Dlaczego ludzie przestają chodzić do kościoła?

z o. prof. Jackiem Salijem OP rozmawia Wojciech Zagrodzki CSsR

Kardynał Stanisław Dziwisz w słowie pasterskim na adwent 2009 roku napisał: Zwracam się także do młodych, również do tych, którzy zwykle nie uczestniczą w niedzielnej Eucharystii. [...] Powiedzcie nam, dlaczego nie ma was wśród nas? Co wam przeszkadza, abyście się modlili razem z nami? Słowa te są wskazówką: nie wystarczy konstatacja faktu, że znacznej części wiernych nie ma w świątyni; trzeba również pytać o przyczyny ich nieobecności. Jakie przyczyny mógłby wskazać Ojciec Profesor?

O takich oczywistych powodach odchodzenia od Kościoła, które tkwią w grzechu człowieka, pewnie jeszcze w naszej rozmowie sobie powiemy. Dzisiaj wielkim problemem stało się to, że wielu z nas traktuje Kościół jako instytucję usług religijnych. A wobec instytucji usługowej klient jest kimś z zewnątrz, nawet jeśli jej usługi całkowicie go zadowalają i korzysta z nich stale. Dystans wobec instytucji pogłębia się, jeśli usługi świadczone są byle jak albo jeśli instytucja konkurencyjna po trafi danego klienta obsłużyć lepiej.

Musimy to sobie wyraźnie uświadomić, że dzisiaj niejeden katolik porzuca praktyki religijne albo nawet odchodzi od Kościoła do innych wspólnot wyznaniowych, bo zraził się do Kościoła jako do instytucji usługowej: natrafił na nieodpowiadających mu księży, nie widział dla siebie miejsca w anonimowym tłumie niedzielnej Mszy Świętej, denerwował go poziom kazań. Takie podejście do Kościoła można częściowo zrozumieć. Dzisiaj człowiek nie przeżyje jednego dnia bez korzystania z dziesiątków różnego rodzaju instytucji usługowych. W tym kontekście pokusa, aby i Kościół potraktować jako jedną z takich instytucji, jest zrozumiała, co wcale nie znaczy, że takie traktowanie Kościoła można usprawiedliwić.

Zauważmy jeszcze, że najważniejsze odejście takich ludzi dokonuje się nawet nie wtedy, kiedy oni przestają do kościoła regularnie chodzić, ale już wtedy, kiedy Kościół jest dla nich tylko zewnętrzną instytucją, z której usług się korzysta.

Czy jednak chodzenie do kościoła dla zaspokojenia potrzeb religijnych nie jest zarazem wyrazem zagubienia Pana Boga? Jeśli najważniejsze są potrzeby, to w końcu Pan Bóg jest brany pod uwagę tylko o tyle, o ile te subiektywnie odczuwane potrzeby zaspokaja. Czy odejście od udziału we Mszy Świętej jest jedynie kryzysem praktyki religijnej, czy zarazem jest znakiem kryzysu wiary?

Żeby wszystko było jasne: nie ma nic nagannego w tym, że mam religijne potrzeby i staram się je zaspokajać. Czymś niewłaściwym jest dopiero traktowanie Kościoła jako jedynie instytucję usług religijnych. A co do samego pytania. Nie ulega wątpliwości, że odejście od regularnego uczestnictwa we Mszy Świętej wiąże się z kryzysem wiary. Ten kryzys mógł się zacząć już wówczas, kiedy ktoś zaczął traktować świątynię jako "stację usług religijnych". Już wtedy zaczęło się dokonywać w tym człowieku wyobcowanie z Kościoła.

W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na to, że są również tacy katolicy, którzy do kościoła chodzą rzadko, bo nauczyli się swoje potrzeby religijne zaspokajać poza Mszą Świętą. Nieraz bardzo szczerze modlą się oni czy to w domu, czy na łonie przyrody, a również w świątyni, ale wtedy, gdy jest w niej pusto i cicho. Takich praktyk bym nie zwalczał, a nawet – sądzę – trzeba do nich zachęcać, byleby zarazem stanowczo podkreślać, że modlitwa osobista, choć bardzo ważna, nie zastąpi Mszy Świętej, bo Eucharystii nie zastąpi nic. Podczas tylko osobistej modlitwy nie przystąpię przecież do Komunii Świętej! Podkreślałbym jednak, że coś podejrzanego jest w takiej modlitwie chrześcijanina, której obca jest jakakolwiek tęsknota za Eucharystią.

Zwróciłbym jeszcze uwagę na stosunkowo nową praktykę, jaką wprowadziliśmy w naszych świątyniach, która również odzwyczaja od przychodzenia do kościoła...

Jak to: praktyka duszpasterska odzwyczaja ludzi od kościoła?

Nie jest to praktyka duszpasterska, ale zwyczaj – bardzo zawstydzający. Mianowicie z obawy przed złodziejami zaczęliśmy zamykać nasze kościoły. Odpychamy w ten sposób ludzi, którzy chcieliby się tam pomodlić. Jest to wielka krzywda wyrządzona nawet i tym, którzy wprawdzie nie mieli zwyczaju wpadania choćby tylko od czasu do czasu do pustego kościoła na krótką modlitwę, ale przynajmniej wiedzieli, że coś takiego jest w ogóle możliwe, i w końcu jednak czasem z tej możliwości korzystali.

