Bądźcie świętymi

Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa (1 Tes 5,23). W naszej zlaicyzowanej cywilizacji, w której świat urządzany jest tak, jakby Boga nie było, pojęcie świętości oraz powołanie człowieka do niej zatraciły swoje znaczenie. Człowiek współczesny ocenia siebie nie poprzez pryzmat tego, co otrzymuje do Stwórcy, ale co sam osiąga i – jak mu się wydaje – sam sobie zawdzięcza.

Realizowanie swego życia poprzez uczestnictwo w świętości Boga zostało zastąpione dzisiaj pojęciem samorealizacji, w którym akcent położony jest przede wszystkim na aktywność człowieka i jego nieograniczone prawo do dysponowania własną wolnością. Sięganie po cele, które człowiek sam sobie ustala, stało się wyznacznikiem jego wielkości i doskonałości. Już w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku Aleksander Sołżenicyn mówił do studentów na Uniwersytecie Harvarda: Pojęcie wolności zaczyna oznaczać brak wszelkich hamulców, czyli zmierza w stronę sił zła (żeby nie ograniczać niczyjej „wolności”). Zatarła się świadomość odpowiedzialności człowieka przed Bogiem i społeczeństwem. „Prawa człowieka” zostały wyniesione tak wysoko, że przyćmiły prawa społeczeństwa i niszczą to społeczeństwo. (...) Panująca ideologia, która głosi, że najważniejsze jest gromadzenie dóbr materialnych, która aż tak ceni dostatek – prowadzi do osłabienia charakteru ludzi Zachodu. (...) A korzenie tego stanu tkwią w epoce oświecenia, w racjonalistycznym humanizmie, w wyobrażeniach, że człowiek jest ośrodkiem wszystkiego, co istnieje, że nie ma nad nim Siły Wyższej. Również sami wierni dzisiaj nierzadko utożsamiają niekiedy świętość przede wszystkim z dążeniem do doskonałości moralnej, którą – jak im się zdaje – osiąga się przede wszystkim dzięki „pracy nad sobą”.

Kościół jest święty

Chociaż wszyscy należący do Kościoła są grzesznikami potrzebującymi nieustannie Bożego zmiłowania i łaski, to jednak sam Kościół jest święty, ponieważ Chrystus, Syn Boży (...) umiłował Kościół jako oblubienicę swoją, siebie samego zań wydając, aby go uświęcić[1]. Chrystus złączył też Kościół ze sobą jako ciało swoje i hojnie obdarzył darem Ducha świętego na chwałę Bożą (KK 39). Jan Paweł II w Novo millennio inuente zauważa, iż odkrycie Kościoła jako „tajemnicy”, czyli jako ludu „zjednoczonego jednością Ojca i Syna, i Ducha Świętego” (św. Cyprian), musiało doprowadzić także do ponownego odkrycia jego „świętości”, pojmowanej w podstawowym znaczeniu jako przynależności do Tego, który jest w najgłębszym sensie Święty, „po trzykroć Święty”(por. Iz 6,3). Wyznać wiarę w Kościół jako święty znaczy wskazać jego oblicze Oblubienicy Chrystusa, dla której On złożył w ofierze samego siebie właśnie po to, aby ją uświęcić. Ten dar świętości – by tak rzec – obiektywnej zostaje ofiarowany każdemu ochrzczonemu.

Powyższe słowa pozwalają nam odróżnić istotę świętości Kościoła od „doskonałości moralnej” (czy może częściej jej braku…) tych, którzy go reprezentują. Utożsamienie ludzkiej doskonałości moralnej przedstawicieli Kościoła ze świętością Kościoła jako takiego jest bardzo niebezpieczne. Najmniejsze bowiem słabości katolików bywają wówczas odbierane fałszywie jako zaprzeczenie świętości samego Kościoła. Coraz bardziej modny dzisiaj slogan, także u nas w Polsce: „Chrystus «tak», Kościół «nie»”, jest nie tyle wyrazem niechęci do Kościoła jako instytucji, co przede wszystkim przejawem błędnej eklezjologii utożsamiającej jego świętość z moralną poprawnością jego reprezentantów. Błąd ten (dotyczący nie tyle samych pojęć, ile raczej praktyki życia) wpływa na codzienne zachowania i postawy „ludzi Kościoła” (pod tym pojęciem rozumiem zwłaszcza duchownych). Podświadomie skłania ich bowiem do ukrywania za wszelką cenę swoich ludzkich słabości, co sprawia, że ich kontakty z wiernymi i całe zachowanie staje się mało spontaniczne. „Kościelni ludzie” postawy te przyjmują często w najlepszej wierze: pragną bowiem, by ich ludzkie ułomności nie rzucały cienia na Kościół i jego świętość.

