Przewodnik po niebie, piekle i czyśćcu-fragmenty książki

Czym jest śmierć?

Wobec śmierci wszyscy są równi. W takim samym stopniu dotyka ona i księcia, i żebraka. Czasem niespodzianie, nie zważając na majątek czy stanowisko, zalety czy wady.

Śmierć to także wielka tajemnica. Każdy człowiek podchodzi do jej drzwi, samotnie przez nie przechodzi — i co dalej? Nieważne, co jest po drugiej stronie, nieważne nawet, co oznacza przekroczenie tych drzwi. Czym jest śmierć?

Bóg stworzył nas z dwóch części, z dwóch elementów — ciała i duszy. Ciało jest tą częścią, którą można zobaczyć i dotknąć. Ta właśnie część człowieka spożywa pokarm, rośnie, obciera sobie kolana, ta część zapada na choroby, ulega wypadkom i w końcu przestaje funkcjonować. Gdy umieramy, dusza — ta część człowieka, która żyje wiecznie — opuszcza ciało (o duszy powiemy więcej w następnym rozdziale).

My, ludzie, jesteśmy jedynymi stworzeniami, które są świadome, że w pewnym momencie rozstaną się ze swym ciałem. To jedna ze zdolności — a także jeden z darów — jakie odróżniają nas od zwierząt na ziemi. Pies nie wie, że jego psie dni są policzone. Wiewiórka nie rozumie, że ma przed sobą tylko kilka letnich sezonów na zbieranie orzechów i tylko kilka zim, by je zjeść. Motyl, źdźbło trawy czy mikroskopijna bakteria nie zdają sobie sprawy, że dziś żyją, a jutro zginą.

Tylko my możemy się martwić, że jesteśmy śmiertelni.

Tylko my pytamy, dlaczego musimy umrzeć.

I tylko my zastanawiamy się, co stanie się później. Jesteśmy jedynymi istotami, które są zdolne nadać myślom kształt słów: dokąd odeszła moja ukochana? Dokąd ja kiedyś odejdę?

Poważne pytania

Ze względu na to, że takie pytania są udziałem wszystkich, każda religia na ziemi usiłuje w ten czy inny sposób na nie odpowiedzieć.

Niektórzy uważają, że nie ma już nic po życiu na ziemi. Inni sądzą, że po śmierci zaczyna się nowe życie na ziemi w odmiennej formie.

Gdzie dokładnie się znajdziesz? Twoim następnym miejscem pobytu może być:

— Niebo. Życie wieczne z Bogiem oraz ze wszystkimi niebiańskimi duszami i aniołami. Niebo jest miejscem najwyższego i ostatecznego szczęścia. Jest przedmiotem najgłębszej tęsknoty ludzkich serc.

— Piekło. Miejsce ostatecznego i definitywnego samowykluczenia ze wspólnoty z Bogiem oraz duszami i aniołami w niebie. Jest dla tych, którzy — dokonując wolnego wyboru — odrzucili wiarę i możliwość odejścia od życia w grzechu, nawet do końca swego życia na ziemi.

— Czyściec. Jest to miejsce ostatecznego oczyszczenia się przed wejściem do nieba. Jest dla tych, którzy zmarli w przyjaźni z Bogiem, lecz nie byli całkiem oczyszczeni. Jest to ostateczne pozbycie się ludzkich niedoskonałości przed dostąpieniem niebiańskiej radości.

Niebo i piekło są ostatecznymi i wiekuistymi miejscami przeznaczenia. Nie ma od nich odwrotu. Czyściec jest miejscem przejściowym, gwarantującym, że dalej czeka już tylko niebo.

Być może nie zdajesz sobie sprawy, że Kościół mówi także o tym, co dzieje się z twoim ciałem. Twoje martwe ciało nie „pozostanie martwe”. W pewnym momencie, lub dokładniej, gdy nadejdzie kres, Jezus powróci na ziemię — nastąpi powtórne przyjście Chrystusa. Ciała ponownie połączą się z duszami (do tej sprawy powrócimy w rozdziale ósmym).

Twoje ciało ponownie połączy się z twoją duszą, a następnie — jak u Jezusa — stanie się ciałem nieśmiertelnym, nie ulegającym zepsuciu. Kiedy Kościół katolicki głosi wiarę w „ciała zmartwychwstanie” (Symbol Apostolski) lub „oczekuje wskrzeszenia umarłych” (Symbol Nicejsko-Konstantynopolitański), to nie chodzi tu tylko o Jezusa w wielkanocny poranek sprzed prawie 2000 lat.

Chodzi tu o nas. O każdego z nas. Chodzi o ciebie. Ciało odczytujące te słowa, ciało, które daje mieszkanie twojej duszy. Kiedyś, po tym, jak nastąpi oddzielenie tych części przez śmierć, a dusza podąży do nieba, piekła lub czyśćca, dojdzie do ponownego ich połączenia.

I będą żyć.

Wiecznie.

Czy kiedyś żałowałeś, że nie możesz być nieśmiertelny? I co? Przecież jesteś nieśmiertelny.

Czy jesteś gotów umrzeć?

Bądź gotowy na śmierć. Bądź gotowy na przyjście Chrystusa, gdy nadejdzie kres wszystkiego. Jak? Po pierwsze, pamiętając, że kiedyś umrzesz. Po drugie, uznając, że nie wiesz, kiedy, gdzie i w jaki sposób to nastąpi. Po trzecie, troszcząc się w życiu o to, co jest rzeczywiście ważne.

Co jest naprawdę ważne? Znasz odpowiedź na to pytanie: bądź egoistą. Co takiego? Pozwól, że ci wyjaśnię.

Najważniejsze jest to, byś nagromadził dla siebie możliwie jak najwięcej skarbów. Największe bogactwa. Największe szczęście.

To wcale nie oznacza pieniędzy. Nie oznacza żadnych dóbr materialnych. Nie jest to także ani władza, ani sława. Nie. Sięgnij myślą dalej, poza te dobra. Pieniądze, majątek, władza czy sława w każdej chwili mogą zniknąć.

Błędna inwestycja, jakiś proces sądowy, zmiany w zarządzie firmy, złe public relation i wszystko przepadnie. Ot tak!

Zamiast tego — mówi Jezus — „Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy” (Łk 12,33).

Na poziomie praktycznym, a ściślej ekonomicznym, o wiele rozsądniejsze wydaje się inwestowanie w najwyższe szczęście w niebie, a to dlatego — wiesz o tym doskonale — że wszystko, co widzisz, wszystko, czego dotykasz, wszystko, co znajduje się wokół ciebie, a nawet ty sam — wszystko to kiedyś zniknie. Któregoś dnia, szybciej, niż się można spodziewać. I nieważne, czy to „szybciej” nastąpi jutro czy za kilka dziesięcioleci.

Nie musisz jednak pracować nad gromadzeniem skarbów w niebie, jeśli nie chcesz. Można cię do tego zachęcić, można ci dodać odwagi, ale nie można cię do tego zmusić. Masz wolny wybór.

Oczywiście nie oznacza to, że pieniądze, dobra materialne, władza czy sława są złe same w sobie. Nie, nie mogą być złe. Nie są niczym więcej niż tylko narzędziami lub tylko produktami ubocznymi. Narzędzia i produkty uboczne mogą być użyte do pożytecznych celów, ale także mogą być wykorzystane niewłaściwie, do celów — powiedzmy — skrajnie złych.

Istnieją takie narzędzia, które z łatwością można przekształcić w przedmioty przynoszące szkody. W broń. W służenie złotemu cielcowi.

Jezus przestrzegał nas także przed tym. W zdaniu następującym po fragmencie dotyczącym trzosu i nieba Chrystus powiedział: „Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze” (Łk 12,34).

Jeśli stracisz głowę dla pieniędzy, dóbr materialnych, władzy czy sławy, to narazisz się wyłącznie na cierpienia. Kiedyś stracisz te dobra lub — przypuszczalnie — odrzucisz je. Przecież kiedyś będziesz musiał zakończyć życie.

Zainwestuj już teraz

Jezus mówi nam, że możemy uniknąć cierpienia. Ale — szczerze mówiąc — nie wystarczy gromadzić dóbr na koncie niebiańskiego banku. Chodzi o to, że możemy mieć przedsmak nieba już na ziemi. Twoje serce znajdzie się tam, gdzie znajduje się twój skarb. Jeśli najbliższe są ci dobra konsumpcyjne, twe serce znajdzie się wśród takich właśnie dóbr. Jeśli zaś będziesz starał się wypełniać wolę Boga, twoje serce będzie z Nim.

Ty decydujesz. Zegar bije.

Katechizm Kościoła Katolickiego przypomina nam: „Śmierć kończy życie człowieka jako czas otwarty na przyjęcie lub odrzucenie łaski Bożej ukazanej w Chrystusie” (1021)2.

Z całą prostotą Katechizm podkreśla, że śmierć „jest kresem życia ziemskiego” (1007).

