Niewyczerpana historia ognistego proroka

Gorliwość eliańska

Gorliwość to słowo, które odnosi się nie tylko do miary możliwego i zdecydowanego zaangażowania w jakąś sprawę, ale i znamionuje ukształtowanie serca i ducha. Rodzi się w oparciu o pragnienia, ich głębię i żar – słowem – płonąca, żywa miłość. Gorliwość wywodzi się z apokaliptycznego bycia gorącym (Ap3,15-16), ożywia święte współzawodnictwo (2 Kor 9,2). Gorliwość to nie tylko entuzjazm, wielkoduszność, zdecydowane dążenie, wypełnianie, ale też pragnienie Boga, które pochłania wszystkich, pragnienie, by Boski ogień płonął. Idzie od „zapalenia” aż po powszechność, przynaglając wszystkich do miłości (1 Kor 9,16). To święty, miłosny zapał, zaangażowanie w sprawy Boże, intensywna miłość, której fundamentem jest bezkompromisowość.

 

Zaangażowanie najpierw idzie w głąb: aż do drżenia trzewi, następnie przyobleka się w święty gniew, jak u Chrystusa w świątyni. W gorliwości nie ma rozsądku, w jej płomieniu można wszystko utracić, radykalnie aż po stratę życia, czego domagał się Chrystus. Utrata tego ognia oznacza duchową śmierć.

Należy stwierdzić, że gorliwość dla mentalności żydowskiej oznacza zapał w spełnianiu nakazów Pana: Gorliwi podążają usilnie ku przykazaniom, mówi Pesachim. [1] Gorliwość jest rodzajem inteligencji, która pozwala z jednej strony uniknąć sideł złej skłonności, a z drugiej – jest umiejętnością przyswajania sobie największego dobra.

 

Gorliwość jest rodzajem pościgu przykazań (hebr. micwot), lekkości ducha, jak u istot anielskich z Księgi Ezechiela: Istoty żyjące biegały tam i z powrotem jak gdyby błyskawice (Ez 1,14). Gorliwość jest rodzajem szybkości w boskich sprawach, jak charyzmat Rebeki, która podaje spragnionemu naczynie pełne wody:Pij, panie mój – i szybko pochyliła swój dzban, i dała mu pić (Rdz 24,18); jest jak boska niecierpliwość służenia. To również szybkość Maryi, która wybrała i poszła z pośpiechem w góry (Łk 1,39). To pośpiech pasterzy, słyszących dobrą no¬winę, którzy ostatecznie znaleźli Maryję, Józefa i Niemowlę (Łk 2,16).

 

Ta wielka gorliwość o prawdziwy kult znajduje wyraz w płomiennych słowach Eliasza, które umieszczono w banderoli karmelitańskiego herbu: Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów (1 Krl 19,10). Rozpalająca się żarliwość jest uczuciem pomiędzy gorliwością a gwałtowną zazdrością.

Gorliwość to rozpłomienienie ducha, wewnętrzny żar. Hebrajski termin qui’ah oznacza czerwień, stan wrzenia, rumieniec. Mahometanie wierzą, że człowiek, łącząc się z Bogiem, staje się płonący, pałający żarem i przedstawiają swych mężów bożych z płomiennymi językami ognia wokół głowy.

 

Już w pierwotnych religiach dostęp do świętości łączył się z cudownym przyrostem żaru ducha . Można by mówić o całej mistyce ognia. Eliasz był postrzegany jako prorok ognia. Słowo jego płonęło jak pochodnia, sprowadzał ogień z nieba i odszedł w ogniu (por. Syr 48,1-9).

 

Gorliwość Eliasza posiada potrójne imię: jest to moc, a właściwie utwierdzenie, święty upór, w którym prorok gotowy jest do podjęcia każdego trudu ze względu na Boga. Objawia się jako gotowość znoszenia boskiego mozołu.

