadaniem, gdyż człowiek musi uczyć się pokonywać siebie, swoje słabości, własny egoizm, zmysłowość i  uczyć się głębokich dojrzałych relacji, opartych na szacunku, tolerancji i akceptacji inności.

           

Znany austriacki poeta Reiner Maria Rilke wspomina swoje spotkanie z paryską żebraczką. Codziennie przechodził obok nieruchomo stojącej kobiety, której wrzucano miedziaki do kapelusza. Pewnego dnia poeta obdarował ją różą. W tym momencie serce kobiety "rozkwitło". Po raz pierwszy zobaczył ją uśmiechniętą. Przez osiem dni nie widział jej, by żebrała. Jak wyznał później swojej przyjaciółce, żyła jego miłością. Rilke pierwszy dostrzegł w tej wydawałoby się "martwej" kobiecie uczucia i serce, głęboką, choć skrywaną potrzebę miłości.

 

Właściwego przewartościowania wymagają także relacje z Bogiem. Bóg jest Trójcą Osób, jest wiec "relacyjny". W Trójcy Świętej dokonuje się nieustanny "dialog", który jest "obiegiem miłości". Miłość Boga nie zatrzymuje się jednak w Nim. Przelewa się w sposób niewyobrażalny na każdego człowieka. Każdy Jego "dotyk" mówi: Tyś jest mój syn umiłowany, w tobie mam upodobanie (por. Łk 3, 22).

           

W języku greckim występują trzy podstawowe określenia miłości: "eros" czyli miłość pożądania, zmysłowa, często egoistyczna; "agape", które oznacza miłość ofiarną, miłość jako dar, miłość, która czyni drugą osobę zdolną do miłości (zob. 1 Kor 13) i "filia", które określa miłość przyjaźni, głęboki związkiem między osobami, opartym na wzajemnym zrozumieniu.

           

We współczesnym świecie pojęć tych nie należy izolować, ani nadmiernie eksponować jednego z nich. Wszystkie bowiem tworzą różne aspekty jednej miłości. Miłość wymaga osoby, dotyku, zmysłowości, uczucia, a więc zawiera w sobie "erosa"; gdyby ją jednak ograniczyć do tego wymiaru, czyniłaby z człowieka istotę zmysłową, cielesną, materialną, którą jak towar można wykorzystać i pozostawić. Miłość wymaga poświęcenia, dawania, wyrzeczenia, bezinteresowności, zawiera więc w sobie element "agape", ale gdyby została ograniczona do tego poziomu, wcześniej czy później "wypaliłaby się". Nie można tylko dawać, trzeba również brać. Miłość jest wzajemną wymianą. Miłość jest również przyjaźnią, głębokim związkiem łączącym osoby, ale z drugiej strony nie może zamykać się na jedną osobę, czy małą grupę; powinna raczej otwierać się na szeroki krąg, na każdego człowieka.

 

Chciwość jest brakiem wewnętrznej równowagi. Jest szukaniem stabilności w oparciu o dobra ziemskie, jest umiłowaniem wszystkich rzeczy, jakie są pożądane bez umiaru (Tomasz z Akwinu).

 

Istota chciwości nie leży więc w samym posiadaniu, ale w stosunku do niego. Wszelkie dobra materialne są dobre lub moralnie obojętne. Stają się powodem grzechu, gdy są nadmiernie pożądane. Człowiek, który gromadzi coraz więcej, myli środki z celem. To dobra ziemskie mają służyć człowiekowi, a nie odwrotnie. Pieniądze mają służyć osiągnięciu życiowego celu i powołania; nie stanowią natomiast celu życia, nie są najważniejsze. Posiadają wymiar służebny, mają prowadzić do miłości, dzielenia, a nie egoizmu, który jest bliskim krewnym chciwości. Trafnie ilustruje to dialog młodego małżeństwa. Mąż mówi do żony: Wiesz co, kochanie? Będę ciężko pracował, i któregoś dnia będziemy bogaci. Żona okazała się roztropniejsza: Już jesteśmy bogaci, najdroższy. Mamy siebie nawzajem. Być może, kiedyś będziemy mieć również pieniądze (A. de Mello).