W niektórych kościołach otwarta jest przynajmniej kruchta, z której przez oszklone drzwi widać tabernakulum. Dobre i to, jednak prawdziwe pogrążenie się w adoracji jest w tych warunkach praktycznie niemożliwe. W kruchcie jest za ciasno, zbyt ruchliwie, nie ma tej intymności, jaką można znaleźć po wejściu do kościoła. Nieznana kobieta cała pogrążona w modlitwie, której widok tak istotnie przyczynił się do nawrócenia świętej Edyty Stein, w kruchcie nie mogłaby modlić się tak intensywnie. Nawet psychologicznie biorąc, nie są to pełne odwiedziny, jeśli otwarto przede mną tylko przedsionek.

Wielkie wrażenie wywarła na mnie wizyta w Rydze, w której nawiedziłem wszystkie świątynie katolickie (jest ich tam 5 lub 6).

Wszystkie były otwarte. W każdym kościele dyżur pełniły dwie osoby, które przy okazji rozprowadzały religijne gazety i książki. W takim mieście, w którym kościół jest stale dostępny, katolik oddycha zupełnie inaczej. Kardynał Ratzinger napisał – i to nie jest takie irracjonalne, jak na pozór mogłoby się wydawać – że tradycyjnie od pokoleń kościoły były otwarte, bo nad ich bezpieczeństwem "czuwały" kamienne lwy lub postaci aniołów umieszczone zwykle blisko wejścia. Te kamienne posągi symbolicznie przypominały nawet największym złoczyńcom, że świętości miejsc sakralnych po prostu się nie narusza[1].

Dzisiaj ta bariera sacrum została złamana. Zdarza się, że wśród tych, którzy włamują się do świątyni, znajdują się nawet miejscowi parafianie, czasem ministranci. A jeszcze nie tak dawno było to nie do pomyślenia! Jeśli jednak owa niewidzialna bariera sacrum została złamana, to jeszcze nie znaczy, że nie można próbować jej odbudować.

Ale jak to zrobić, żeby kościoły pozostawić otwarte przez cały dzień? Obawa przed kradzieżą czy nawet zbezczeszczeniem nie jest wyssana z palca...

Mniejszość katolicka w Rydze znalazła na to sposób. W naszych parafiach również nie brakuje pobożnych emerytów, którzy mogliby jedną czy dwie godziny w tygodniu poświęcić na dyżur w swojej świątyni parafialnej. Przy okazji czuliby się jeszcze bardziej współodpowiedzialni za nią, która, jako katolicka, powinna być dostępna dla wszystkich.

Płynie stąd jeszcze jedna korzyść. Im więcej będzie w Kościele uczestnictwa, aktywności wszystkich, tym bardziej będziemy doświadczać Kościoła jako rodziny. W instytucji usługowej pracują ci, którzy usługi świadczą, inni przychodzą z nich skorzystać. W rodzinie jakoś aktywni są wszyscy. Przypomina mi się pewien raport nuncjusza papieskiego w Polsce z roku mniej więcej 1551, kiedy wiele znaków wskazywało, że król opowie się za protestantyzmem. Nuncjusz napisał, że trzeba być dobrej myśli, bo król Zygmunt August podczas Mszy Świętej śpiewa pełnym głosem Credo oraz inne pieśni, a to każe przypuszczać, że łatwo od katolicyzmu nie odejdzie. Myślę, że nawet ten moment, czy atmosfera w kościele zaprasza czy zniechęca do śpiewania oraz innych form aktywnego uczestnictwa, może przyczynić się do tego, że ludzie do kościoła lubią przychodzić albo też chodzić przestają.

Czy chodzi tu np. o ogłoszenia parafialne, w których proponuje się zestaw "usług" (czyli nabożeństw) świadczonych w nadchodzącym tygodniu o określonych godzinach?

Trzeba robić możliwie wszystko, żeby nabożeństwo było nabożeństwem, a nie usługą. Na przykład ludzie wyczuwają, czy ksiądz wkłada w nie swoją osobistą pobożność, czy też prowadzi je tylko z obowiązku. A co do ogłoszeń, sam nie jestem proboszczem, to nie będę się mądrzył, ale na pewno nie powinny być rozwlekłe ani nie powinny zawierać treści niepotrzebnie denerwujących. Wróćmy jednak do poprzedniego wątku. Po prostu trzeba starać się o to, żeby podział uczestników Mszy Świętej na część czynną i bierną usuwać, a przynajmniej zmniejszać. Reforma liturgii otworzyła przestrzeń dla zaangażowania wielu osób: jedni czytają, wszyscy śpiewają, ktoś podczas sumy zajmuje się małymi dziećmi. Wielu wiernych mogłoby się zaangażować w sprawy parafii również poza liturgią – w radach parafialnych, w grupach charytatywnych czy w jakimś "ochotniczym pogotowiu remontowym". W ten sposób kościół stanie się autentycznie czymś naszym, a nie tylko punktem szacownych usług. W mniejszych miejscowościach nawet sprzątanie kościoła, zwłaszcza kiedy parafii nie stać na opłacenie sprzątaczki, może się stać okazją, dzięki której ludzie się ze swoim kościołem mocniej wiążą.

