Chusta Weroniki

Doménikos Theotokópoulos,
zwany El Greco

"Weronika i Święte Oblicze", olej na płótnie, ok. 1580 Muzeum de Santa Cruz, Toledo

O świętej Weronice nie wspomina żadna Ewangelia. 0 tym, że podała Chrystusowi chustę, by otarł twarz, mówią tylko apokryfy - pisma nie uznane przez Kościół za natchnione. A mimo to Weronika i jej chusta stały się elementem Tradycji Kościoła i należały do najpopularniejszych motywów w sztuce.

Najważniejsze dla artystów były napływające z różnych stron świata informacje, że gdzieś zachował się kawałek materiału, na którym odbity jest zarys twarzy Chrystusa. Takie odbicie miało, według tradycji, pozostać na chuście Weroniki. We wczesnym średniowieczu pojawił się jakby osobny gatunek sztuki: twarz Chrystusa malowana na płótnie, która miała być prawdziwym odbiciem twarzy Zbawiciela. Wizerunki takie nazywano ogólnie acheiropita (inne nazwy: acheiropoieta, achiropita). Uważano, że powstały w sposób nadnaturalny. Nazwa pochodzi z połączenia greckich słów: a - nie, cheir - ręka, poietos - uczyniony".

Na Wschodzie rozpowszechniły się tzw. mandyliony. Były to obrazy przedstawiające głowę Chrystusa niecierpiącego. Pojawiły się w VI wieku. Z kolei na Zachodzie, znacznie później, bo po roku 1400, popularne stały się tzw. veraikony (inaczej vera effigies) - chusty Weroniki - rzekome odciski twarzy Chrystusa cierpiącego.

Weronikę malowali najwybitniejsi artyści. Najczęściej przedstawiali ją z rozpostartą w rękach chustą. El Greco umiejętnie kontrastuje oblicze Chrystusa, patrzące wprost na widza, z twarzą Weroniki, zapatrzoną w bok, tak jakby chciała uniknąć roli głównej bohaterki obrazu.

El Greco urodził się na Krecie, uczył się malarstwa we Włoszech, żył i pracował w Hiszpanii. W jego sztuce łączą się tradycje Wschodu i Zachodu. Chrystus na namalowanym przez niego veraikonie ma na głowie cierniową koronę. Twarz Zbawiciela jest jednak spokojna, tak jak na wschodnich mandylionach...

Leszek Śliwa

Tygodnik Katolicki "Gość Niedzielny" Nr 43 - 23 października 2005r.


STACJA VI

Weronika ociera twarz Jezusowi

„Wzgardzony był i ostatni z ludzi, i jako ten, przed którym się zasłania twarz, wzgardzony był tak, że mieliśmy go za nic”.

I dziś oblicze Chrystusa w wielu wypadkach jawi się światu pełne cierpienia. Nasza posługa, nasz zawodowy i życiowy trud może odsłonić współczesności Jego majestat i chwałę.

Módlmy się, abyśmy życiem i pracą ukazali światu Chrystusa nie tylko cierpiącego, lecz i zmartwychwstałego, pełnego chwały i majestatu.

A gdy Jezus z ciężkim krzyżem z miasta wychodzi,
Oto Weronika święta k'Niemu przychodzi.
Całego zranionego,
Okrutnie skrwawionego.
Otarta Go ta niewiasta do rąbka swego.

Odnaleziona chusta Weroniki

Klaus Berger, ur. w 1940 r. w Hildesheim, profesor Teologii Nowego Testamentu na Wydziale Teologii Ewangelickiej Uniwersytetu w Heidelbergu, jeden z najbardziej znanych współczesnych niemieckich biblistów i jedna z bardziej oryginalnych postaci współczesnej egzegezy, autor niezliczonych publikacji książkowych, regularnie publikuje w najpoważniejszych niemieckich dziennikach i tygodnikach. Ostatnio ukazała się w Polsce jego książka „Czy wolno wierzyć w cuda?”, W drodze, Poznań 2006.

„Piotr wszedł do wnętrza grobu i ujrzał leżące płótna oraz chustę, która była na głowie Jezusa, leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą na jednym miejscu” – tak ewangelista Jan opisuje w 20. rozdziale swej Ewangelii przybycie apostołów do grobu Jezusa. Przedstawiony przez niego opis od dawna uchodzi za najwierniejszą relację wielkanocną. Czy to możliwe, że płótna, o których wspomina, z pietyzmem zachowano jako świadectwa opustoszałego po Zmartwychwstaniu grobu? Według badań przeprowadzonych przez Paula Badde, wiele wskazuje na to, że przechowywany w zagubionym pośród gór Abruzji, wykonany z morskiego jedwabiu Całun może być prawdziwą Chustą świętej Weroniki, „Volto Santo”, „prawdziwym obliczem Jezusa”.

 Image

W starożytnych dokumentach Kościoła Chusta Weroniki uchodziła za najcenniejszą relikwię chrześcijaństwa. To dla niej wzniesiono Bazylikę Świętego Piotra. Wierzono, że na Całunie tym odbiły się rysy Jezusa i w ten sposób powstał wizerunek, „którego nie namalowała ludzka ręka”. Najważniejszy argumentem za autentycznością odnalezionego przez Paula Badde płótna jest fakt, że znajdują się na nim rysy twarzy, które, jak dowiodła
w swych analizach niemiecka trapistka, siostra Blandina Schlömer, wykazują nadzwyczajną zgodność z wizerunkiem utrwalonym na Całunie Turyńskim – mimo że są to dwa tak różne gatunki tkaniny, jak len i morski jedwab.