           

G. Cucci pisząc o fenomenologii chciwości porównuje zachowanie amatora wina i chciwca. Smakosz z namaszczeniem wlewa wino do kieliszka, przygląda się jego barwie, delektuje bukietem w końcu smakuje i wypija. Człowiek chciwy kontempluje butelkę i etykietkę i z tego czerpie przyjemność. Z chciwości nie poznaje smaku ani zapachu samego wina. Wystarcza mu, że ma butelkę.

           

Literackim obrazem chciwości jest Skąpiec Moliera. Główny bohater Harpagon ceni wyżej zimną szkatułkę z pieniędzmi, niż własne dzieci. Godzi się wydać córkę za mąż pod jednym warunkiem: b e z  p o s a g u; ono powinno starczyć za młodość, piękność, urodzenie, honor, rozum i uczciwość. Czasem zdobywa się na "hojność"; ofiaruje np. synowi dużą szklankę czystej wody. Ostanie zdanie sztuki streszcza cały sens jego życia i jego miłość: A ja pójdę uściskać kochaną szkatułkę.

           

Skąpiec ściskający ukochaną szkatułkę symbolizuje chciwość i wynikające z niej uzależnienie od pieniądza. Współcześnie pojawiają się coraz nowe formy uzależnień. Wynikają one z rozwoju technologicznego i wyzwań współczesnej cywilizacji, która z jednej strony prowadzi do pustki i nudy, a z drugiej rodzi potrzebę natychmiastowego i coraz silniejszego zaspokojenia pojawiających się pragnień. Alonso-Fernandez podzielił je na społeczne (legalne) i antyspołeczne (nielegalne). Do pierwszej grupy zalicza używki legalne (np. alkohol, nikotyna, leki) i uzależnienia społecznie akceptowane (praca, gry, jedzenie, zakupy). Natomiast do drugiej narkotyki (np. pochodne opium, kokainy) i zachowania nielegalne (kradzież, piromania, gwałt).

           

Na antypodach chciwości leży ubóstwo. Powołanie do ubóstwa rzeczywistego w sposób niejako "zawodowy" wiąże się z wyborem życia zakonnego. Każdy zakonnik i zakonnica ślubuje życie w ubóstwie, pragnąc w ten sposób naśladować Jezusa i być solidarnym z najbardziej potrzebującymi. Jednak taki rodzaj ubóstwa można realizować w każdym stanie życia: w małżeństwie, w życiu rodzinnym, w samotności. Ubóstwo nie jest jednak wartością samą w sobie. Człowiek ubogi może przeklinać swój los i grzeszyć podobnie jak bogaty. Ubóstwo ma sens, gdy jest podejmowane z miłości do Boga i ze względu na Królestwo Boże. Matka Teresa z Kalkuty, Matka Najuboższych napisała: Nasze ubóstwo powinno być prawdziwie ewangelicznym ubóstwem. Uprzejme, wrażliwe, radosne, otwarte, zawsze gotowe wyrazić miłość. Bardziej niż wyrzeczeniem, ubóstwo jest miłością. By kochać, rzeczą konieczną jest dać. By dać, rzeczą konieczną jest być wolnym od egoizmu. Wyrazem życia ubogiego jest prosty styl życia, wyrażający się w umiejętności korzystania z podstawowych darów, cieszenia się nimi i dzielenia z innymi.

 

Współczesny człowiek zagubił "hierarchię grzechów". Zapominamy, że pierwsze przykazanie dotyczy miłości Boga, bliźniego i siebie, a pycha jest jego zaprzeczeniem.

Słowo "pycha" ("superbia" w języku łacińskim) kryje w sobie pozytywny rdzeń. Pochodzi stąd, że ktoś dąży do spraw sięgających "sopra" - "ponad", "wyżej" niż to, kim jest (św. Tomasz z Akwinu).  Dążenie ponad, wyżej samo w sobie jest pozytywne. Św. Ignacy z Loyoli podobne słowo "magis" ("więcej") uczynił jednym z filarów swojej duchowości. Całe życie duchowe jest zmierzaniem ponad, wyżej, jest przekraczaniem ograniczeń, barier i przeciętności. Bez przekraczania siebie i zewnętrznych granic nie byłoby wzrostu, lecz stagnacja i regres.