Nie jestem przekonany, że sprzątanie kościoła będzie wystarczająco atrakcyjną propozycją dla zaangażowania się ludzi w życie parafialne...

Oczywiście, nie jest to propozycja atrakcyjna. Ale... kiedy idę do fryzjera, to fryzjer nie oczekuje ode mnie, żebym zamiótł salon po skończonym strzyżeniu. Fryzjer prowadzi instytucję usługową, i to on ma zadbać o takie sprawy. Z Kościołem jest inaczej, i z tego powodu także sprzątanie świątyni może być formą uczestnictwa w jego życiu. Są zresztą również inne, trudniejsze formy aktywnego udziału w życiu parafii. Np. udział w prowadzeniu parafialnego punktu bezpłatnych porad małżeńskich lub prawnych wymaga szczególnych kompetencji. Innych kompetencji wymaga włączenie się do ekipy przygotowującej dorosłych do chrztu lub do Pierwszej Komunii Świętej. Jednak w parafii często są ludzie, którzy mogliby – i co ważniejsze: byliby gotowi – takie aktywności podjąć. Ale, jak to powiedziano w przypowieści o robotnikach w winnicy (por. Mt 20,7), proboszcz ich do takiej pracy nie zaprasza...

Są w kościele również takie aktywności, które poniekąd nie zabierają żadnego czasu. Ale może zacznę ten temat "od tyłu". Kiedy odprawiam Mszę Świętą, podczas której ludziom trudno otworzyć buzię i niemal jedynym śpiewającym jest organista, myślę sobie ze smutkiem, że ta wspólnota składa teraz antyświadectwo, jakoby chrześcijaństwo miało się już ku końcowi. Pojedynczy, nawet bardzo gorliwy katolik nie jest wówczas w stanie tej sytuacji zaradzić. Natomiast wystarczy nieraz jeden człowiek z charyzmą – kierownik chóru, ksiądz czy organista – który potrafi kościół tak rozśpiewać, że ludziom aż się chce na niedzielną Mszę przychodzić. Nasze zaangażowania w Kościół mogą być różne, ale postawa wobec Kościoła tylko konsumpcyjna wcześniej lub później musi człowieka z tego Kościoła wyobcować.

Czy tym zaangażowaniem nie powinien być jednak w większym stopniu apostolat podejmowany przez świeckich w rodzinie, w miejscu pracy itd.?

To powinno się rozumieć samo przez się. Czasem brakuje nawet tego minimum, że słysząc niesprawiedliwe wygadywanie na Kościół, katolik nie ma odwagi powiedzieć: "Przestańcie już, ja jestem katolikiem i takie obrzucanie błotem mojego Kościoła sprawia mi przykrość". A jeśli nawet jeszcze przyłączył się do tej antykościelnej rozmowy, to trudno się dziwić temu, że w następną niedzielę raczej nie chce mu się iść do kościoła.

W ogóle grzech jest wielkim wrogiem praktyk religijnych. Kiedyś znajoma dziewczyna, która zawsze na Mszę Świętą chodziła razem ze swoim narzeczonym, powiedziała mi tak: "Było między nam coś, co Panu Bogu się nie podoba, i poczułam, że nie wolno nam iść do kościoła, tak jakby nic się nie stało". To jest odruch naszego praojca Adama – zgrzeszył i zaczyna ukrywać się przed Bogiem. Jeżeli kogoś skrzywdziłem albo jestem po zdradzie małżeńskiej, albo jeżeli mało przejmuję się którymś z Bożych przykazań, to trudno się dziwić, że nie ciągnie mnie do kościoła.

Odruch Adama przydarzył się Adamowi. Ale Dawid po swoim grzechu zareagował inaczej. Więc chyba problemem będzie bardziej nieumiejętność poradzenia sobie z własnym grzechem niż odruch Adama?

Żeby poradzić sobie z grzechem, trzeba grzech uznać i szukać Bożego miłosierdzia. A skąd bierze się to, że dzisiaj tak się wzajemnie potępiamy? – po prostu niemal powszechnie czujemy się bezgrzeszni i niepokalani, a ponieważ wszędzie, również wokół nas, jest tak wiele zła, to jasne, że winni są wszyscy inni, tylko nie my. Jednak grzesznik, nawet kiedy czuje się bezgrzeszny i niepokalany, jakimś szóstym zmysłem czuje, że przed Bogiem swojego grzechu nie ukryje. Toteż będzie się przed Panem Bogiem chował. I coś go od niedzielnej Mszy Świętej, a nawet od zwyczajnej modlitwy, odpycha.

A zatem: przestaję chodzić do kościoła ze względu na świadomość swojego grzechu?