Nie zdają sobie jednak sprawy z tego, że jest to niedźwiedzia przysługa dla samego Kościoła. Prości wierni wyczuwają bowiem w tych postawach pewną nieszczerość i brak przejrzystości moralnej. Paradoksalnie mówiąc, słabości moralne ludzi ochrzczonych (niezależnie od tego, czy należą do hierarchii, czy też są przedmiotem jej funkcji pasterskiej – KK 39) nie tylko nie zaprzeczają świętości Kościoła, ale wręcz przeciwnie, stają się okazją do ujawniania się zbawiającej, leczącej i uświęcającej jego mocy. Skoro wszyscy w wielu rzeczach upadamy (por. Jk 3,2), ustawicznie potrzebujemy miłosierdzia Bożego i co dzień powinniśmy się modlić: Odpuść nam nasze winy (Mt 6,12) – stwierdza Sobór Watykański II (KK 39). św. Ojciec Pio często zachęcał swoich penitentów, aby nie ukrywali swoich moralnych ułomności, ale też nie koncentrowali się na nich. Do jednego z nich pisał: W życiu duchowym trzeba iść do przodu bez niepokoju, bez zniechęcenia i goryczy. Jeżeli czynisz dobro, wychwalaj Boga i dziękuj Mu. Jeżeli zdarzy ci się uczynić zło, upokorz się, podejmij postanowienie, poproś o pomoc i idź do przodu dobrą drogą.

Każdy, kto pokłada w Nim nadzieję...

Odróżnienie świętości Kościoła od poprawności moralnej „ludzi Kościoła” nie oznacza bynajmniej pomniejszania czy też lekceważenia świętości w codziennym życiu wierzących, tak duchownych, jak i świeckich. Sobór podkreśla z naciskiem, iż świętość Kościoła ujawniać się powinna w owocach łaski, które Duch rodzi w wiernych; rozmaicie wyraża się ona u poszczególnych ludzi, którzy we właściwym sobie stanie życia dążą do doskonałości miłości, będąc zbudowaniem dla innych (KK 39). I dodaje: Wyznawcy Chrystusa (...) nie ze względu na swe uczynki, lecz wedle postanowienia i łaski Bożej, w chrzcie wiary stali się prawdziwie synami Bożymi i uczestnikami natury Bożej, a przez to rzeczywiście świętymi (KK 40).

Istotą świętości uczniów Chrystusa, jak stwierdza Sobór, jest dążenie do stawania się prawdziwymi Synami Bożymi na wzór Jezusa. Synowskie zaufanie i posłuszeństwo Syna swojemu Ojcu aż do śmierci, i to śmierci krzyżowej (Flp 2,8) staje się dla nich niedoścignionym wzorem prawdziwej świętości. Każdy, kto pokłada w Nim (...) nadzieję, uświęca się, podobnie jak On jest święty (1 J 3,3). Najwyższym znakiem świętości jest więc dla nas, uczniów Jezusa, nasz Pan ukrzyżowany i zmartwychwstały, który nieustannie, w poniżeniu i chwale, powierza się jako umiłowany Syn swojemu Ojcu. Uczniowie Chrystusa stają się więc świętymi najpierw nie poprzez dążenie do moralnej doskonałości, ale poprzez poznawanie, miłowanie i naśladowanie Mistrza. To właśnie udział w przybranym synostwie Ojca niebieskiego, które umożliwia Jezus, czyni jego uczniów uczestnikami natury Bożej, a przez to rzeczywiście świętymi na wzór świętego Boga.