Ponadto czytamy, iż czas jest miarą naszego życia; w jego biegu zmieniamy się i starzejemy. Jak w przypadku wszystkich istot żyjących na ziemi, śmierć jawi się jako naturalny koniec życia. Śmierć przynagla nas. Pamięć o naszej śmiertelności służy jako przypomnienie, że „mamy tylko ograniczony czas, by zrealizować nasze życie: «Pomnij [...] na Stwórcę swego w dniach swej młodości [...] zanim wróci się proch do ziemi, tak jak nią był, a duch powróci do Boga, który go dał» (Koh 12,1.7)” (KKK 1007).

W następnym rozdziale zajmiemy się kwestią ducha —twojej duszy

Skąd pochodzi grzech?

Skąd bierze się grzech? Bibliści uważają, że problem ten należy rozważać zarówno w aspekcie psychologicznym, jak i historycznym, począwszy od Starego Testamentu.

Z psychologicznego punktu widzenia grzech wynika z nieznajomości Boga: człowiek odmawia poznania i zaakceptowania Jahwe, odrzuca poznanie Boskiej rzeczywistości. Grzech rodzi się ze złego serca. Grzech jest aktem przemyślanym i dobrowolnym. Grzech rozbija społeczeństwo.

Pod względem historycznym grzech wiąże się z podjęciem przez ludzi po raz pierwszy decyzji, by sprzeciwić się Bogu. Ludzie mieli wolną wolę. Sami wybrali sposób zachowania. Nasi pierwsi rodzice mogli być kuszeni przez kogoś znajdującego się na zewnątrz nich samych (problem szatana rozpatrzymy w rozdziale szóstym), a przecież mieli w sobie dość siły, by się temu oprzeć. Tymczasem jednak ulegli pokusie, gdyż chcieli być kimś, kim nie byli.

Pierwszy akt nieposłuszeństwa zaostrzył stosunki między ludźmi i Bogiem. Obecnie nazywamy go „grzechem pierworodnym” (powrócimy do niego nieco później, jeszcze w tym rozdziale). Akt ten nie doprowadził do całkowitego zerwania wzajemnych więzi, lecz uczyniona szkoda była nie do naprawienia przez śmiertelnych. Raj został utracony, dopóki Jahwe nie zesłał Zbawiciela.

Tak, Bóg karze za grzechy w każdym wieku, lecz kara ta jest łagodzona miłosierdziem. Właśnie grzesząc, ludzkość skazuje się na potępienie. Księga Rodzaju (3) opisuje skutki popełnienia grzechu jako przekleństwo, które człowiek sam na siebie ściągnął. Tak dzieje się z każdym grzechem. To nie jest wina Boga. Ludzkość wybrała grzech, a tym samym wybrała śmierć. W Starym Testamencie nie występuje zło — żadna osobista czy społeczna katastrofa lub nieszczęście — które nie byłoby przypisane grzechowi. Według ówczesnego sposobu myślenia była to zwykła sprawiedliwość.

Pierwsza „dziesiątka” grzechów

Autorzy Nowego Testamentu i społeczności wczesnochrześcijańskie uznawały tę samą koncepcję grzechu. Bibliści uważają, że grzech można sklasyfikować w trzech zasadniczych kategoriach jako:

1. Pojedynczy uczynek.

2. Stan lub sytuację.

3. Moc, siłę.

Jak się przekonamy w następnym rozdziale, to Jezus Chrystus Zbawiciel jest tym, który pokonuje grzech na każdym froncie. W Nowym Testamencie wśród słów oznaczających grzech znajdują się greckie: hamartia, anomiaadikia. Hamartia może być porównywalna z hebrajskim hatta, gdyż tak jak ono oznacza „chybienie celu” poprzez odrzucenie zasad, według których Bóg nakazał nam, ludziom, żyć.

Anomia — anarchia lub bezprawie — to przede wszystkim grzech polegający na buncie przeciw Bogu i Jego prawom.

Słowa adikia — niesprawiedliwość — używa się wówczas, gdy trzeba podkreślić, że grzechem jest mówienie „nie” wobec życia w sprawiedliwości, które oferuje nam Bóg.

Grzech to także skotos (ciemność) i pseudos (fałsz), które mogą zapanować nad światłem i prawdą.

W V wieku św. Augustyn znakomicie podsumował ten problem w następujący sposób: „Każdy grzech jest kłamstwem” (zdanie to pochodzi z dzieła poświęconego kłamstwu). Jest zdradą tego, czym jest człowiek. Kim jest człowiek.

Izraelczycy rozumieli to doskonale, gdyż Jahwe przedstawił im bezpośrednią i szczerą umowę: dziesięć przykazań Bożych (zob. tekst Co wiemy o... dziesięciu przykazaniach Bożych?). Przykazania zawierały informacje i uzgodnienia, sformułowane jasno i wyraźnie. Przez długi czas naród wybrany uczył się, w jaki sposób przestrzegać przykazań. Jak stosować je w życiu, w każdych okolicznościach.

To był układ nie tylko pomiędzy Jahwe i narodem Izraela, lecz między Jahwe i każdym Izraelitą z osobna.

Jednakże każdy, kto kiedykolwiek przestrzegał przepisów prawnych albo zajmował się zasadami polityki, wie, jak łatwo można je naginać i kształtować na różne sposoby. Można je używać w taki sposób, iż każdy rozsądny człowiek widzi, że stanowią one zaprzeczenie pierwotnej formy i celu, w jakim zostały sformułowane.

W świecie hebrajskim działali faryzeusze, którzy słynęli ze znajomości Prawa. I to nie tylko dziesięciu przykazań, lecz także wszystkich niezliczonych, mniej lub bardziej ważnych reguł i paragrafów, które można było z przykazań wyprowadzić. Nie było w tym nic zdrożnego. Cóż może być złego w znajomości dziesięciu przykazań i ich stosowania? Faryzeusze potrafili jednak bardzo zręcznie omijać przykazania, a ich znajomość i interpretacja Prawa polegała na wyszukiwaniu wygodnych luk i kruczków prawnych.

Karygodne było także to, że faryzeusze — prawdę mówiąc, podobnie jak my wszyscy — dbali jedynie o drobne szczegóły, całkowicie pomijając to, co w prawie jest najważniejsze — jego ducha. Byli obłudnikami, gdyż nie stosowali się do zasad, które sami głosili. Byli podobni do „grobów pobielanych”, pięknych z zewnątrz, lecz w środku pełnych plugastwa (zob. Mt 23,27-28).

Grzech 1.0

Bóg wie, Bóg naprawdę wie, że nie potrafimy ustrzec się przed grzechem. Wszyscy ludzie grzeszyli kiedyś i będą grzeszyć w przyszłości, z wyjątkiem dwóch istot: Jezusa i Jego Matki Maryi. Kościół głosi, że Matka Boska (i oczywiście Jezus) narodzili się bez grzechu pierworodnego.

Czym jest grzech pierworodny? W Katechizmie Kościoła Katolickiego (390) czytamy: „Opis upadku (Rdz 3) używa języka obrazowego, ale stwierdza wydarzenie pierwotne, fakt, który miał miejsce na początku historii człowieka. Objawienie daje nam pewność wiary, że cała historia ludzka jest naznaczona pierworodną winą, w sposób wolny zaciągniętą przez naszych pierwszych rodziców (por. Sobór Trydencki: DS 1513; Pius XII: enc. Humani generis: DS 3897; Paweł VI: Przemówienie, 11 lipca 1966)”.

Pierwsze sprzeniewierzenie się Bogu spowodowało, że świat zalała fala grzechu. Także z powodu pierwszego popełnionego grzechu nasza ludzka natura stała się słaba. Ulega ona ignorancji, cierpieniu i dominacji śmierci, jest też skłonna do grzechu.

Podobnie jak w Starym i Nowym Testamencie grzech należał do kwestii często poruszanych we wczesnych tekstach Kościoła. Czasem były to listy zakazów, a czasem zbiory nakazów.

Didache, powstała pod koniec I wieku, stanowiła zbiór nakazów moralnych, modlitw, przepisów liturgicznych, zaczynających się od słów: „Są dwie drogi: jedna droga życia, a druga śmierci”. Była ona swoistym połączeniem dziesięciu przykazań i ośmiu błogosławieństw: „Droga życia jest następująca: po pierwsze, będziesz kochał Boga, który Cię stworzył, po drugie, będziesz kochał bliźniego swego jak siebie samego”.

Zgodnie z nauką Chrystusa — i Jego radykalnym podejściem do zachowań ludzkich — mamy dalej: „Błogosław tych, którzy cię przeklinają, módl się za swych wrogów i pość za swych prześladowców. Jakaż należałaby ci się wdzięczność, gdybyś kochał tylko tych, którzy ciebie kochają? Czyż niewierni nie czynią tak samo? Kochaj tych, którzy cię nienawidzą, a wówczas nie będziesz miał wrogów”.