           

Zdążanie wyżej (zwłaszcza, gdy nie szanuje godności i praw innych) może przybierać grzeszne, a czasami wręcz patologiczne formy. Pojawia się pycha. Nie bez powodu Kościół umieścił ją na pierwszym miejscu wśród grzechów głównych. Jest ona bowiem źródłem wszystkich pozostałych grzechów. Ewagriusz z Pontu opisuje ją w metaforyczny sposób: Pycha jest obrzękiem duszy wypełnionej ropą, jeśli dojrzeje, pęknie i sprawi wielki odór. Ojcowie Kościoła podkreślają, że każdy grzech kryje w sobie pierwiastek pychy. Pisze św. Augustyn: Staraj się dociec, na czym polega każdy grzech, i zobaczysz, czy potrafisz znaleźć jakiś, który nie mógłby być określony jako pycha. Rozumowanie jest tu takie: każdy grzech, jeśli się nie mylę, jest wyrazem pogardy wobec Boga, a wszelką postacią pogardy wobec Boga jest pycha. Cóż bowiem jest większym wyrazem pychy, niż pogarda Boga? Każdy zatem grzech jest pychą. 

           

Św. Ignacy z Loyoli opisuje działanie szatana jako "zarzucanie łańcuchów, sieci" (Ćwiczenia duchowne, 142). Jest to działanie stopniowe, które systematycznie usidla człowieka, koncentrując na sobie i prowadząc do pychy. Etapami pośrednimi jest pragnienie bogactw, posiadania oraz prestiż, zaszczyty, pozycja społeczna, ludzka chwała. Pycha jest "ostatnią siecią" szatana. Gdy podprowadzi do niej człowieka, jego "misja" w zasadzie jest zakończona. Może spokojnie zająć się innymi. Panuje dziś powszechne przekonanie, że sukcesem szatana jest przekonanie ludzi, że jest on iluzją, wymysłem albo niegroźnym straszakiem. Sądzę, że groźniejsze jest utwierdzenie człowieka w jego perfekcji, superdoskonałości, całkowitej niezależności, czyli w pysze. Linia dzieląca doskonałość od pychy jest bardzo cienka.

           

Wśród najbardziej znanych rodzajów pychy wyróżniają się postawy i zachowania, które dotyczą relacji z innymi oraz mają źródło w wyidealizowanym "ja". Należą do nich: narcyzm, czyli postawa, w której osoba jest w głębi duszy zakochana w sobie i poszukuje wszędzie zwierciadła, w którym może zachwycać się sobą i zalecać się do własnego odbicia (G. Zilboorg); mania wielkości wyrażająca się w przekonaniu o własnej niezwykłości, wielkości, potędze; perfekcjonizm, który jest kształtowaniem całej osobowości według idealnego modelu (K. Horney); pogoń za sukcesem i sławą, która nie liczy się z nikim i niczym, pogarda wobec innych połączona z mściwością; fałszywa pokora, która jest deprecjacją siebie, zaniżaniem własnej wartości, poniżaniem swojej godności i brakiem akceptacji siebie.

           

Współczesny człowiek zagubił "hierarchię grzechów". Zwykle za najcięższe uważamy grzechy związane ze sferą seksualną. Zapominamy, że pierwsze przykazanie dotyczy miłości Boga, bliźniego i siebie (por. Mt 22, 34-40), a pycha jest jego zaprzeczeniem. Stąd pychę może pokonać tylko miłość. Miłość i pycha są sobie przeciwne: jeśliby człowiek pyszny kochał, straciłby swoją pychę, ponieważ miłość domaga się wyjścia z siebie i stwierdzenia, że sami sobie nie wystarczamy, a przede wszystkim, że inny interesuje nas bardziej, niż my sami. Wtedy znajdujemy się rzeczywiście na antypodach pychy (G. Cucci).