Można też swoje życie codzienne razem z jego wielkimi grzechami oddzielić przepaścią od praktyk religijnych. O takich mówił Pan Jezus: Nie każdy, który Mi mówi: "Panie, Panie!", wejdzie do królestwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie (Mt 7,21). Oczywiście, nie zapominajmy o tym, że do naszych kościołów przychodzi mnóstwo grzeszników, którzy jednak starają się rzetelnie wchodzić na drogę nawrócenia.

Warto może jeszcze zwrócić uwagę na to, że grzesznik chowa się niekiedy przed Panem Bogiem w nienawiść do Kościoła. Przypomina mi się następująca wypowiedź znajomej nauczycielki podczas dyskusji na temat antyklerykalizmu: W moim pokoju nauczycielskim ciągle wygaduje się na księży i w ogóle na Kościół. Początkowo się tym przejmowałam – do momentu, kiedy sobie uświadomiłam, że dwoje najbardziej aktywnych animatorów tej nieustannej krytyki Kościoła załatwia w ten sposób swoje własne problemy: ten najbardziej głośny kolega żyje już z trzecią żoną, a wtórująca mu koleżanka dokonała dwóch aborcji, a nie wiem, czy nie więcej.

Słowem, chodzi tu o wręcz podręcznikową próbę ukrywania własnej grzeszności poprzez oskarżanie innych. Szczególnie zaś wygodnie jest oskarżać wówczas tych, do których powołania należy odpuszczanie grzechów. Przypuszczam, że tych dwoje nauczycieli na niedzielną Mszę raczej nie ciągnie.

Wspomnę o jeszcze jednym grzechu, który, jak sądzę, bardzo przyczynia się do laicyzowania się naszego społeczeństwa, a który w epoce rozwoju telewizji, pojawienia się sex shopów oraz wskutek łatwego dostępu do internetu bardzo się rozpowszechnił. Nie wiem, czy dotyczy to 8% czy 15% społeczeństwa, ale na pewno bardzo wielu spośród nas dotknął nałóg chorego zainteresowania pornografią i łatwej zgody na taką lub inną rozpustę. Trudno się dziwić, że ludzi dotkniętych tą chorobą coś od Pana Boga odpycha. Niekoniecznie jest tak, żeby od razu odrzucali wiarę w Boga, ale na ogół woleliby trzymać się od Niego z daleka. Sama możliwość zaprzyjaźnienia się z Bogiem ich niepokoi, bo to – mówiąc słowami Gałczyńskiego – za duży wiatr na moją wełnę [2].

Jak to: "niepokój związany z możliwością przyjaźni z Bogiem"?

Możliwość zaprzyjaźnienia się z Bogiem w ogóle przekraczała wyobraźnię wyznawców religii starogreckiej i starorzymskiej, a nawet wydaje się, że w ogóle wszystkich religii pogańskich. Ludzie tamtych religii nieraz wręcz doświadczali lęku, aby nadmiernym naprzykrzaniem się Bogu nie wzbudzić w Nim podejrzeń, że próbujemy się z Nim spoufalić, i nie narazić się w ten sposób na Jego gniew. Dopiero dzięki objawieniu biblijnemu dowiedzieliśmy się, że samemu Bogu zależy na tym, żeby się z nami przyjaźnić. Biblijne doświadczenie Boga jako kogoś, kto kocha człowieka, domagało się zupełnie nowej struktury kultu religijnego: jeśli Bóg nas kocha i chce w nas mieć swoich przyjaciół, to i my winniśmy się zbliżać do Niego.

Regularność modlitwy, kultu i świętowania wyraża na sposób ludzki nasze pragnienie, że chcielibyśmy nieustannie być blisko Boga i w Jego świętej obecności przeżywać zmieniające się koleje naszego losu. Cotygodniowe święto to w historii religii niezwykła wręcz nowość, która pojawiła się dopiero w czasach Starego Testamentu. Przyjaźń z Bogiem, tak jak każda przyjaźń, domaga się podtrzymywania więzi, więc w życiu religijnym muszą mieć miejsce regularne spotkania z Nim. Stąd instytucja cotygodniowego święta, w Nowym Testamencie ogromnie wzmocniona darem Eucharystii.

Warto zdać sobie sprawę z tego, że współczesne zjawisko odchodzenia od praktyk religijnych ma wiele cech zwyczajnego regresu do dawnej religijności pogańskiej, kiedy to człowiek w zasadzie uznawał Pana Boga, liczył na Jego opiekę i od czasu do czasu uciekał się do Niego za pomocą religijnych aktów, ale do głowy by mu nigdy nie przyszło, żeby się z Bogiem zaprzyjaźnić.

Dochodzimy zatem do stwierdzenia, że przyniesiona przez Jezusa Chrystusa idea Boga, który pragnie przyjaźni z człowiekiem, jest na tyle radykalnie nowa, że aż trudna do przyjęcia, a czasami nawet przerażająca... Czy to znaczy, że przestajemy chodzić do kościoła, kiedy kształtuje się w nas fałszywy obraz Boga?