Tak więc grzech nie jest tym, co widać na zewnątrz, lecz raczej — jak uczył Jezus — tym, co dzieje się wewnątrz. Kiedy grzeszymy, stajemy się „pobielonymi grobami”. Grzech prowadzi do śmierci, oczywiście nie fizycznej. Wszystkich nas czeka to samo, zarówno świętych, jak i grzeszników. Koniec „nas”. Koniec „mnie”, którego Bóg stworzył. A przecież odrodzenie się mnie jest jedynym sposobem, bym był naprawdę szczęśliwy.

W dziele O Państwie Bożym św. Augustyn napisał, że „grzech jest buntem przeciwko Bogu”. Jest „miłowaniem tego, który obraża Boga”.

To samo, ale inne

Szczerze mówiąc, grzech może być podstępny. Nie dlatego, że jesteśmy kuszeni przez szatana, tak jak nasi pierwsi rodzice, lecz dlatego, iż to, co dla jednego może być grzeszne, dla kogoś innego nie jest grzechem (lub niezbyt wielkim grzechem). Jak to możliwe?

Katechizm Kościoła Katolickiego wyjaśnia, że „Grzech jest wykroczeniem przeciw rozumowi, prawdzie, prawemu sumieniu” (1849). Z powodu naszego przewrotnego przywiązania do pewnych spraw gubimy autentyczną miłość Boga i bliźniego, co jest przeciwne nieśmiertelnemu, wiekuistemu prawu moralnemu — jak zauważyli św. Augustyn i św. Tomasz z Akwinu1.

Tak więc zasadniczo każdy grzech jest taki sam, ale nie znaczy to, że wszystkie grzechy są identyczne.

W Liście do Galatów (5,19-21) św. Paweł wyliczył grzeszne uczynki: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, bałwochwalstwo, czary, nienawiść, spór, zawiść, pogoń za zaszczytami, niezgoda, zazdrość, pijaństwo itd. „Zapowiadam wam — mówił — jak to już zapowiedziałem; ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą”.

Tutaj znowu nie można się jednak ograniczyć do listy zakazów. W wersach 22 i 23 Apostoł wskazuje „owoce ducha”. Są nimi: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie.

Rodzaje grzechów

Należy zwrócić uwagę, że lista św. Pawła w dużym stopniu stanowi wykaz „grzechów cielesnych”, które w żaden sposób nie wyczerpują wszystkich możliwych grzechów. Gdy przychodzi do grzeszenia, każdy z nas może się okazać bardzo twórczy, niemniej każdy grzech można przypisać do jakiejś kategorii. KKK (1853) wyjaśnia: „Można rozróżniać grzechy w zależności od ich przedmiotu, tak jak w przypadku każdego czynu ludzkiego, w zależności od cnót, jakim przeciwstawiają się przez nadmiar bądź brak, lub w zależności od przykazań, którym są przeciwne”.

Grzechy można sklasyfikować w zależności od tego, czy są skierowane przeciwko Bogu, naszemu bliźniemu czy nam samym (lub przeciwko wszystkim trzem osobom jednocześnie), czy są duchowe, czy cielesne, czy stanowią grzech myśli, mowy, uczynku i zaniedbania (jak w modlitwie Confiteor, czyli spowiedź powszechna, odmawianej podczas Mszy św.: „bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”).

Skąd bierze się w nas taka łatwość w popełnianiu grzechów? Otóż bierze się ona z naszej wolnej woli, z faktu, że otrzymaliśmy od Boga cudowny dar, który pozwala nam osiągnąć wolność i wybrać jego Dawcę. Albo nie.

Możemy wybrać miłość bądź jej przeciwieństwo, które jest czymś więcej niż nienawiścią. Możemy popełnić ciężkie bądź lekkie grzechy.

Na czym polega różnica w „ciężarze” grzechu? Jest to podstawowa klasyfikacja stosowana przez Kościół. Każdy grzech — głosi Kościół — może być albo śmiertelny, albo powszedni (możliwy do wybaczenia). Oczywiście, podział ten nie oznacza, że grzechy śmiertelne są niewybaczalne, dotyczy natomiast sposobu, w jaki można uzyskać przebaczenie.

Pogląd, że są dwa podstawowe rodzaje grzechów, ma swoje uzasadnienie w Piśmie Świętym: „Każde bezprawie jest grzechem, są jednak grzechy, które nie sprowadzają śmierci” (1 J 5,17). To przekonanie stało się częścią tradycji Kościoła.

Grzechy śmiertelne

Według nauki Kościoła katolickiego grzech śmiertelny „niszczy miłość w sercu człowieka wskutek poważnego wykroczenia przeciw prawu Bożemu; podsuwając człowiekowi dobra niższe, odwraca go od Boga, który jest jego celem ostatecznym i szczęściem”. Tymczasem grzech powszedni „pozwala trwać miłości, chociaż ją obraża i rani” (KKK 1855).

Przyjrzyjmy się najpierw grzechowi śmiertelnemu. Ponieważ narusza on w nas „zasadę życia, którą jest miłość, domaga się nowej inicjatywy miłosierdzia Bożego i nawrócenia serca, które zazwyczaj dokonuje się w ramach sakramentu pojednania” (KKK 1856).

 

Trzy warunki grzechu śmiertelnego

1. Dotyczy bardzo ważkiej sprawy. Jest treścią dziesięciu przykazań. Ciężar gatunkowy grzechu może być mniejszy bądź większy. Morderstwo jest cięższym grzechem niż kradzież. Obraza rodziców jest cięższym grzechem niż obraza obcego.

2. Jest popełniany z pełną świadomością. Grzesznik musi wiedzieć, że jego uczynek jest grzechem.

3. Jest dokonywany z premedytacją. Grzesznik dokonuje wyboru. Udawanie, że jest się nieświadomym, iż popełniony czyn jest zły, bądź ma się nieczułe serce, raczej zwiększa niż zmniejsza dobrowolny charakter grzechu. Jeśli jednak naprawdę nie wiesz, że coś jest złe, „«ignorancja niedobrowolna» może zmniejszyć winę, a nawet uwolnić od ciężkiej winy” (KKK 1860).

 

Gdy wiem, że coś jest grzechem, i czynię to, wówczas popełniam grzech.

Kiedy nie jestem świadom, że coś jest grzechem, i czynię to, wtedy nie popełniam grzechu.

Jednocześnie nie można każdego grzechu usprawiedliwiać niewiedzą, ponieważ żaden człowiek (o zdrowych zmysłach) nie może być całkowicie nieświadomy podstawowych zasad moralnych, one bowiem — czytamy w Katechizmie — „są wypisane w sumieniu każdego człowieka” (1860).

Istnieją jeszcze inne okoliczności łagodzące. Grzechy popełnione w afekcie pod wpływem uczuć i namiętności zmniejszają dobrowolny charakter złego uczynku, podobnie jak presja zewnętrzna i patologiczne zaburzenia.

W taki sam sposób grzech popełniony ze złej woli oraz w świadomym i złym zamiarze jest najcięższy.

Powtórzmy tu, że jesteśmy zdolni do popełnienia największego zła, ponieważ jesteśmy w stanie wybrać coś znacznie wspanialszego. Możemy wybrać miłość. Możemy wybrać Boga. Gdy jednak popełniamy ciężki grzech — grzech śmiertelny — tracimy łaskę, która jest w nas. Pozbawiamy się „łaski uświęcającej” (w tej sprawie zob. następny rozdział). Jeśli Bóg nam jej nie zwróci — w wyniku naszej skruchy i uzyskania przebaczenia od Boga — to sami wykluczamy się z królestwa Jezusowego i wybieramy piekło (piekłem zajmiemy się w rozdziale szóstym).

Nasza wolność pozwala nam na dokonanie i tego strasznego wyboru, ale też i na powrót do Boga. „Chociaż możemy sądzić, że jakiś czyn jest w sobie ciężką winą, powinniśmy sąd nad osobami powierzyć sprawiedliwości i miłosierdziu Bożemu” (KKK 1861).

Nasze „drobne grzeszki”

Grzech powszedni popełniamy wówczas, gdy stanowi on mniej poważne wykroczenie, niż to wskazuje prawo moralne, bądź też wtedy, kiedy dopuszczamy się poważnego nadużycia w zakresie prawa moralnego, lecz czynimy to nie w pełni świadomie czy nie całkiem dobrowolnie.

Oczywiście, nawet mniejszy grzech jest występkiem, „osłabia miłość; jest przejawem nieuporządkowanego przywiązania do dóbr stworzonych; uniemożliwia postęp duszy w zdobywaniu cnót i praktykowaniu dobra moralnego; zasługuje na kary doczesne” (KKK 1863). Zajmiemy się tym problemem w rozdziale siódmym.

Ponadto grzech powszedni „świadomy i pozostawiony bez skruchy usposabia nas stopniowo do popełnienia grzechu śmiertelnego” (KKK 1863).

Poza tym — jak zauważa papież Jan Paweł II w adhortacji apostolskiej Reconciliatio et paenitentia — „grzech powszedni nie pozbawia łaski uświęcającej, przyjaźni z Bogiem, miłości, a zatem szczęśliwości wiecznej”.

