W cóż więc mamy wierzyć?

To paradoksalne, ale wiarę można utracić nawet w momencie, kiedy człowiek udowodni sobie istnienie Boga ze stuprocentową pewnością. Przez takie doświadczenie przeszedł w młodości Romano Guardini, jeden z najwybitniejszych teologów pierwszej połowy XX wieku. Jako nastolatek doszedł do absolutnej pewności, że Bóg istnieje, ale zarazem zorientował się, że jest to dla niego prawda równie jałowa, jak to, że teleskopami namierzono niewidzialną dla oka ostatnią planetę Układu Słonecznego. Jak łatwo się domyślić, to przejmujące doświadczenie stało się dla Guardiniego początkiem jego wielkiej i autentycznie religijnej przygody z Bogiem.

Zwątpienia w istnienie Boga

Zdecydowanie częściej niewiara pojawia się w konsekwencji zwątpienia w istnienie Boga. Ktoś zaprzyjaźniony przysłał mi kiedyś fragmenty listów żołnierzy niemieckich spod Stalingradu. Jeden z nich pisał tak: Szukałem Boga w każdym leju po pocisku, w każdym zniszczonym domu. A Bóg nigdy nie ukazał się, choć całe moje serce go wołało… Na ziemi panowały mord i głód, z nieba padały bomby i ogień… Tylko Bóg był nieobecny.

Zapewne niejednemu z nas zdarzało się kierować podobną "logiką". Najpierw znajdujemy sobie bogów ważniejszych od Boga prawdziwego, a kiedy świat nasz zrobi się już całkiem nieludzki, wówczas śmiertelnie się na Boga obrażamy. Bo, oczywiście, to nie Hitler ani miliony popierających go Niemców doprowadziły do tego piekła, w którym również sami Niemcy znaleźli się pod Stalingradem. Zawinił tu przede wszystkim Pan Bóg, który "powinien" sprawić, żeby stworzony przez bezbożną pychę nieludzki świat był bardziej ludzki.

Czy zatem pod Stalingradem i w Oświęcimiu, i w sowieckich łagrach, i w tych niezliczonych miejscach, w których na ludzi spadały udręki przekraczające wyobraźnię, Boga nie było? Czy Bóg pozostawiał wówczas ludzi – winnych i niewinnych – samym sobie? Czy jedyne, co miał im wówczas do ofiarowania, to straszliwa lekcja: "Przekonajcie się sami, czym się kończy wyrzucenie Mnie z waszego życia"?

W pośmiertnym wspomnieniu o Irenie Sendlerowej, cichej bohaterce, która podczas ostatniej wojny uratowała dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci, ktoś bardzo mądrze nawiązał do tych pytań: Teraz zapewne zapyta ona Boga: Gdzie Ty byłeś wtedy, kiedy zbrodniarze zabijali niewinne dzieci? A Pan Bóg na pewno już jej odpowiedział: Byłem wtedy w twoim sercu.

To nie jest błyskotliwa ucieczka od trudnych pytań. To raczej przypomnienie, że są pytania i pretensje pod adresem Pana Boga, które nie dotyczą Jego, tylko naszych niemądrych o Nim wyobrażeń. Bóg prawdziwy - Ten, którego "niebo i niebiosa najwyższe nie mogą objąć" – jest zarazem intimior intimo meo, bliższy mnie niż ja sam sobie. Zatem nie potrzebuje naszej obrony ani argumentów, On chce się objawiać przez płynące z nas postawy i czyny miłości. Zamiast więc oczekiwać od Boga dowodów Jego istnienia, próbujmy zauważać realne, choć pokorne sygnały, że On jest Miłością również w sytuacjach bardzo trudnych. Przestańmy wreszcie oskarżać Pana Boga o to, że urodziło się upośledzone dziecko, i skupmy się na tym, żebyśmy umieli je przyjąć z miłością.

