Bóg a zło w świecie

W kultowych Samych swoich jest taka scena, gdy Pawlak wraz z synem modlą się o sprawiedliwość, swoiście ją pojmując: „A na całe Kargulowe plemię i pole, spuść, dobry Panie, wszystkie plagi egipskie. Tylko się nie pomyl i nas, Pawlaków, sąsiadów Kargulowych, nie doświadczaj, bo my się swojej miedzy trzymamy”.

Rzecz jasna Bóg nie wysłuchuje takich modlitw. Ale czy w ogóle słyszy jakiekolwiek prośby o odsunięcie trudnych doświadczeń? Wielu, szukając odpowiedzi na to pytanie, podąża takim tropem: „Bóg wszechmocny może uwolnić świat od cierpień, a Bóg dobry chce, żeby na świecie cierpienia nie było. A ponieważ cierpienie istnieje, nie istnieje dobry i wszechmocny Bóg”. Konstrukcja wydaje się arcylogiczna, ale nie ustrzega się istotnego błędu. Otóż rozumowanie to zakłada, że stworzony świat jest mechanizmem, tym samym zapomina się w nim o człowieku stworzonym na podobieństwo Boga, człowieku, którego atrybutem jest wolność.

 

 

Owa wolność jest tym, co usprawiedliwia Boga dopuszczającego zło. Jeśli bowiem człowiekowi została dana wolna wola, może on z niej korzystać tylko pod warunkiem, że nie jest zdeterminowany do wyboru dobra. Bóg, który wkraczałby do akcji, gdyby rzeczy szły nie po Jego myśli, niczym nie różniłby się od lalkarza sterującego na scenie swymi marionetkami. Uczciwy wgląd w siebie samego każe wprost powiedzieć, że wielkie zło nie bierze się ni stąd, ni zowąd, lecz poprzedzone jest wyborami zła małego. I jeśli Bóg miałby stawiać tamę temu złu, musiałby z człowieka uczynić niewolnika. Zresztą, ci którzy oczekują funkcjonowania formuły Deus ex machina – Boga, który przewidziawszy przyszłość, mógłby jej przeciwdziałać – popełniają błąd kategorialny, zapominają bowiem o tym, że „Bóg – na co zwraca uwagę Michael Novak – przebywa w teraźniejszości równoczesnej”, niejako poza czasem, widząc „cały świat Czasu i całe stworzenie w jednym mgnieniu”. Tym samym „wola Boga – jak dodaje Novak – nie poprzedza ludzkich decyzji. Raczej jest z nimi równoczesna i w ten sposób uprawomocnia ich zaistnienie”.

Zarzuty kierowane pod adresem Boga, który nie jawi się jako albo wszechmocny, albo dobry, albo w ogóle istniejący, formułuje się najczęściej z pozycji cierpienia niezawinionego. Dobrym przykładem są naturalne katastrofy. Wielu pyta, jak Bóg może do nich dopuszczać? Już Wolter śmiał się z wiary w opatrzność Bożą, kiedy trzęsienie ziemi w Lizbonie pochłonęło wiele tysięcy niewinnych ofiar. Jeśli więc Bóg miałby istnieć, tłumaczono, musiałby być nie tylko kimś innym niż głoszą chrześcijanie, ale wręcz kimś, można by rzec, nieludzkim, skoro zezwala na zło, będące nawet według ludzkich norm niesprawiedliwością. Inspirowane obecnością zła w świecie odrzucenie Boga nie zmniejsza wcale cierpienia w świecie, jest tylko przerzuceniem poszukiwania odpowiedzi na pytanie o przyczynę zła na stronę chrześcijan.

A co ci ostatni mają do powiedzenia? Interesująca wydaje się koncepcja zaproponowana przez Michaela Nowaka. Ten amerykański politolog i teolog w miejsce Boga-Zegarmistrza, którego trzeba odrzucić ze względu na fakt, że mechanizm świata wydaje się nie funkcjonować zbyt dobrze, proponuje Boga-Artystę i teologię Pana Absurdu.

Novak kreśli obraz Boskiego Autora opowieści ludzkiego życia „wypełnionych przygodami, nieprzewidywalnych, niepewnych, sterowanych przypadkiem, nierzadko zaskakujących i pełnych suspensu” oraz świata, w którym „przypadek niekoniecznie jest dowodem nieistnienia inteligencji, ale wskazuje na bardziej wyrafinowaną jej formę – inteligencję Artysty”. Pięknie, ale samo to, że Bóg nie jest Geometrą i dlatego stworzył „świat schematów prawdopodobieństwa i redundancji, marnacji i obfitości, ciężkich urazów i trudu”, nie znaczy, że Artyście wszystko można wybaczyć. Toteż zaproponowana teologia absurdu broni się jedynie przy dodatkowym stwierdzeniu, że świat bez zdarzeń losowych byłby światem schematycznym, światem idealnego porządku, ale światem bez ludzkiej wolności. Cóż „otwarty, przyjazny wolności porządek świata – tłumaczy Novak – wymaga szalonych przypadkowości, jednych ironicznych, innych tragicznych”. Kluczem do tego świata miałby być krzyż, na którym umęczono Jezusa. Wtedy wiara w „Pana Absurdu tak doskonale zgadza się z ludzkim doświadczeniem i z odkryciami nauki (teorią «chaosu» i całą resztą), że pozwala umysłowi ze spokojem przyjąć zarówno «przypadkowość» i «brak ukierunkowania», jak i świetlistą zrozumiałość w strukturze świata”.