W KKK można odnaleźć fragment z dzieła św. Augustyna In Epistulam Johannis ad Parthos tractatus („Komentarz do Pierwszego Listu św. Jana”): „Jak długo bowiem chodzi człowiek w ciele, nie może uniknąć wszystkich grzechów, nawet lekkich. Lecz tych grzechów, które nazywamy lekkimi, wcale sobie nie lekceważ, jeśli je ważysz. Lękaj się, kiedy je liczysz. Wiele drobnych rzeczy tworzy jedną wielką rzecz; wiele kropli wypełnia rzekę; wiele ziaren tworzy stos. Jaką więc mamy nadzieję? Przede wszystkim — wyznanie...” (KKK 1863).

Tak więc nawet „małe grzechy” — w miarę upływu czasu i wskutek powtarzania tych samych czynów — mogą znieczulić nasze serca. Mogą wytworzyć w nas skłonność do popełniania grzechów. Ponieważ grzech rodzi grzech, nasze sumienie staje się coraz mniej czyste, a nasza zdolność do oceny ulega wypaczeniu. Podobnie jak nowotwór grzech może się odnawiać i rozwijać, niemniej jednak nie jest w stanie całkowicie zniszczyć zmysłu moralnego.

Grzechy społeczne

Co do tej kategorii grzechów Katechizm stawia sprawę jasno. Jeśli współuczestniczymy w grzechach innych ludzi, to ponosimy odpowiedzialność za te uczynki, oczywiście w przypadku, gdy czynimy to bezpośrednio i dobrowolnie. Jeśli doradzamy w grzechu, pochwalamy lub aprobujemy go. Jeśli nie ujawniamy go bądź nie przeszkadzamy w jego popełnieniu, choć taka jest nasza powinność. Jeśli chronimy tych, którzy dopuszczają się złych uczynków.

Nie możemy bronić się niewiedzą i udawać, że nie widzimy, nie słyszymy i nie mówimy nic złego. Nie pozostaniemy bez winy, jeśli odmówimy widzenia i słuchania tego, co złe, oraz mówienia o tym, co złe. Dzieje się tak dlatego, że grzech może stanowić element instytucji lub zachowań społecznych. Istnieją pewne struktury grzechu, które mamy obowiązek wskazać lub wziąć na siebie część odpowiedzialności za nie. Dobrym przykładem może tu być rasizm czy aborcja.

Nie możemy — jak państwo, które deklaruje neutralność w środku wojny — twierdzić, że nie mamy z tym nic wspólnego. Nie możemy umywać rąk, ubolewać, że żyjemy w „grzesznym świecie” i nie robić nic, żeby ten grzech powstrzymać, nawet jeśli nam się wydaje, że możemy zrobić tak niewiele.

Grzech nigdy nie musi zwyciężać, ponieważ zawsze można go pokonać. W następnym rozdziale przekonamy się, jak do niego doszło i co on oznacza dla każdego z nas.

Tajemniczy plan Boga

Bóg ciągle nas zaskakuje. Za każdym razem Jego miłość wprawia nas w osłupienie. Chociaż w pełni zasługujemy na najgorszą możliwą karę — rozdzielenie na wieki z Bogiem — otrzymujemy tylko Jego łaskę. Bóg nie karze nas za grzechy. Ofiarowuje nam swego Syna.

To był tajemniczy, Boski plan zbawienia. Bóg pokaże nam przeciwieństwo grzechu, wskaże nam prawdziwą miłość, a czyniąc to, weźmie na siebie cały ból, osamotnienie, winę za wszystkie grzechy, za każdy grzech, który został lub kiedykolwiek zostanie popełniony.

Za każdy twój grzech.

Za każdy mój grzech.

Śmierć Jezusa nie była przypadkiem. Nie doszło do niej ot tak, po prostu. Jak wyjaśnia św. Piotr w czasie pierwszego kazania w dzień Zesłania Ducha Świętego, Chrystus „z woli, postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany...” (Dz 2,23). Nie znaczyło to, że Judasz, Piłat i inni byli jakimiś automatami czy upiorami. Chociaż Bóg wiedział już wcześniej, jakich wyborów dokonają, dał im swobodę w podejmowaniu decyzji. To nie predestynacja. Bóg — który tworzy czas, który jest poza czasem — już wcześniej wie, jakich wyborów dokonamy, nawet jeżeli pozwala nam na swobodne podjęcie decyzji w sprawie naszych działań.

Jednakże nie jest prawdą, że przed nadejściem Jezusa Bóg nigdy nie ujawnił swego planu. Przez proroków przepowiedział jego realizację. „Zacny mój Sługa usprawiedliwi wielu, ich nieprawości On sam dźwigać będzie” (Iz 53,11). On „...Siebie na śmierć ofiarował i policzony został pomiędzy przestępców” (Iz 53,12).

To samo mówił ludziom Jezus. (Jak już wcześniej wspominaliśmy w tym rozdziale, „Syn Człowieczy [...] przyszedł, aby [...] dać swoje życie na okup za wielu”.) Nawet po zmartwychwstaniu Jezus wyraźnie podkreślał ten aspekt sprawy: „Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? (Łk 24,27).

Paweł dostąpił wiedzy i przekazał ją innym: „Chrystus umarł — zgodnie z Pismem — za nasze grzechy” (1 Kor 15,3). Jest to motyw i nauka, które powracają wielokrotnie.

Niestety, ponieważ fragmenty Pisma Świętego są nam tak dobrze znane, straciły one wiele ze swej siły. Albo też naprawdę nie słuchaliśmy jego słów i nie rozważaliśmy treści, jakie one niosą. Jeżeli jednak będziemy baczniejsi, zauważymy, że ciągle powracający motyw Boskiego planu jest wyraźnie widoczny. Trzy aspekty sprawy wydają się oczywiste:

— Po pierwsze, Jezus uczynił to wszystko, chociaż sam był bez grzechu.

— Po drugie, nie uczyniliśmy nic, by zasłużyć na zbawienie.

— Po trzecie, Jezus uczynił to dla każdego z nas.

Katechizm Kościoła Katolickiego (605) przytacza dokument synodu w Quierzy (obecnie we Francji): „Nie ma, nie było i nie będzie żadnego człowieka, za którego nie cierpiałby Chrystus (synod w Quierzy: DS 624; por. 2 Kor 5,15; 1 J 2,2)”.

Przymierze podpisane krwią

Katechizm podkreśla wyraźnie, że podczas Ostatniej Wieczerzy, przez ustanowienie Eucharystii, Jezus antycypował swą ofiarę, którą złożył dnia następnego. Jezus dał swym apostołom — i daje nam — swoje ciało i krew. Ofiarował je jako odkupienie za grzechy. To było nowe przymierze, nowa umowa między Bogiem a ludzkością. Wyrasta ono z męki i śmierci Jezusa.

Jezus bez przymusu i z miłością składa ofiarę, która „dopełnia i przekracza wszystkie ofiary (por. Hbr 10,10)” (KKK 614). Jak to możliwe? Ofiara Chrystusowa jest „darem samego Boga Ojca. ponieważ Ojciec wydaje swego Syna, aby pojednać nas ze sobą (por. 1 J 4,10). Jest ona równocześnie ofiarą Syna Bożego, który stał się człowiekiem; dobrowolnie i z miłości (por. J 15,13) ofiaruje On swoje życie (por. J 10,17-18) Ojcu przez Ducha Świętego (Hbr 9,14), by naprawić nasze nieposłuszeństwo” (KKK 614).

Sobór Trydencki naucza: „Swoją najświętszą męką na drzewie krzyża wysłużył nam usprawiedliwienie (DS 1529), podkreślając jedyny charakter ofiary Chrystusa jako «sprawcy zbawienia wiecznego» (Hbr 5,9)” (KKK 617).

„Usprawiedliwienie przez wiarę”

Powyższy termin wciąż budzi spory. Pojęcie usprawiedliwienia stanowiło jeden z punktów zapalnych reformacji protestanckiej. We współczesnym języku „usprawiedliwić coś” oznacza „udowodnić, że coś jest sprawiedliwe, właściwe, słuszne”. (Można usprawiedliwić wcześniejsze wyjście z pracy w piątek, ponieważ w czwartek musieliśmy pracować do późna.) Słowo to oznacza także uwolnienie od winy lub odpowiedzialności bądź też uregulowanie czy uporządkowanie.

Our Sunday Visitor's Catholic Almanac, używając języka teologicznego — definiuje je następująco: „Czyn, poprzez który Bóg sprawia, że człowiek staje się sprawiedliwy, oraz konsekwentna zmiana w duchowym statusie człowieka od grzechu do łaski; odpuszczenie grzechów i wlanie łaski uświęcającej przez zasługi Chrystusa i działanie Ducha Świętego”.

W Katechizmie czytamy: „Łaska Ducha Świętego ma moc usprawiedliwiać nas, to znaczy obmyć nas z naszych grzechów i udzielić nam «sprawiedliwości Bożej przez wiarę w Jezusa Chrystusa» (Rz 3,22) i przez chrzest (por. Rz 6,3-4)” (KKK 1987).