Proszę nie mówić o "idei" Boga ani o "obrazie" Boga. Trzeba mówić po prostu o Bogu, który w Jezusie Chrystusie naprawdę się do nas zbliżył. Nie jest prawdą, że my, chrześcijanie, mamy pewną ideę Boga, a buddyści mają inną Jego ideę. To nie jest kwestia innych idei Boga. Czymś zasadniczym jest fakt, że Bóg faktycznie objawił się Abrahamowi i Mojżeszowi, a ostatecznie w Jezusie Chrystusie. Bóg do nas przyszedł i nieustannie przychodzi. To nie są jakieś "idee" chrześcijańskie; Bóg naprawdę chce być naszym przyjacielem!

Proszę zauważyć – Piotr nie mówił: "Ja uważam, że Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego". On wyznał: "Ty jesteś Chrystus, Syn Boga żywego". To nie jest kwestia naszych chrześcijańskich "przekonań", że Chrystus jest Synem Bożym i naszym Zbawicielem. On naprawdę jest Synem Bożym i naszym Zbawicielem! Chrystus naprawdę objawił nam pełne miłości oblicze swojego Ojca.

Z mówieniem o miłości Boga Ojca mamy chyba pewne trudności. Mówienie o Bogu wydaje się ludziom niekiedy mało konkretne. Proboszczowie, zwłaszcza podczas rekolekcji parafialnych, oczekują podjęcia konkretnych problemów, którymi ludzie żyją, czyli np. problem pijaństwa, rozwodów. A zatem: jak mówić o Bogu, który jest miłością?

Na ogół ludzie z otwartą buzią słuchają, kiedy w kazaniu czy konferencji rekolekcyjnej przedstawia się biblijną naukę o miłości Bożej, zwłaszcza kiedy się pokaże, że w Piśmie Świętym Bóg wykorzystuje wszystkie relacje rodzinne, żeby nam objaśnić, jak bardzo nas kocha. Przede wszystkim przedstawia się nam jako Ojciec. Ale nie tylko w tym sensie, że jest dla nas jak Ojciec – że kocha, opiekuje się nami, przebacza. On dosłownie chce być naszym Ojcem – żebyśmy byli już nie tylko ludźmi urodzonymi z naszych matek, ale żebyśmy z Niego się narodzili i mieli udział w Jego bóstwie. Jeśli ktoś mówi, że to nie jest praktyczne, to nie rozumie słowa "praktyczny". Bo głoszenie "praktyczne" polega na tym, że słowo Boże naprawdę dochodzi do ludzkich serc i je przemienia, i zaczynamy coraz lepiej Boga rozumieć.

W naszym pokoleniu Kościół istotnie odświeżył sobie znajomość tej prawdy, że miłość Boga do nas ma też w sobie wiele czułości macierzyńskiej, a nawet więcej niż macierzyńskiej: Czy może matka zapomnieć o swoim dziecku? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie (Iz 49,15). Pieśń nad Pieśniami oraz Księga Ozeasza mówią o tym, że Bóg chce związać ze sobą swój lud przymierzem i miłością małżeńską – a ta prawda otrzymała zupełnie nowe horyzonty w Jezusie Chrystusie, podobnie jak prawda o tym, że Syn Boży ukochał nas miłością goela, Starszego Brata, który z miłości do nas poszedł aż na krzyż, ażeby wyzwolić nas od grzechu, śmierci i szatana.

Z otwartą też buzią ludzie słuchają objaśnienia, że to dlatego, iż Bogu ogromnie zależy na nas i na naszym dobru, mamy Go kochać "z całego serca, ze wszystkich sił i myśli". I kiedy się wyjaśnia, że z miłości bezinteresownej, a nie zaborczej Panu Jezusowi tak bardzo zależy na tym, żebyśmy Go kochali na pierwszym miejscu i nikogo nie kochali bardziej niż Jego. Podobnie jak dzieci wtedy są kochane prawdziwie, kiedy rodzice kochają je w swojej miłości małżeńskiej – w tej miłości, z której się one poczęły – tak cała nasza miłość swoją prawdę czerpie z miłości Boga. To dlatego Bóg powinien być w naszym życiu nie tylko kimś ważnym, ale kimś najważniejszym. Jeśli ty pomagasz mi w zrozumieniu tego, że Boga powinienem kochać jako kogoś absolutnie pierwszego w moim życiu, to pomagasz mi ukształtować właściwe relacje ze współmałżonkiem, z dziećmi, z dalszą rodziną, ze wszystkimi. Czy to nie jest "praktyczne"? – niech mi nikt nie mówi, że to nie jest praktyczne.

A jednak problem istnieje. Niekiedy nauczanie o miłości Boga wydaje nam się mało konkretne, gdyż dopiero kiedy wejdziemy w sprawy ludzkie, zwłaszcza w sprawy grzechu, dopiero wtedy mamy "konkret życia". Czyli: moralność bez dogmatyki, co prowadzi do moralizmu. Czy moralizm w przepowiadaniu może prowadzić w dalszej konsekwencji do tego, że ludzie przestają chodzić do kościoła?