Jak to się przekłada na sytuacje, kiedy człowiek czuje się już tylko łupiną orzecha, miażdżoną przez siły, wobec których jest całkowicie bezsilny? Jakie sygnały miłości mogli usłyszeć ludzie ginący w wieżach WTC 11 września 2001 roku? Bądźmy powściągliwi w dawaniu wyjaśnień, ale przecież wolno nam napisać, że niektórzy z nich zdążyli jeszcze przed śmiercią wysłać do swych najbliższych SMS-a: "Kocham Cię". Ci zaś, którzy ocaleli, dawali później świadectwo, że chociaż przedtem nie byli ludźmi specjalnie religijnymi, w tamtej chwili całych siebie powierzali Panu Bogu.

Odrzucenie Boga

Wiara w Boga – twierdzi najbardziej chyba znany współczesny promotor ateizmu Richard Dawkins – jest pozostałością po naszym naiwnym dzieciństwie, kiedy wierzyliśmy w istnienie krasnoludków czy w dźwigającego worek ze słodyczami świętego Mikołaja.

Przeciwnik takiego myślenia, odpowiadając na zaczepkę Dawkinsa, stwierdził: Znam niejednego człowieka, który uwierzył w Boga dopiero w wieku dojrzałym. Nie znam ani jednego, kto by, będąc już człowiekiem dorosłym, uwierzył w Dziadka Mroza lub w jakiegoś jego odpowiednika. Nie znam też nikogo, kto by na stare lata zaczął szukać pociechy u Wróżki Zębuszki.

Wiara w Boga nie polega na tym, że człowiek przyjmuje Jego istnienie. Wierzyć w Boga to znaczy rozpoznać w Nim podstawę całej rzeczywistości i ostateczne źródło sensu. Dlatego wiara w Boga pociąga za sobą wiarę w człowieka i w sens istnienia świata oraz w realną różnicę między dobrem i złem. Zamykając się na wiarę w Boga, łatwo zapomnieć o wielu ważnych prawdach, bez których życie może przemienić się w jeden wielki bezsens albo nawet w koszmar.

Dzieje komunizmu oraz hitleryzmu potwierdzają, że odrzucenie Boga kończy się podeptaniem człowieczeństwa. Za rzecz najgroźniejszą w rewolucji rosyjskiej uważam wypowiedzenie wojny Bogu – przestrzegał w roku 1936 flirtującą z komunizmem polską inteligencję prof. Marian Zdziechowski. – Niszcząc ideę Boga, tym samym niszczy się ideę człowieka jako istoty noszącej w sobie obraz i podobieństwo Boże. Myślą i duszą człowiek sięga ponad materię; bolszewizm, wypleniając z duszy jego wyższe idealne pierwiastki, deptał ją, plugawił i bestializował. Czy można wyobrazić sobie podlejszy cel?

Ksiądz Feliks Lubczyński, mało znany męczennik łagrów sowieckich, doświadczając na sobie nieludzkości sowieckiego ateizmu, złożył następujące świadectwo: Człowiek, tracąc wiarę, równocześnie traci moralność i zamienia się w dzikie zwierzę. Wszyscy, bez wyjątku, gwałciciele prawa, niezależnie od tego, za kogo się uważali, posiadali wspólną filozofię: "Boga nie ma, a więc wszystko jest dozwolone".

Na wszelki wypadek przypomnę słowa św. Augustyna, który mówił: Pan Bóg ma swoich przyjaciół wśród tych, którzy uchodzą za Jego nieprzyjaciół, ale i odwrotnie: ma nieprzyjaciół wśród tych, których ludzie uważają za Jego przyjaciół. Zatem powstrzymajmy się od wydawania ocen moralnych na temat tych konkretnych ludzi, którzy uważają się za niewierzących.