Czy dostrzegasz cały problem? I cały paradoks? Jak możemy oczekiwać, że Jezus całkowicie oczyści nas z grzechów i win, skoro nie przestajemy grzeszyć? Ciągle jesteśmy winni. Skoro Jezus nas zbawił — a przecież to uczynił — to jak możemy twierdzić, że odegraliśmy jakąkolwiek rolę w tym, co się stało? Czy nie świadczy to o naszym zbytnim zarozumialstwie?

Czy zatem nie moglibyśmy dojść do logicznego wniosku, że Jezus nie wykonał w pełni zadania i od nas zależy, w jaki sposób wypełnimy je do końca?

Nie, ale łatwo można mylnie zinterpretować lub zastosować nauki Kościoła. Nietrudno zrozumieć, dlaczego termin „usprawiedliwienie przez wiarę” poprzez interpretację Marcina Lutra wywołał taki oddźwięk. Dopiero w naszych czasach — ponad cztery stulecia po wystąpieniu Marcina Lutra i po Soborze Trydenckim — wygasły ostre spory pomiędzy przedstawicielami obu wyznań na tyle, że można było słuchać tego, co mówią oponenci, i badać to, co stanowi wspólną prawdę dla każdego z nas.

Ponad tysiąc lat przed wystąpieniem Lutra Kościół występował przeciwko radykalnym odłamom chrześcijaństwa. Herezja znana jako pelagianizm zaprzeczała, że do osiągnięcia zbawienia konieczna jest łaska Boża.

Sposób, w jaki zostaliśmy zbawieni — usprawiedliwieni — jest ważny, ponieważ wskazuje rolę, jaką w nim mamy do odegrania. Ta powinność wykracza poza nas samych. My odgrywamy pewną rolę, lub raczej możemy zdecydować się na odegranie pewnej roli w zbawieniu.

Wszystko, co wyżej powiedzieliśmy, znowu prowadzi nas do Pisma Świętego, a zwłaszcza do tekstów św. Pawła, w których czytamy o usprawiedliwieniu przez wiarę (zob. Rz 8 i Ga 3). Z tą opinią zgadza się również św. Jakub, który stwierdza, że „...człowiek dostępuje usprawiedliwienia na podstawie uczynków, a nie samej tylko wiary” (Jk 2,24), a także „Tak jak ciało bez ducha jest martwe, tak też jest martwa wiara bez uczynków” (Jk 2,26).

Jak to się dokonuje?

Wróćmy do Katechizmu Kościoła Katolickiego i zastanówmy się, w jaki sposób dokonuje tego Duch Święty. Jak udziela nam sprawiedliwości Bożej poprzez wiarę w Jezusa Chrystusa i poprzez chrzest.

Dzieje się tak dlatego — czytamy w Katechizmie — że „Mocą Ducha Świętego mamy udział w Męce Chrystusa, umierając dla grzechu, i w Jego Zmartwychwstaniu, rodząc się do nowego życia; jesteśmy członkami Jego Ciała, którym jest Kościół (por. 1 Kor 12), latoroślami zaszczepionymi na Winnym Krzewie, którym jest On sam (por. J 15,1-4)” (KKK 1988).

Jakie elementy składają się na ten proces? Przez jakie etapy będziemy musieli przejść? Według Katechizmu pierwszym dziełem łaski Ducha Świętego jest „nawrócenie, które dokonuje usprawiedliwienia zgodnie z zapowiedzią Jezusa na początku Ewangelii: «Nawracajcie się, albowiem bliskie jest Królestwo niebieskie» (Mt 4,17). Człowiek poruszony przez łaskę zwraca się do Boga i odwraca od grzechu, przyjmując w ten sposób przebaczenie i sprawiedliwość z wysoka” (KKK 1989).

Cytując dokument Soboru Trydenckiego, autorzy Katechizmu dodają: „Usprawiedliwienie [...] jest nie tylko odpuszczeniem grzechów, lecz także uświęceniem i odnowieniem wewnętrznego człowieka; Sobór Trydencki (1547): DS 1528” (KKK 1989).

Tak więc usprawiedliwienie uwalnia człowieka od grzechu, „sprzeciwiającego się miłości Bożej” i oczyszcza z grzechu nasze serca . „Usprawiedliwienie jest wynikiem inicjatywy miłosierdzia Bożego, które ofiaruje przebaczenie. Jedna człowieka z Bogiem. Wyzwala z niewoli grzechu i uzdrawia” (KKK 1990). Jednocześnie usprawiedliwienie jest „przyjęciem sprawiedliwości Bożej przez wiarę w Jezusa Chrystusa. Sprawiedliwość oznacza tu prawość miłości Bożej. Wraz z usprawiedliwieniem zostają rozlane w naszych sercach wiara, nadzieja i miłość; zostaje nam udzielone posłuszeństwo woli Bożej” (KKK 1991).

Usprawiedliwienie „zostało nam wysłużone przez Mękę Chrystusa”. „Usprawiedliwienie zostaje udzielone przez chrzest, sakrament wiary. Upodabnia nas ono do sprawiedliwości Boga, który czyni nas wewnętrznie sprawiedliwymi mocą swojego miłosierdzia. Jego celem jest chwała Boga i Chrystusa oraz dar życia wiecznego (Sobór Trydencki; DS 1529)” (KKK 1992).

Czy zatem po przyjęciu sakramentu chrztu tracimy wolną wolę i stajemy się chrześcijańskimi automatami? Nie, absolutnie nie. „Usprawiedliwienie ustanawia współpracę między łaską Bożą i wolnością człowieka” (KKK 1993).

Rozdział 5

Niebo: niekończące się przyjęcie powitalne

W pewnym okresie życia moja żona i ja — tak jak wielu młodych rodziców, których dom był pełen małych dzieci — wyobrażaliśmy sobie niebo jako pół godziny spokoju bez hałasu. Tak, bardzo kochałem Toma, Carrie i Andy'ego, ale marzyłem o trzydziestu minutach spokoju.

Albo o odrobinie dodatkowego snu. O sobotnim poranku, kiedy razem z Moniką mogliśmy pospać trochę dłużej bez budzenia dzieci i wypędzania ich z łóżek o świcie.

Albo o kilku dodatkowych banknotach w portfelu. O wyprawie do sklepu spożywczego bez ciągłego liczenia każdego wydanego grosza.

W innym okresie życia — tak jak inni doświadczeni rodzice prawie dorosłych dzieci, które opuściły już dom — wyobrażałem sobie niebo jako jeszcze jedną serię szamotaniny z małymi dzieciakami.

Albo podniecenie wywołane sobotnią wycieczką rodzinną, która zaczyna się wcześnie i kończy późno.

Albo wymyślenie kilku drobnych powodów, aby wydać trochę więcej pieniędzy na wypożyczenie kaset wideo z najnowszymi filmami rysunkowymi.

Tak oto wygląda sprawa nieba. Tutaj na ziemi w najlepszym razie coś może być wspaniałe, ale też możemy to coś utracić. To, co mamy dzisiaj, jest cudowne, ale to, co mieliśmy kiedyś, było wspaniałe. Czy nie możemy mieć obu rzeczy naraz?

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że życie na ziemi to nie jest życie w niebie. Poza tym musimy raz na zawsze zapomnieć o tym, że w niebie będziemy pośród obłoków, że będziemy mieć skrzydła i aureolę, że będziemy grać na harfie. Musimy zdać sobie sprawę, że niebo nie jest czymś w rodzaju niekończącego się nabożeństwa w kościele bez ławek. Niebo nie jest obszarem otoczonym bezkresnym oceanem. Bóg zaplanował dla nas coś znacznie lepszego.

W jakie niebo wierzyli Żydzi i pierwsi chrześcijanie

Jeśli więc niebo nie jest tym wszystkim, o czym pisaliśmy wyżej — i chwała Bogu, że nie jest — to czym jest? Czy możemy się dowiedzieć, jak tam jest na pewno? Czy ktoś powrócił z nieba na ziemię, aby nam przekazać informacje?

Tak naprawdę uczyniła to jedna osoba — Jezus. Jednakże zanim jeszcze Jezus „zstąpił z nieba” (jak wyznajemy w Credo), my, ludzie, wiedzieliśmy o Nim już trochę. Skąd? Oczywiście od Boga, z Boskiego Objawienia. Dlatego właśnie poznawanie nieba należy rozpocząć od sprawdzenia, w jaki sposób zostało ono przedstawione w Starym Testamencie.

Księgi Starego Testamentu przedstawiają niebo zarówno jako naturalne miejsce, jak i ideę teologiczną. W aspekcie teologicznym — twierdzili Hebrajczycy — wszechświat został podzielony na trzy części: niebo, ziemię i otchłań wypełnioną wodą, która znajduje się pod ziemią (Szeol). Według ich przekonań „niebiosa i ziemia” stanowiły świat widzialny.

Niebiosa tworzyły półkoliste sklepienie nad ziemią, jakby wielką czaszę, namiot czy też budowlę opartą na kolumnach. Znajdowały się tam także okna, przez które padał deszcz, oraz magazyny ze śniegiem, gradem i wodą. Jahwe wydostawał je w miarę potrzeb.