Mnie akurat do pełnego spokoju czegoś brakuje. Nurtuje mnie pytanie, czy losowość istniejąca w świecie i warunkująca ludzką wolność rzeczywiście z woli Bożej zbiera śmiercionośne żniwo? Jestem zdania, że nie można rozwiązać tej zagadki bez odwołania się do tajemnicy Boga wcielonego, który przebywał między ludźmi „z głośnym wołaniem i płaczem za swych dni doczesnych” (Hbr 5, 7). Skąd ten płacz Syna zamiast podziwu dla dzieła genialnego Ojca-Artysty? Ewangelie pokazują, że sam Bóg-człowiek zmagał się z tajemnicą cierpienia i śmierci. Jego płacz świadczy zawsze „o spotkaniu z mocami śmierci, której bezdenną otchłań On, jako Święty Boga, odczuwa w całej jej głębi i potworności” (Benedykt XVI). Apostoł Paweł twierdzi, że przez grzech człowieka śmierć weszła na świat (por. Rz 5, 12), a w innym miejscu dodaje, że „stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Stworzenie bowiem zostało poddane marności […] w nadziei, że również i ono zostanie wyzwolone z niewoli zepsucia” (Rz 8, 19-20). Wskazywałoby to na skutki grzechu człowieka większe, niż można by przypuszczać: nie ograniczone tylko do synów Adama, ale sięgające również przyrody (por. Rdz 3, 17).

Kto wie, czy człowiek bez grzechu nie zapobiegałby kataklizmom? Przecież Jezus ma władzę nad naturą (por. Mk 4, 39-41). Co więcej, doświadczenia mistyków dowodzą, że życie w jedności z Bogiem pozwala człowiekowi istotnie uwolnić się od praw rządzących jego biologią. Znany jest przypadek Marty Robin, która wiele lat przeżyła bez jedzenia i picia. Kto wie, może w świecie bez grzechu nawet katastrofy naturalne nie pociągałyby za sobą cierpień, skoro praca ludzka w raju (sytuacja sprzed grzechu) nie trudziła Adama (por. Rdz 3, 17-18)? A jeśli jednak plan Boży obejmował śmierć – jako nieodłączny składnik świata przemijającego – to nie z kosą bólu i żałoby, ale raczej podobną do zaśnięcia, które jak w przypadku Wniebowziętej z ciałem i duszą Maryi (jedyna bez grzechu!) wiązałoby się z łagodnym przejściem z tego świata na tamten. To poszlakowe dowodzenie wskazuje na winę człowieka, a usprawiedliwia Boga. Do takiego świata rzeczywiście pasuje klucz Krzyża. Dlatego lepiej jest razem z Bogiem cierpiącym, do którego nie traci się zaufania, wejść w taki świat, niż obrażać się na Niego. „Cierpienie staje się naprawdę nieznośne dopiero przez zburzenie zaufania do Boga […]. Wtedy istotnie cierpienie staje się czymś beznadziejnym: nie może od niego uwolnić nawet perspektywa śmierci” (T. Dzidek, Ł. Kamykowski, A. Napiórkowski).

I jeszcze jedno, doświadczenie wierzących pokazuje, że miłość Boża w sercu człowieka większa jest od zła panującego w świecie, i mimo że chrześcijanie nie potrafią odpowiedzieć na pytanie o tajemnicę zła, zachowują pokój i zaufanie do Boga zarówno wszechmocnego, jak i dobrego. Ufają przy tym, że wszechmoc Boża jest tak wielka, że nawet ze zła może On wyprowadzić dobro, skoro z ukrzyżowania – „z tego zła moralnego, największego z największych – jak pisał kard. Schönborn – uczynił wielkie błogosławieństwo, wyprowadził największe z wszelkich dóbr: nasze odkupienie”. Można też w tym właśnie widzieć przejaw Bożej dobroci. Tak pojmował to św. Tomasz z Akwinu: „Dopuścić zło i obrócić na dobre – powiadał Akwinata – to przecież świadczy o nieskończonej dobroci Boga”.

Patrzą więc wierzący na Boga, który stał się człowiekiem i kielich cierpienia wypił do końca, razem z Nim schodzą w głąb misterium iniquitatis (por. 2 Tes 2, 7), ale w nadziei, że z Nim kiedyś zmartwychwstaną. Bo właśnie to ostateczne zwycięstwo Jezusa nad śmiercią jest przekręceniem klucza w drzwiach do świata bez łez nieodłącznie związanych z grzechem „Pawlakowego plemienia”.

Źródło Internet