Zarazem jednak warto zauważyć, że niektóre procesy odrzucenia Boga mogą się dokonywać na przestrzeni całych pokoleń, toteż poszczególni ich promotorzy nie do końca muszą zdawać sobie sprawę z tego, do czego one prowadzą. Trafnie mówił kiedyś o tym Michael Novak, amerykański intelektualista katolicki: Dwieście lat temu intelektualiści podjęli próbę tworzenia świata zbudowanego wyłącznie dzięki rozumowi, świata bez Boga. Ponieśli porażkę. Na początku pozbyli się Boga, a potem, w konsekwencji, rozumu. Ludzie uważali, że mogą odrzucić Boga i zachować rozum. Przez kilka pokoleń było to możliwe, ale z czasem okazało się, że zanikł fundament rozumu. Nie istnieją żadne punkty oparcia dla uniwersalnej prawdy. Ludzie poczuli się zagubieni, w pustce.

Odrzucenie Boga ostatecznie musi się skończyć poniżeniem człowieka, a nawet dekonstrukcją tworzonej przez pokolenia cywilizacji i kultury. Jeżeli odrzucamy Boga, wówczas nawet czyniąc dobro, możemy krzywdzić. Przejmująco mówił kiedyś o tym papież Benedykt XVI, wskazując na spustoszenia, jakie spowodowała w krajach Afryki ekonomiczna pomoc Zachodu: Oparta wyłącznie na technicznych, materialnych, zasadach pomoc Zachodu dla krajów rozwijających się, w której świadczeniu o Bogu nie tylko zapominano, ale wręcz rugowano Go ze świadomości, z butą besserwisserów, Trzeci Świat uczyniła Trzecim Światem w dzisiejszym tego określenia znaczeniu. Zlekceważyła tradycyjne struktury religijne, obyczajowe i socjalne i sprawiła, że ta jego technicystyczna mentalność obraca się w próżni. Wierzono, że można kamienie przemienić w chleb, w rzeczywistości jednak dawano kamienie zamiast chleba. Chodzi o prymat Boga. Chodzi o uznanie Jego rzeczywistości - rzeczywistości, bez której nic innego nie może być dobre. Historii nie można porządkować, negując Boga, przez samo budowanie materialnych struktur. Jeśli serce człowieka nie jest dobre, wtedy nic innego nie może się stać dobrem. A dobroć serca w ostatecznym rozrachunku może pochodzić tylko od Tego, który jest Dobrocią – samym Dobrem.

"Co więc mamy czynić?" (Łk 3,10)

Nie wiem, czy to przypadek, ale szczególnie głębokie odpowiedzi na to pytanie można znaleźć u poetów. Najpierw przeczytajmy wiersz Czesława Miłosza pt. Jeżeli:

Jeżeli Boga nie ma, to nie wszystko człowiekowi wolno. Jest stróżem brata swego i nie wolno mu brata swego zasmucać, opowiadając, że Boga nie ma.

Miłosz z całą pewnością nie lekceważy pytania, czy Bóg istnieje. On tylko nie chce się wdawać w kłótnie na ten temat. Jego własny pogląd jest jasny: Jak mógłby Bóg nie istnieć, skoro bez Niego traci sens rozróżnianie dobra i zła. Rechoczącym cynikom – napisze poeta w swojej wypowiedzi publicystycznej pt. Dyskretny wdzięk nihilizmu – wbijającym ludziom w głowy, że nie ma dobra ni zła, że życie jest kłębowiskiem gryzących się szczurów, nie można powiedzieć: "Skazujecie siebie na męki wieczne", bo śmieją się z wiary w życie po śmierci. Można jednak powiedzieć: "Skazujecie siebie na wygraną, i to będzie dla was dostateczną karą".

Z kolei Anna Pogonowska w wierszu W epoce łupanego atomu jest świadkiem impasu, w jakim znalazła się nasza "epoka łupanego atomu" – zapewne równie prymitywna, jak epoka kamienia łupanego – wskutek zdystansowania się wobec wiary w Boga:

Mówią, że w epoce łupanego atomu
Niewspółczesna jest wiara w Boga –
W cóż więc mam wierzyć? W siłę piekielną
Która nas wodzi istnieniem?

Poetka ma rację: Nie wierząc w Boga, nie sposób wierzyć na serio w rozum ani w prawdę, ani w dobro. W cóż więc mam wierzyć?

Jacek Salij OP