Bóg mieszkał w niebie, ale przebywał też w ziemskich sanktuariach, takich jak na przykład arka przymierza czy Świątynia w Jerozolimie.

Prorok Eliasz został zabrany do nieba (2 Krl 2,11). Gdy nadejdzie koniec świata, niebiosa zapadną się i powstanie nowe niebo i ziemia (zob. Iz 34,4; 65,17).

Według literatury żydowskiej istniała pewna liczba niebios czy etapów, łącznie z „rajem” — ogrodem, w którym zaczęły się dzieje ludzkości.

W Nowym Testamencie królestwo Boga jest czasem nazywane królestwem niebieskim ze względu na żydowską tradycję niewypowiadania imienia Boskiego. W Nowym Testamencie czytamy także, że Jezus został zabrany do nieba (Jego Wniebowstąpienie), a gdy nastąpi koniec świata, powróci na ziemię (zob. Mt 24,30).

Bibliści podkreślają, że w Starym Testamencie niebo jest niewidzialne i niedostępne dla nikogo, z wyjątkiem Eliasza. Niebo przedstawione w Nowym Testamencie jest miejscem zamieszkania i bytowania oraz nagrodą dla tych, którzy podążają za Chrystusem. Bóg ma dla nas dom w niebie (zob. 2 Kor 5,1-5). Nasze dziedzictwo (zob. 1 P 1,4), nagroda (zob. Mt 5,12) i skarb (zob. Mt 6,20) są właśnie tam, w niebie.

Jezus jest pierwszym, który ma niebiańskie ciało, ciało zmartwychwstałe, ale wszyscy, którzy znajdą się w niebie, także otrzymają kiedyś niebiańskie ciała. Ciała, które będą silne, pełne chwały, nie ulegające zepsuciu i duchowe (zob. 1 Kor 15,42-49; tą kwestią zajmiemy się dokładniej w rozdziale ósmym).

Czym jest, a czym nie jest niebo

Czym więc jest niebo, czym jest naprawdę? I, co równie ważne, dlaczego mam do niego dążyć?

„Niebo jest celem ostatecznym i spełnieniem najgłębszych dążeń człowieka, stanem najwyższego, ostatecznego szczęścia” — czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego (1024).

Jakakolwiek zapowiedź czy „przedsmak” nieba na ziemi są niepełne. Bycie rodzicem malutkich dzieci to cudowne uczucie, ale... Wychowywanie ich przynosi ogromną satysfakcję osobistą, ale...

Cokolwiek mamy, cokolwiek robimy na ziemi jest niewystarczające. Nie chodzi tu o gromadzenie dóbr, umacnianie władzy czy zdobywanie światowej sławy — każde narzędzie może się okazać dobre lub złe w zależności od tego, jak go użyjemy. Chodzi tu o dobro, które bierze się ze słuchania woli Bożej i podążania za nią. Możemy próbować zgłębiać sprawy królestwa Bożego, gdy jesteśmy na ziemi (tego królestwa, które jest pośród nas; zob. Łk 17,20-21), ale nie możemy w pełni do niego wejść. Nie w tym życiu.

Jednocześnie wejście do nieba w pełni jest tym, czego naprawdę pragniemy. Nawet jeśli o tym nie wiemy. Ta pustka, którą odczuwamy — czasami ogromna, czasami niewielka — to nasze pragnienie, by być z Bogiem w całej pełni. A nie możemy być z Nim w taki sposób tu i teraz.

Nawet jeśli doświadczamy chwil szczęścia tak wielkiego, że niemal pełnego, wiemy, że wkrótce się ono skończy. To nie pesymizm, to po prostu realizm. Tylko w operach mydlanych bohaterowie mówią z wielkim przekonaniem: „Teraz będziemy już zawsze szczęśliwi”, a po kilku dniach spada na nich ogromne nieszczęście.

Kościół używa jeszcze jednego pojęcia określającego niebo; jest nim „wizja uszczęśliwiająca”. „Uszczęśliwiająca”, czyli niezwykle radosna, oznaczająca oglądanie Boga twarzą w twarz.

Lub raczej coś w tym rodzaju. Problem polega na tym, że niebo znajduje się poza naszą wyobraźnią, tak więc brak nam słów na jego opisanie (jak na przykład zwrot „twarzą w twarz z Bogiem”; chodzi tu przecież o coś więcej). Wynika z tego, że nasze tradycyjne opisy nieba nie muszą być wcale ani dobre, ani właściwe i mogą nas z powrotem doprowadzić do obłoków, skrzydeł i aureoli.

Nieba nie ma na mapie

Papież Jan Paweł II zwraca uwagę, że o niebie należałoby raczej myśleć jak o pewnym stanie bytu, a nie o zwykłym miejscu. Niebo „nie jest abstrakcją, czy też fizycznym miejscem pośród obłoków, lecz żywą i osobistą więzią z Trójcą Świętą”1. Tak więc „być w niebie” to nie to samo co „być w Warszawie” lub „być w Tokio”. Być w niebie to być w stanie miłości.

Niestety, nasz umysł jest zbyt ubogi, by to wyrazić, dlatego uciekamy się do języka symbolicznego. Niebo — ponieważ jest tak cudowne — jest tam, w górze. Jest ponad nami (nie bez powodu mówi się o zakochanych, że „bujają w obłokach”).

Odkąd zmartwychwstałe ciało Jezusa zaczęto przedstawiać jako skąpane w pełnej chwały jasności i wspaniałości, artyści dodali mu aureolę. Gdy na obrazach zaczęli się pojawiać święci, także oni otrzymali aureole. No, może trochę mniejsze.

A co z nami? czy będziemy mieli skrzydła i aureole? Aniołowie — Boscy posłańcy — mają na obrazach i jedno, i drugie. Według niektórych, jeśli będziemy przebywać z aniołami (lub — jak niesłusznie przyjmują — jeśli sami zostaniemy aniołami po śmierci), to „otrzymamy” wszystkie anielskie atrybuty.

Podobnie jest z harfami. Są to instrumenty używane w świątyniach. Tu znowu tradycja głosi, że aniołowie posługują się harfami. A więc my także kiedyś je dostaniemy, nieprawdaż? I oczywiście długie, białe szaty.

Wszystko to może i ma sens, z wyjątkiem oczywistego faktu, że aniołowie to aniołowie, a ludzie to ludzie (zob. poniżej tekst Co wiemy o... aniołach?).

Rozdział 7

Czyściec: szkoła letnia dla duszy

Kiedy wychowywaliśmy trójkę naszych dzieci, moja żona i ja wiele rodzinnych posiłków zaczynaliśmy od jednego słowa: „ręce”.

Było to ostatnie przypomnienie, że przed jedzeniem należy umyć ręce. Córka zwykle odpowiadała: „już umyłam”. Młodszy syn wstawał i szedł do łazienki, żeby się popluskać, a starszy w charakterystyczny sposób wysuwał ręce bez słowa, pokazując, że są czyste.

Jego ręce najczęściej czyste nie były. Jego definicja „czystości” znacznie różniła się od prawdziwej (czyli naszej) definicji, toteż zapędzaliśmy syna do łazienki. Nie groziła mu utrata posiłku. On tylko nie mógł go dostać od razu. Po prostu nie był jeszcze gotowy.

To jest właśnie swego rodzaju czyściec.

Jest to czyściec w tym znaczeniu, że Bóg mówi nam, iż nie jesteśmy jeszcze gotowi przystąpić do niebiańskiej uczty. Mamy tam zarezerwowane miejsce, ale musimy się jeszcze oczyścić. Po prostu nie jesteśmy godni, by być przedstawionymi. To tak jakby część gości wystąpiła w odświętnych ubraniach, a my w strojach roboczych używanych do pracy w ogrodzie.

Nie oznacza to oczywiście, że niebo jest zarezerwowane dla egzaltowanych świętoszków. Musimy pamiętać, że Bóg kocha nas bez względu na wszystko. Nigdy nie przestaje nas kochać. (Bóg kocha dusze w piekle. Kocha nawet Szatana. Bóg jest miłością.) Nie, to coś więcej. Oprócz okazania naszej miłości i szacunku dla Niego chcemy także wyglądać na najlepszych i być nimi — zanim zasiądziemy u Jego stołu.

Oczywiście, analogie te są niewystarczające, ponieważ czyściec nie ma związku z tym, jak wyglądamy, jakie sprawiamy wrażenie, lecz jacy jesteśmy. Ważne są nasze zdolności, a nie nasz wygląd.

W czasie audiencji generalnej latem 1999 roku papież Jan Paweł II wypowiedział następujące słowa:

„Jak stwierdziliśmy w poprzednich dwóch katechezach [por. s. 100 i 105 w niniejszej książce — przyp. red.], człowiek w zależności od tego, czy w ostateczności opowiada się za Bogiem czy przeciw Bogu, staje przed jedną z możliwości: albo żyje z Panem w szczęściu wiecznym, albo też pozostaje z dala od Jego obecności”1.