Pamiętam taką naukę stanową dla mężczyzn. Rekolekcjonista przedstawił pięć etapów staczania się w nałóg alkoholizmu – taka typowa, dobrze przygotowana prelekcja antyalkoholowa, ludzie słuchali z wielkim zainteresowaniem. Ponieważ działo się to w kościele, a dobrej woli włożono w tę naukę dużo, ufajmy, że Duch Święty jakoś wszedł w przestrzenie między słowami i że nie było to tylko moralizowanie. Ale może nie wszedł, może to wszystko miało się nijak do wiary.

Tak czy inaczej, nawet jeżeli decydujemy się na jakieś moralizowanie, powinniśmy to robić dobrze, lepiej jednak, żeby nasze pouczenia moralne były oparte na prawdach wiary, a przynajmniej do nich się odwoływały. Jeżeli zaś moralizujemy z arogancją, z poczuciem wyższości albo nieudolnie – i to wobec ludzi, którzy nieraz są znacznie od nas mądrzejsi – wtedy być może więcej niszczymy, niż budujemy.

Warto postawić sobie czasem pytanie następujące: jak to możliwe, że ludzie, którzy wysłuchali setki naszych kazań, są bezbronni wobec antytrynitarnych argumentów świadków Jehowy? Dlaczego tak się dzieje, że my, katolicy, często jesteśmy tak bezradni (a nieraz i tchórzliwi) wobec nawet bardzo prymitywnych zarzutów przeciwko naszej wierze? Sądzę, że te duchowe klęski ujawniają słabość naszego głoszenia wiary. Może z ambony prawda Trójcy Świętej oraz inne centralne prawdy wiary chrześcijańskiej przedstawiane są nieraz jako czysto teoretyczne dogmaty. Bo jeśli idzie o dość powszechną wśród nas, katolików, niezdolność do sensownego rozmawiania na tematy związane z wiarą, to zapewne jest ona jednym z przejawów naszego konsumenckiego stosunku do Kościoła.

A co do moralizowania – przecież nie jest nim nauczanie moralnych nauk Ewangelii, a więc przypominanie, że prawdziwa miłość wymaga nieraz ofiary i że przez cierpliwe znoszenie niedającego się uniknąć zła, czyli przez niesienie swojego krzyża, naśladujemy samego Pana Jezusa. Nie jestem też moralizatorem, tylko rozsiewam ducha Ewangelii, kiedy zachęcam do zawierzenia Bożej Opatrzności, do wrażliwości na materialną i moralną biedę, do ratowania zagrożonego małżeństwa, do zwyciężania zła dobrem, do naprawienia krzywd i do wprowadzania pokoju wszędzie tam, gdzie doszło do niezgody czy nawet nienawiści.

Niektórzy wskazują, że czynnikami osłabiającymi praktyki religijne są pewne zjawiska obecne w kulturze. Jan Paweł II wiązał je z ideami sięgającymi swymi korzeniami filozofii oświecenia. Na czym one polegają?

Niestety, całkiem często się zdarza, że katolik wygłasza różne typowo oświeceniowe poglądy i zazwyczaj nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że mijają się one z jego wiarą. Na przykład wielu katolików potrafi z przekonaniem mówić, że wszystko jedno, jak człowiek wierzy, byleby uczciwie żył. Albo wygłosić pogląd, że gdyby na soborze w Nicei zwyciężyli arianie, to dzisiejsze chrześcijaństwo nie znałoby prawdy Trójcy Świętej. A przecież jeżeli prawda wiary jest przedmiotem tylko ludzkich ustaleń, które były takie, a mogłyby być inne, to my w gruncie rzeczy w ogóle nie wierzymy w Chrystusa, Syna Bożego i Zbawiciela, tylko bawimy się w ludzi wierzących. Gdyby tylko w naszych poglądach Bóg był Trójcą Osób, a Chrystus Zbawicielem, znaczyłoby to, że Ewangelia to jest jedna wielka lipa. Już apostoł Paweł powiedział, że jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremne jest nasze nauczanie, próżna jest także wasza wiara; okazuje się bowiem, żeśmy fałszywymi świadkami Boga i przeciwko Bogu świadczymy, że z martwych wskrzesił Chrystusa (1 Kor 15,14n).

Konsekwencją oświeceniowego ukąszenia jest również podtrzymywanie różnych czarnych legend na temat Kościoła i chrześcijaństwa. Mam na myśli legendę o pięćdziesięciu czy choćby nawet "tylko" dziesięciu milionach ofiar inkwizycji albo o odwiecznej jakoby wrogości Kościoła wobec nauki. Powtarzanie takich bredni nie przystoi nawet żadnemu jako tako wykształconemu człowiekowi; tym bardziej katolikowi nie wypada powtarzać kłamstw wymyślonych w celach jawnie antykatolickich. Rzecz jasna, nie wolno nam negować ani umniejszać nadużyć, jakich dopuściła się inkwizycja; trzeba znać i przekazywać młodym całą prawdę na temat procesu Galileusza czy sporów o teorię Darwina – ale prawdę całą, ani nie pomniejszoną, ani nie przekręconą.