Czyżby więc podczas pogrzebu Jezusa Całun Turyński został położony na Całunie z morskiego jedwabiu? (Uwaga tł.: Badde sugeruje w książce, że było na odwrót: morski jedwab na C. Turyńskim.) Wówczas odbicie na Całunie Turyńskim powstałoby równocześnie z wizerunkiem na Całunie z morskiego jedwabiu. Tak czy inaczej ewangelista Jan wspomina o dwóch płótnach.

W judaizmie istniała głęboko zinternalizowana reguła prawna, zgodnie z którą podczas rozprawy w sądzie zawsze należało przedstawić dwóch niezależnych świadków. W tej perspektywie Całun z Turynu i Całun z morskiego jedwabiu to przynajmniej dwa niezależne dowody Zmartwychwstania Jezusa. W jaki jednak sposób Całun dotarł do Rzymu, a stamtąd do małej abruzyjskiej wioski? Na ten temat istnieją sprzeczne teorie. Niezależnie od nich, papież Benedykt XVI zamierza w maju tego roku odwiedzić przechowywane
w Manoppello od 1506 roku „Volto Santo”. Mieszkańcy wioski twierdzą, że obraz został przyniesiony przez „aniołów”, co w kręgach mafijnych stanowi eufemistyczne określenie kradzieży.

Paul Badde z reporterską swadą opisuje swoje „niezwykłe poszukiwania prawdziwego Oblicza Jezusa”. Autor doskonale orientuje się równie dobrze w tajemnych skarbcach i niedostępnych komnatach Watykanu, co w opuszczonych od stuleci basztach i ruinach w ustronnych dolinach Abruzji. To tam właśnie odnalazł obrazy, księgi i dokumenty dotyczące jednej z ostatnich tajemnic naszego świata oraz odpowiedź na nurtujące go pytanie o prawdziwe płótna z grobu Jezusa. Pytanie, które dawno już doprowadziło do powstania całej gałęzi nauki: sindonologii.

Czyżby więc Paul Badde odnalazł pierwowzór wszystkich obrazów Jezusa? Obrazu z Manoppello z pewnością nie namalowała ludzka ręka, ponieważ powstał on na tkaninie, którą można wprawdzie farbować, lecz nie da się na niej niczego namalować: na bisiorze, najdroższej tkaninie starożytnego świata, zwanej również „złotem morza”. Delikatne włókna, z których utkano materiał, pochodzą z wnętrza jednego z gatunków małży.
Autor – rzymski korespondent dziennika „Die Welt” i cieszący się dziennikarską renomą i wielkim uznaniem specjalista od spraw chrześcijańskich i kościelnych – zaskakuje krytycznymi wobec Rzymu wynikami swoich badań. Relacjonując je, Badde napisał książkę, którą śmiało można określić mianem „kryminału awanturniczo-klerykalnego”.

Po pierwsze: nigdy nie istniała kobieta o imieniu Weronika  – jest to jedynie określenie „prawdziwego” Całunu z grobu Jezusa (imię Weronika pochodzi od łacińsko-greckiej zbitki: „vera eikon” – „prawdziwy obraz”).
Po drugie: relikwia, która od XVII wieku ukazywana jest oczom wiernych w Bazylice Świętego Piotra, nie jest pierwotnym Całunem, przechowywanym na Watykanie. Prawdziwy Całun najprawdopodobniej znajduje się w sanktuarium pielgrzymkowym w Manoppello. Dowód: w watykańskim skarbcu-muzeum przechowywana jest stara rama z rozbitą kryształową szybą, rozmiarami pasująca jedynie do świętego płótna z Manoppello. Drogocenny Całun trafił do Abruzji najpóźniej podczas budowy nowej Bazyliki Świętego Piotra (1506-1614). Ukazywana w zastępstwie watykańska relikwia jest – jak mówi Badde, który jako jedyny świecki miał prawo wejść do skarbca, gdzie jest przechowywana – kawałkiem wyblakłego płótna, bez jakiegokolwiek śladu wizerunku twarzy.

Po trzecie: pomiędzy rokiem 1610 a 1635 radykalnie zmienił się sposób przedstawiania Całunu na obrazach. Oznacza to, że wywieziona do Manoppello relikwia przestała być malarskim pierwowzorem. W odróżnieniu od wyznawców judaizmu i islamu, chrześcijanie wierzą, że Bóg stał się człowiekiem, posyłając nam swój obraz w Osobie Jezusa Chrystusa. Jak jednak wyglądałaby dzisiejsza teologia, gdyby w ciągu ostatnich stuleci z takim samym skupieniem, z jakim pochylała się nad świętymi tekstami, pochyliła się nad prawdziwym wizerunkiem Jezusa? Czy Europa potrafiłaby potraktować obraz wcielonego Słowa z taką samą powagą, z jaką podchodzi do słowa drukowanego? Dzieje Europy potoczyłyby się innymi torami. Europa byłaby mniej podatna na zgubne ideologie, mniej rozmiłowana w słowach, mniej wyobcowana. Dziś żyjemy niestety w epoce teologii, która utraciła odniesienie od obrazu Boga. Jeśli jednak Całun z Manoppello jest autentyczny, wówczas stanowi – wraz z całunem z Turynu – pierwszą i ostatnią stronę Ewangelii – obraz obrazów, ludzkie oblicze Boga...

.