Niebo albo piekło.

„Ci, którzy otwierają się na Boga, ale w sposób niedoskonały, na drodze do pełni szczęścia muszą przejść przez oczyszczenie, które wiara Kościoła opisuje w nauce o «czyśćcu» (por. KKK 1030-1032)” — powiedział Papież.

Kto tak twierdzi?

Rodzi się pytanie, w jaki sposób Kościół posiadł tę wiedzę? I dlaczego nie wszystkie wyznania chrześcijańskie wierzą w czyściec? Odpowiedzi na obydwa pytania udziela Biblia. „W Piśmie Świętym — mówi Papież — możemy znaleźć stwierdzenia, które pomagają zrozumieć sens tej nauki, nie wyłożonej jednak w sposób formalny. Wyrażają one przekonanie, że nie można zbliżyć się do Boga, zanim nie przejdzie się przez swego rodzaju oczyszczenie”2.

Jednakże ze względu na to, że Biblia protestancka nie zawiera Drugiej Księgi Machabejskiej, która bardzo wyraźnie mówi o czyśćcu, protestanci odrzucają tę naukę (zob. niżej tekst Co wiemy o... dwóch Bibliach?). Dlatego właśnie — jak przekonamy się za chwilę — doktryna ta była w czasach reformacji obrzucana przekleństwami i niewłaściwie wykorzystywana.

W rozdziale dwunastym Drugiej Księgi Machabejskiej czytamy: „Dlatego właśnie sprawił, że złożono ofiarę przebłagalną za zabitych, aby zostali uwolnieni od grzechu” (12,45). Przywódca wojskowy Juda Machabeusz uczynił tak, ponieważ dostrzegł, że jego żołnierze modlą się za zabitych towarzyszy i składają w ich intencji ofiary. Stało się tak, kiedy w trakcie przenoszenia ciał zabitych żołnierze „Pod chitonem [...] u każdego ze zmarłych znaleźli przedmioty poświęcone bóstwom, zabrane z Jamnii, chociaż Prawo tego Żydom zakazuje” (12,40). Innymi słowy, ludzie ci zmarli godnie, choć w grzechu.

Chociaż Druga Księga Machabejska jest jedyną księgą Starego Testamentu, która przedstawia ideę czyśćca w tak wyraźny sposób, to elementy tej doktryny można odnaleźć także w wielu innych fragmentach Pisma Świętego (nawiasem mówiąc Jan Paweł II w wypowiedziach na temat czyśćca nie powołuje się na Księgi Machabejskie).

Zgodnie z religijnym prawodawstwem Starego Testamentu, to co jest przeznaczone dla Boga, powinno być doskonałe. Z tego też względu wymaga się również fizycznej nieskazitelności dla tych rzeczywistości, które mają kontakt z Bogiem zarówno w wymiarze ofiarniczym, jak na przykład zwierzęta ofiarne (por. Kpł 22, 22), jak i instytucjonalnym, jak w wypadku kapłanów sprawujących kult (por. Kpł 21, 17-23).

Papież wyjaśnia to — w cytowanej wypowiedzi o czyśćcu3 — następująco: „Oprócz nieskazitelności fizycznej pojedyncze osoby oraz całe zgromadzenie muszą całkowicie oddać się Bogu przymierza (por. 1 Krl 8, 61), zgodnie z doniosłym nauczaniem Księgi Powtórzonego Prawa (por. 6, 5). Trzeba miłować Boga z całej duszy, czystym sercem i potwierdzać to uczynkami (Pwt 10, 12 n.).

Nieskazitelność wymagana jest tak samo po śmierci, by wejść w doskonałą i ostateczną komunię z Bogiem. Ten kto tej nieskazitelności nie osiągnął, musi przejść przez oczyszczenie. Sugeruje to tekst św. Pawła. Mówiąc o wartości dzieła każdego człowieka, które ujawni się w dniu sądu, Apostoł stwierdza: «Ten, którego dzieło wzniesione na fundamencie (którym jest Chrystus) przetrwa, otrzyma zapłatę; ten zaś, którego dzieło spłonie, poniesie szkodę: sam wprawdzie ocaleje, lecz tak jakby przez ogień» (1 Kor 3, 14-15).

Aby osiągnąć stan doskonałej nieskazitelności — kontynuuje Jan Paweł II — potrzebne jest czasem wstawiennictwo lub pośrednictwo jakiejś osoby. Na przykład Mojżesz uzyskuje przebaczenie dla ludu dzięki modlitwie, w której odwołuje się do zbawczego dzieła dokonanego przez Boga w przeszłości i prosi Go o wierność przysiędze złożonej ojcom (por. Wj 32, 30 oraz w. 11-13). Postać Sługi Pańskiego, ukazaną w Księdze Izajasza, wyróżnia także funkcja wstawiania się i pokuty za wielu; pod koniec swoich cierpień «ujrzy światło» i «usprawiedliwi wielu», dźwigając ich nieprawości (por. Iz 52, 13; 53, 12, zwłaszcza 53, 11).

Na tle Starego Testamentu — mówi Papież — można uznać Psalm 51 (50) za syntezę procesu powracania do pierwotnej nieskazitelności: grzesznik wyznaje i uznaje własną winę (w. 6), usilnie prosi o oczyszczenie lub «obmycie» (w. 4, 9. 12, 16), by głosić chwałę Bożą (w. 17)”.

W Nowym Testamencie

„W Nowym Testamencie — mówi Jan Paweł II — Chrystus ukazany jest jako Ten, który się wstawia i przyjmuje na siebie funkcje najwyższego kapłana w dniu przebłagania (por. Hbr 5, 7; 7, 25). Kapłaństwo nabiera jednak w Nim nowego i ostatecznego kształtu. Tylko jeden raz wchodzi On do niebieskiej świątyni, by wstawiać się za nami przed obliczem Boga (por. Hbr 9, 23-26, zwłaszcza 24). Jest On Kapłanem a jednocześnie «ofiarą przebłagalną» za grzechy całego świata (por. 1 J 2, 2). Jako Ten, który się wstawia i dokonuje za nas zadośćuczynienia, Jezus objawi się w pełni przy końcu naszego życia ofiarowując swe miłosierdzie, ale także osądzając tych, którzy odrzucają miłość i przebaczenie Ojca.

Ofiarowanie miłosierdzia nie zwalnia z obowiązku, byśmy przed obliczem Pana stawili się czyści i nieskazitelni, bogaci w miłość, którą św. Paweł nazywa «więzią doskonałości» (Kol 3, 14).

Gdy podczas naszego ziemskiego życia — mówi Papież — odpowiadamy na ewangeliczne wezwanie, byśmy byli doskonali jak Ojciec niebieski (por. Mt 5, 48), to tym samym wypełniamy powołanie do wzrastania w miłości, abyśmy byli niezłomni i nienaganni wobec Boga Ojca «na przyjście Pana naszego Jezusa wraz ze wszystkimi Jego świętymi» (Tes 3, 13). Z drugiej strony jesteśmy wezwani do «oczyszczenia się z wszelkich brudów ciała i ducha» (por. 2 Kor 7; por. 1 J 3, 3), ponieważ spotkanie z Bogiem wymaga absolutnej czystości”4.

Przygotowania do oglądania Boga

Czyściec jest jeszcze jednym dobrym przykładem rozwoju nauki Kościoła. Jak wspomnieliśmy w rozdziałach pierwszym i piątym, przez Chrystusa my, ludzie, wiemy wszystko, co potrzebujemy wiedzieć, żeby dostać się do nieba. Mimo wszystko jednak zrozumienie tego, czego musimy się nauczyć, zabiera nam sporo czasu. W gruncie rzeczy ciągle nad tym pracujemy. W każdej epoce musimy się uczyć, jak przyjmować słowa Chrystusa odnoszące się do konkretnych wymagań danego czasu.

Katechizm wyjaśnia, że „Kościół od początku czcił pamięć zmarłych i ofiarował im pomoce, a w szczególności ofiarę eucharystyczną (por. Sobór Lyoński II: DS 856), by po oczyszczeniu mogli dojść do uszczęśliwiającej wizji Boga” (KKK 1032).

Katechizm odsyła czytelników do dokumentów Soboru Lyońskiego z 1274 roku, choć przecież jeszcze na długo przed tym zgromadzeniem biskupów teologowie wczesnochrześcijańscy pisali o czyśćcu. Orygenes (ok. 185—ok. 254) wyłożył swój pogląd w tej sprawie w następujący sposób:

„A jeśli fundament, którym jest Chrystus, zbudowałeś nie tylko ze złota, srebra i drogich kamieni (1 Kor 3,11-12), ale także z drewna, siana i słomy, to czego możesz się spodziewać, kiedy dusza odłączy się od ciała? Czy wejdziesz do nieba ze swym drewnem i słomą i skalasz królestwo Boże... ? I stanie się tak, że zostaniesz oddany na pastwę płomieni, które spalą lekkie materiały [...] Ale ogień pożera nie stworzenie, lecz to, co stworzenie samo zbudowało [...] Jest sprawą wiadomą, że ogień trawi drewno naszych grzechów, a potem powraca do nas, by wynagrodzić nasze dobre czyny”.