Albo weźmy problem zła w Kościele. Od czasów oświecenia Kościół nieraz tak jest przedstawiany nie tylko przez ludzi mu nieżyczliwych, ale niekiedy nawet przez katolików, jakby był jakąś instytucją przestępczą. Naprawdę nie chodzi o to, żeby ukrywać zło, jakie miało miejsce w historii Kościoła, ale też nie dajmy sobie narzucić tendencyjnych interpretacji tej historii. Przypominajmy sobie oraz innym wielkie cywilizacyjne zasługi chrześcijaństwa. Pamiętajmy o naszych męczennikach i o wielkich chrześcijańskich bohaterach miłości bliźniego. Bo niestety, chyba wszyscy jesteśmy jakoś tym oświeceniowym ukąszeniem w naszych opiniach na temat Kościoła dotknięci.

A jednak zło popełnione w historii przez ludzi Kościoła czy też zło popełniane dzisiaj stanowi problem dla wielu osób. Niektórzy właśnie zgorszeniem wyjaśniają zaprzestanie chodzenia do kościoła. Może my, katolicy, źle na te zgorszenia reagujemy?

Kiedy jeden z podległych mu księży dopuścił się jakiegoś wielkiego zła, św. Augustyn wyraził swój ból z tego powodu, ale zarazem powiedział tak: Kiedy upadnie jakiś biskup, ksiądz, zakonnik czy mniszka, ludzie zarzucają i oskarżają, że oni wszyscy są tacy, tylko nie wszystko o nich wiemy. A przecież jeżeli jakaś mężatka zostanie przyłapana na cudzołóstwie, ci sami ludzie nie odwracają się od swoich żon ani nie oskarżają swoich matek.

Czymś ogromnie ważnym, kiedy dowiadujemy się o jakimś wielkim złu, jest to, żebyśmy nie dali się ponieść przekonaniu, że w gruncie rzeczy świat na fałszu stoi, a o dobru gadają tylko faryzeusze i hipokryci. Na szczęście rzeczywistość jest inna. Jest takie hinduskie przysłowie, że upadające drzewo robi w lesie więcej huku niż rośnięcie całego lasu. To jest wielka sztuka – zauważać dobro, jakiego wokół nas jest naprawdę bezmiar, i umieć je pokazywać innym. Wielka to sztuka zauważać ten bezmiar dobra również wtedy, kiedy mówi się przede wszystkim o jakimś wielkim złu.

Czy dostrzega Ojciec Profesor jeszcze inne przyczyny, dla których ludzie przestają chodzić do kościoła?

Tak zwanemu człowiekowi współczesnemu wydaje się często, że wszystko mu się należy. Skoro jestem katolikiem, to Msza Święta mi się należy, a skoro się należy, to regularne chodzenie jest przesadą – pójdę sobie na Mszę wtedy, kiedy mam na to ochotę. Zbyt mało czujemy, jak wielkim darem jest Msza Święta i jej dostępność. Odwołam się tu może do wspomnień mojego zakonnego współbrata, ojca Marcina Babraja, który w dzieciństwie był razem z matką i siostrą na zesłaniu w Kazachstanie. W roku 1945 pozwolono im wrócić do Polski, ale tylko tym zesłańcom, którzy pochodzili z terenów przedwojennej Polski. Inni Polacy musieli tam pozostać. Rozpaczali strasznie. Ojciec Marcin, który wtedy był jeszcze dzieckiem, najbardziej zapamiętał sobie, jak ci nieszczęśnicy, którym nie pozwolono wrócić do ojczyzny, bezsilnie powtarzali skargę: Żebyśmy chociaż mieli księdza! Żebyśmy chociaż mogli mieć Mszę Świętą! Żebyśmy przynajmniej nie musieli umierać bez sakramentów świętych!

Wydaje mi się, że wielu katolików, którzy dzisiaj zaniedbują niedzielną Mszę, zachowałoby się podobnie, gdyby znaleźli się w podobnej sytuacji. Wielka to tajemnica, dlaczego tak potrafimy lekceważyć sobie nawet największe dary Boże. Mało cenimy sobie zdrowie, kiedy jesteśmy zdrowi. I często nie potrafimy docenić tego, że mamy co jeść i gdzie się wykąpać. Co więcej, nawet dary nadprzyrodzone – Słowo Boże, sakramenty, Mszę Świętą – mało sobie cenimy, ponieważ mamy łatwy do nich dostęp.

Co jest dzisiaj ważne, aby zachęcić tych, którzy przestali "chodzić do kościoła", aby na nowo odnaleźli drogę do świątyni?