Jeżeli nasze poznawanie i miłowanie Jezusa jest szczere, a naśladowanie Go autentyczne, wówczas ulegają zwykle powolnej przemianie także nasze zewnętrzne zachowania i postawy. Upragnioną i poszukiwaną przez nas poprawność moralną otrzymujemy wówczas bardziej jako niezasłużony dar i łaskę niż owoc wytrwałej pracy nad sobą. Owoce świętości, którymi – zgodnie z zachętą Soboru – dajemy „zbudowanie wiernym”, są najczęściej nieproporcjonalne do osobistego wysiłku ludzkiego. Nierzadko jednak zdarza się, że naszemu dążeniu do świętości towarzyszy, wiernie jak pies, jakaś nasza ludzka słabość, z którą zmagamy się niekiedy od wielu lat. I choć modlimy się szczerze o jej pokonanie, to jednak otrzymujemy nieraz odpowiedź podobną do tej, której Pan udzielił św. Pawłowi: Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali (2 Kor 12,9). I my, podobnie jak Apostoł Narodów, możemy wówczas chlubić się z naszych słabości, by mogła zamieszkać w nas moc Chrystusa (por. 2 Kor 12,9). Znakiem autentyzmu świętości bywa wówczas nieustanne powierzanie się miłosierdziu Bożemu, połączone jednak z zaangażowaną codzienną walką z każdym przejawem ludzkiej ułomności. I dla nas, podobnie jak dla św. Pawła, słabość może być swoistym ościeniem dla ciała, wysłannikiem szatana, by nas policzkował – byśmy się zbytnio nie unosili pychą (2 Kor 12,8).

Pomaganie innym w dążeniu do świętości

Jako przybrani synowie Ojca niebieskiego, jesteśmy nie tylko zobowiązani sami dążyć do świętości, ale prowadzić do niej także tych, których Pan powierza naszej trosce, szczególnie zaś osoby, z którymi jesteśmy związani trwałymi więzami miłości i przyjaźni. Życie kościelnych wspólnot, w tym także chrześcijańskich rodzin, winno być miejscem nie tylko osobistego dążenia do świętości, ale też wspomagania innych w jej osiągnięciu. św. Paweł pisze do Koryntian: Jeśli jakaś żona ma niewierzącego męża i ten chce razem z nią mieszkać, niech się z nim nie rozstaje. Uświęca się bowiem mąż niewierzący dzięki swej żonie, podobnie jak świętość osiągnie niewierząca żona przez brata (1 Kor 7,13-14). Ale podobnie jak osobiste dążenie do świętości, tak również pomaganie innym w dążeniu do niej nie polega najpierw na prowadzeniu ich do doskonałości moralnej, ale raczej na wprowadzaniu w kontemplację osoby Jezusa obecnego w swoim słowie oraz sakramentach świętych. Tak pojęte sięganie po świętość przeniknięte jest duchem miłości Boga i bliźniego. Przykazanie świętości: Bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty (Kpł 20,7), utożsamia się wówczas z przykazaniem miłości: Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. (...) A bliźniego swego jak siebie samego (Mk 12,30-31).
Doświadczając miłości, uczeń Jezusa zaczyna też rozumieć jej wymagania zawarte w przykazaniach oraz nakazach moralnych. Przyjmuje je jednak chętnie, ponieważ są one wyrazem woli Jezusa i znakiem miłości do Niego: Jeżeli Mnie miłujecie, będziecie zachowywać moje przykazania (J 14,15). św. Teresa od Dzieciątka Jezus daje piękne świadectwo rozumienia istoty Kościoła oraz dążenie w nim do świętości: Zrozumiałam, że Kościół ma serce i że to serce płonie miłością. Zrozumiałam, że tylko miłość zdolna jest poruszyć członki Kościoła. (...) Zrozumiałam, że w miłości zawierają się wszystkie powołania, że miłość jest wszystkim.