Oczywiście, opisu Orygenesa nie należy rozumieć dosłownie, niemniej wyjaśnia on koncepcję ognia jako czegoś, co pełni funkcję oczyszczania. Każdy, kto kiedykolwiek pracował z metalami szlachetnymi, wie, w jaki sposób się je oczyszcza — poprzez powtarzanie pewnych procesów ujawnia się i usuwa wszelkie zabrudzenia, defekty i niedoskonałości.

Należy koniecznie pamiętać, że ten „ogień” to nie piekło. „Końcowe oczyszczenie wybranych jest czymś całkowicie innym niż kara potępionych” (KKK 1031; por. Sobór Florencki [1439]: DS 1304; Sobór Trydencki [1563]: DS 1820, 1580; zob. także Benedykt XII [1336], konst. Benedictus Deus: DS 1000).

Tak samo wyraził się w IV wieku św. Ambroży: „Lecz ten ogień, który [...] wypala grzechy przypadkowe [...] różni się od tego ognia, który Bóg przeznaczył diabłu i jego aniołom i o którym mówił: «wstąpił w wieczny ogień»”.

Czy istnieją „grzechy przypadkowe”? Jak mówiliśmy w rozdziale trzecim, są to grzechy nazywane powszednimi, w odróżnieniu od grzechów śmiertelnych. Św. Grzegorz Wielki, papież w latach 590—604, pisał o nich jako o „mniejszych przewinieniach”. Jak zauważył: „Jeżeli idzie o mniejsze przewinienia, musimy wierzyć, że przed dniem Sądu Ostatecznego będzie dla nich oczyszczający ogień. Ten, który jest prawdą, mówi, że ktokolwiek bluźniłby przeciwko Duchowi Świętemu, nie uzyska przebaczenia ani w obecnym wieku, ani w tym, który nadejdzie. Z tego stwierdzenia można domniemywać, że są złe uczynki, które mogą być darowane w tym wieku, ale są i takie, które będą darowane w wieku przyszłym”.

W ten sposób dochodzimy do kolejnego pytania: czym jest grzech przeciwko Duchowi Świętemu? Co oznacza „bluźnić przeciw Duchowi Świętemu” (Mt 12,31)? Kościół głosi: „Miłosierdzie Boże nie zna granic, lecz ten, kto świadomie odrzuca przyjęcie ze skruchą miłosierdzia Bożego, odrzuca przebaczenie swoich grzechów i zbawienie darowane przez Ducha Świętego” (KKK 1864). Ta nieczułość serca może doprowadzić do całkowitego braku skruchy i wiecznej zagłady.

Z drugiej strony nawet „mniejsze” grzechy wyrządzają krzywdę i zasługują na doczesną karę. Dlatego właśnie „Kościół zaleca także jałmużnę, odpusty i dzieła pokutne za zmarłych” (KKK 1032).

Dawanie jałmużny to wspomaganie ubogich pieniędzmi. Pokuta to rodzaj poświęcenia, na przykład rezygnacja z przyjemności. Ale co to jest odpust...?

Niebo! Na sprzedaż! Od zaraz!

Niestety, był taki okres w dziejach chrześcijaństwa, gdy naukę Kościoła przekręcano, źle rozumiano albo zwyczajnie ignorowano. Co gorsza, idee odpustu i czyśćca były wykorzystywane przez ludzi pozbawionych skrupułów, którzy przez zastraszanie zmuszali wiernych do uległości i opróżniali ich kieszenie.

Bardzo łatwo jest opacznie zrozumieć, na czym polega koncepcja odpustów, zwłaszcza że pod koniec średniowiecza teoria ta była niewłaściwie wykorzystywana. Odpusty sprzedawano niczym bilety wstępu do nieba. Możesz być całkowicie zdemoralizowanym człowiekiem, ale zdobycie odpustu zagwarantuje ci życie wieczne. Tak przynajmniej głosili handlarze odpustów — duchowni i inne osoby — nakłaniając ludzi do ich kupowania.

W 1343 roku papież Klemens VI usankcjonował prawnie przekonanie, że Jezus wraz ze świętymi pozostawili na ziemi skarbiec zasług, z którego mogą czerpać członkowie Kościoła w celu odpuszczenia doczesnej kary za grzechy (tą kwestią zajmiemy się nieco później). Człowiek mógł zdobyć udział w zasługach przez odpust kościelny przyznawany przez papieża w zamian za dobry uczynek. Często była to po prostu darowizna pieniężna. Nauka ta zakładała ponadto, że uczynkowi musiała towarzyszyć wewnętrzna skrucha, niemniej jednak to najważniejsze przesłanie nauczania o odpustach było pomijane lub lekceważone.

Niekiedy naukę tę stosowano także w odniesieniu do dusz znajdujących się w czyśćcu. Będąc członkami Mistycznego Ciała Chrystusa, mogły one wykorzystać zasługi świętych (zob. tekst poniżej Co wiemy o... odpustach?).

 

Co wiemy o... odpustach?

— Co to jest odpust?

Odpust jest to darowanie przed Bogiem kary doczesnej za grzechy, zgładzone już co do winy [por. KKK 1471 — red.], czyli takie, które zostały wyznane, a grzesznik uzyskał rozgrzeszenie.

— Czy są różne odpusty?

Odpust może być cząstkowy albo zupełny, czyli całkowity. Można go uzyskać tylko dla siebie bądź dla dusz w czyśćcu, lecz nie dla innej żyjącej osoby.

— Skąd biorą się odpusty?

Odpusty pochodzą z tak zwanego skarbca zasług świętych, od Jezusa i Maryi. Z grubsza rzecz biorąc, wszyscy należymy do tej samej wspólnoty i to, co święci do niej wnieśli, w pewnych szczególnych warunkach jest dostępne także dla nas.

— Niektóre modlitwy mają na końcu dopiski w rodzaju: „100 dni odpustu” lub „300 dni odpustu”. Co one oznaczają?

Oznaczają one, że odmawianie tych modlitw bądź spełnianie pewnych uczynków jest równoznaczne z ilością czasu przeznaczonego na pokutę w dawnym Kościele. W minionych czasach pokuta zadawana po spowiedzi mogła być niekiedy znacznie większa niż odmówienie kilka razy modlitwy Ojcze nasz lub Zdrowaś Maryjo.

(...) więcej w wersji papierowej

Czasy średniowiecza

Problem przedstawiania wiernym w okresie średniowiecza spraw związanych z odpustami polegał na tym, że odsuwano na dalszy plan kwestie osobistej pokuty i odpowiedzialności za grzech. Propagowano idee odpustów w sposób, który doprowadził do wystąpienia Marcina Lutra i narodzenia się reformacji.

Historycy twierdzą, iż w owym czasie propagowanie i sprzedawanie odpustów miało służyć zbieraniu pieniędzy na odbudowę Bazyliki św. Piotra. W rzeczywistości pieniądze docierały do firmy bankierskiej, kurii rzymskiej i 23-letniego arcybiskupa Moguncji. Luter — członek zakonu augustianów — był profesorem teologii i proboszczem w sąsiedniej diecezji.

Ojciec Luter nie potępiał idei odpustów jako takiej, lecz sposób, w jaki były one wykorzystywane. Z tego właśnie powodu doszło do gwałtownego rozwoju sytuacji. Luter był gotowy i chętny do dyskusji nad swoimi tezami, lecz jego przeciwnicy odrzucili tę możliwość. Arcybiskup Moguncji złożył na niego skargę do Rzymu. Dominikanin Johann Te-tzel, główny zwolennik koncepcji odpustów, ogłosił, że jest to kwestia władzy i nakazał Lutrowi ją zaakceptować.

Jednocześnie większość członków zakonu augustianów opowiedziała się po stronie Lutra. Ówczesny papież Leon X, który był zajęty ważnymi sprawami we Włoszech, uznał, iż wystąpienie Lutra jest zbyt błahe i nie warte jego zainteresowania.

Nie ulega wątpliwości, że pewne rzeczy, które czyniono wtedy w imieniu Kościoła, koniecznie wymagały zreformowania. Domagali się tego nie tylko nowo powstali protestanci. Takie żądania wysuwali także ci członkowie Kościoła katolickiego, którzy później zostali ogłoszeni świętymi (na przykład Teresa z Avila).

Niestety, sprawa odpustów, a tym samym koncepcja czyśćca doprowadziła do rozłamu. Jedna z grup odrzuciła ją, druga natomiast broniła jej zawzięcie, choć nie w pełni ją rozumiała.

Krótko mówiąc, jest to spuścizna, którą odziedziczyli zarówno protestanci, jak i katolicy. Wydaje się, że można spokojnie powiedzieć, iż przeciętny protestant czy katolik nie miałby trudności z określeniem, czego naucza się w jego wyznaniu na temat czyśćca, chociaż nie jest pewien dlaczego i co naprawdę ta nauka oznacza.