Moim zdaniem w tej chwili w Polsce mamy taką sytuację, że wielu ludzi, którzy oddalili się od Kościoła, a może nawet mocno go nie lubią, można stosunkowo łatwo do Kościoła przyciągnąć. Po prostu wielu z tych ludzi w jakimś ważnym dla siebie momencie jeszcze do nas przychodzi bądź pozwalają nam przyjść do siebie. Często proszą nas o ślub albo o chrzest dziecka czy później o jego Pierwszą Komunię Świętą, a także o odprawienie pogrzebu swoich bliskich; niekiedy przyjmują naszą wizytę duszpasterską. Próbujmy wtedy z wielką serdecznością ogarnąć tych ludzi orędziem ewangelicznym. Gorliwy i mądry kapłan naprawdę wiele dobrego może uczynić w samej nawet kancelarii parafialnej, a jeszcze więcej podczas kursu przedmałżeńskiego, czy przygotowując rodziców do chrztu ich dziecka. W takich chwilach mądre, pełne miłości i ciepła podejście do człowieka, który przestał "chodzić do kościoła", owocuje nieraz tym, że on znów w Kościele się odnajduje. Zdarza się, że niejeden staje się wówczas bardzo gorliwym katolikiem. Wydaje się jednak, że ta sytuacja będzie trwała krótko. Gdyż taka jest logika dechrystianizacji, że w jakimś momencie ludzie przestaną już prosić o chrzest dziecka, nie będzie im zależeć na jego Pierwszej Komunii Świętej i wystarczy im pogrzeb świecki.

Drugą szansą przyciągnięcia oddalonych od Kościoła (czyli rechrystianizacji) jest rozwinięcie pomocy charytatywnej w większym stopniu niż dotychczas. Chodzi nawet mniej o tych, którzy z takiej pomocy korzystają – więcej o tych, którzy w nią się angażują. Doświadczyliśmy tego podczas stanu wojennego: wielu z tych, którym Kościół umożliwił czynienie dobra na miarę, która prywatnie była im niedostępna, związywało się z nim również religijnie. Benedykt XVI w encyklice Deus Caritas est (w rozdziale 24) przypomniał opinię nieprzyjaznego Kościołowi cesarza Juliana Apostaty, że działalność charytatywna ogromnie podnosi ewangelizacyjną atrakcyjność chrześcijaństwa.

Co to znaczy: "z wielką serdecznością ogarnąć tych ludzi orędziem ewangelicznym"?

Przykro to mówić, ale my, polscy księża, popadliśmy chyba wręcz w nawyk odpędzania od Kościoła ludzi, którzy są już znacznie zdechrystianizowani, ale którzy czują się jeszcze katolikami – krótko mówiąc, ludzi, którzy jeszcze stosunkowo łatwo daliby się do Kościoła przyciągnąć. Bezduszność, z jaką potrafimy takich ludzi traktować w kancelarii parafialnej, kiedy proszą o chrzest dziecka albo o pogrzeb bliskiej sobie osoby, przekracza nieraz normalną wyobraźnię. Oczywiście, to nie jest reguła. Oczywiście, kancelarie parafialne są często miejscem bardzo ofiarnej i skutecznej posługi duszpasterskiej. Niemniej opisanie tej arogancji i nieżyczliwości z kancelarii parafialnych, na które tylko mnie jednemu ludzie się żalili, zajęłoby chyba całą książkę.

Kiedyś zgłosiło się do mnie młode małżeństwo, prosząc o chrzest dziecka. Nie mieli ślubu ani kościelnego, ani cywilnego. Na początku rozmowy powiedzieli, że planują ślub w przyszłości, ale teraz nie życzą sobie, żebym ich do niego przymuszał ze względu na chrzest dziecka. Zacząłem więc z nimi rozmawiać, a Pan Bóg – wiele razy tego doświadczyłem – w takich chwilach bardzo mocno pomaga. Oni poczuli, że ja się cieszę ich dzieckiem oraz że ich lubię. Po dłuższej chwili zaproponowałem im, żeby ich ślub odbył się razem z uroczystością chrzcielną. W pierwszym odruchu zaprotestowali, ale cierpliwie zacząłem im wyjaśniać, jaki jest sens chrztu i małżeństwa. W końcu nie tylko zgodzili się na ślub, ale dzisiaj naprawdę regularnie "chodzą do kościoła". Doświadczenie to potwierdza, że w takich okolicznościach bardzo łatwo można ludzi odpędzić od Kościoła, czasem może nawet już bezpowrotnie, ale również stosunkowo łatwo można ich jeszcze przyciągnąć, i to prawdziwie przyciągnąć, to znaczy pomóc im, ażeby stali się ludźmi może nawet gorąco wierzącymi.

A może my nieco idealizujemy, przyzwyczajeni do czasów, kiedy ludzie masowo "chodzili do kościoła", gdy tymczasem chrześcijaństwo z natury swojej jest elitarne, a nie masowe?

To są zmartwienia Pana Jezusa, i w tych zmartwieniach nie musimy Go wyręczać. My mamy dobrze robić to, co do nas należy. Zostawmy na boku te pytania o masowość czy elitarność naszego chrześcijaństwa. Wypełniajmy naszą posługę, pomagajmy ludziom – coraz to nowym ludziom – szukać i znajdować Pana Jezusa, Jego Ewangelię i Jego sakramenty. A gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: "Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać" (Łk 17,10).