Pedagogika świętości

Jan Paweł II w Novo millennio inuente podkreśla potrzebę tzw. pedagogiki świętości: Istnieją różne indywidualne drogi do świętości, wymagające prawdziwej pedagogiki świętości, która zdolna jest dostosować się do rytmu poszczególnych osób. Winna ona łączyć całe bogactwo propozycji dostępnych dla wszystkich z tradycyjnymi formami pomocy indywidualnej i grupowej oraz z nowszymi formami udostępnianymi przez stowarzyszenia i ruchy uznane przez Kościół. Z całego bogactwa propozycji pedagogiki świętości, jakie wypracował Kościół w ciągu dwu tysięcy lat, podkreślmy jedną z nich, która znalazła szczególne uznanie tak Stolicy Apostolskiej, jak i wiernych: Ćwiczenia duchowne św. Ignacego Loyoli. Można je uznać niewątpliwie za genialny podręcznik prawdziwej pedagogiki świętości. Loyola zebrał w nich bowiem wszystkie podstawowe metody prowadzenia autentycznego życia duchowego, jakie były i nadal są obecne w tradycji Kościoła (medytacja słowa Bożego, kontemplacja ewangeliczna, rozmyślanie, rachunek sumienia, przygotowanie do spowiedzi i Eucharystii, modlitwy ustne, porządkowanie nieuporządkowanych emocji, kierownictwo duchowe, duchowe rozeznawanie, podejmowanie ważnych decyzji, poddawanie się kierownictwu duchowemu, rozdawanie jałmużny, umartwienie, posty[2].

Pedagogika świętości zawarta w Ćwiczeniach duchownych nie została jednak opisana i usystematyzowana w jakiś sposób teoretyczny, ale zaproponowana jako konkretna praktyczna pomoc w prowadzeniu życia duchowego. W Ćwiczeniach do perfekcji też doprowadzona została sztuka dostosowania się do rytmu duchowego poszczególnych osób; jest ono możliwe dzięki codziennym rozmowom kierownictwa duchowego, które stwarza okazje do poznania osoby i jej sytuacji egzystencjalnej i duchowej.

O pedagogice świętości zawartej w Ćwiczeniach duchownych papież Pius XI pisał w encyklice Mens Nostra: Dowiedzione jest, że pośród wszystkich metod w odprawianiu ćwiczeń duchownych, chwalebnie opierających się na zasadach zdrowej ascezy katolickiej, jedna przed innymi zawsze pierwsze zajmowała miejsce. (...) Mówimy o metodzie wprowadzonej przez św. Ignacego z Loyoli, którego wybitnym i szczególnym mistrzem ćwiczeń z upodobaniem nazywamy.

Ćwiczenia odprawiane zgodnie ze wskazaniami Ojca Ignacego chronią nas przed pustym moralizowaniem zarówno w osobistym życiu duchowym, jak i w pracy wychowawczej i duszpasterskiej. Do Boga bowiem, jak podkreśla z naciskiem Ignacy Loyola, dochodzimy nie tylko dzięki własnej pracy i naszemu tylko wysiłkowi, ale w równej mierze dzięki łasce Boga. W pomocy duchowej udzielanej bliźnim w zdobywaniu świętości Ojciec Ignacy każe zrezygnować z aktywizmu oraz jakiegokolwiek nacisku na człowieka i jego wolność. Jest bowiem rzeczą o wiele lepszą – stwierdza św. Ignacy – aby w poszukiwaniu woli Bożej sam Stwórca i Pan udzielał się duszy sobie oddanej i ogarniał ją ku swej miłości i chwale, a także przysposabiał ją ku tej drodze, na której będzie Mu mogła lepiej służyć (CD 15).

To samo krytyczne ustosunkowanie się do aktywizmu duszpasterskiego odnajdujemy także u św. Jana od Krzyża. Niech się zastanowią ci, których pożera gorączka działalności (...), że o wiele więcej pożytku przynieśliby Kościołowi i o wiele milsi byliby Bogu, nie mówiąc już o dobrym przykładzie, jaki by dali, gdyby połowę tego czasu poświęcili na modlitwę i przestawanie z Bogiem. (...). W takim przestawaniu z Bogiem o wiele skuteczniej i z mniejszym trudem dokonaliby dobra jednym czynem niż tysiącem, a to dla zasługi modlitwy i energii duchowej w niej zdobytej. (...) Niech nas Bóg strzeże przed zwietrzeniem soli (por. Mt 5,13). Bo choćby się wydawało zewnętrznie, że człowiek coś czyni, w istocie będzie to niczym. Jest bowiem prawdą, że dobre czyny dokonują się jedynie mocą Bożą.

Józef Augustyn SJ

Przypisy:

[1] Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna o Kościele (dalej:KK), 39.
[2] Por. J. Augustyn SI, Wejść w krąg myślenia Bożego, „Życie Duchowe”, 34/2003, s. 77-85.