Drugi wymiar gorliwości pojawia się w zdecydowanym odrzuceniu wszystkiego, co do Boga nie należy. Jest to rodzaj gniewu, ognia trawiącego wszelkie kłamstwo, wiążący się z przedziwną stanowczością z dobrem, jasnym wymiarem życia, światłem, na które potem wskaże św. Jan Ewangelista. Ta gorliwość wznieca płomień, wzbudza niepokój i czujność, które ostatecznie formują się jak Chrystusowe: przyniosłem nie pokój, lecz miecz. Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10,34). Miecz świętego gniewu rozcina historię, wyrzuca poza obręb świątyni i życia duchowego przekupstwo i wszelkie handlowanie, wszelką mentalność merkantylną. Eliasz w tym stanie wypowiada słowa do Achaba: Widzę, że się zaprzedałeś (1 Krl 21,20).

 

Trzeci wymiar odnosi się do świętego porywu, który jest w istocie porywem miłości. Ukazuje to głęboki związek pomiędzy szaleństwem dla Boga, a upojeniem, od którego już nic nie potrafi oddzielić duszy. Jeżeli dusza tak płomieniście i gwałtownie wstępuje w progi miłowania, sięgając nawet trzeciego nieba, Bóg zstępuje do niej, by osadzić ją na skale.

 

Gorliwość staje się przedziwnie anielskim stylem życia, nie tylko życiem pod skrzydłami Pana, ale i unoszeniem się na Jego skrzydłach, dla których nie ma ciężaru nie do podźwignięcia. O tej gorliwości Chrystus mówi: jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie (Mt 11,30). Ta gorliwość to rodzaj miłości, która nie zna granic (sine modo), która nie obawia się dać życie za sprawę. Gorliwość jest drogą przekształcenia natury, ubogacenia jej w chwałę Najwyższego.

Jak stwierdza Księga Machabejska: Eliasz w nagrodę za swoją wielką gorliwość o Prawo został zabrany do nieba (1Mch 2,58).

 

U Eliasza gorliwość rodzi się wobec chwały Pana, a w sensie negatywnym – wobec niewierności, jakiej dopuszczają się synowie Izraela. Szczególnie przez proroka piętnowana jest chwiejność w kulcie: dopókiż będziecie się chwiać na obie strony. Znakomicie istotę gorliwości wyraża Psalm 119:

 

Nienawidzę ludzi chwiejnych,

a Prawo Twoje miłuję.

Ty jesteś obrońcą moim i moją tarczą:

pokładam ufność w Twoim słowie.

Odstąpcie ode mnie, złoczyńcy,

strzec będę przykazań Boga mojego.

Podtrzymaj mnie według swojej obietnicy, bym żył;

nie zawiedź mojej nadziei!

Wzmocnij mnie, abym doznał ratunku

i cieszył się zawsze z Twych ustaw.

Odrzucasz wszystkich, co odstępują od Twoich ustaw,

bo zamiary ich są kłamliwe.

Jak żużle oceniasz wszystkich występnych w kraju,

dlatego miłuję Twoje napomnienia.

Drży moje ciało z bojaźni przed Tobą

i lękam się Twoich wyroków (Ps 119,113-120).

 

Z tekstu można wyprowadzić wniosek, że Eliasz nie bał się przytłaczającego swą wielkością ludzkiego majestatu, natomiast żył w bojaźni wobec Boga, chroniąc to, co prawe. W ten sposób strzegł Jego chwały. W czas suszy ogłoszonej ku nawróceniu zdawał się wołać: Przyznajcie Panu chwałę Jego imienia, na świętym dziedzińcu uwielbiajcie Pana! Głos Pański ponad wodami, zagrzmiał Bóg majestatu: Pan ponad wodami niezmierzonymi! (Ps 29,2-3). Jeżeli człowiek nie dociera do niezmierzonych wód Bożej łaskawości poprzez oddawanie Mu chwały, naraża ziemię na chroniczną suszę.

 

Rola Eliasza, zwłaszcza w kontekście jego troski o chwałę Boga, przypomina postać anioła. To przecież aniołowie w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie (Mt 18,10). On sam pragnie stać przed Jego obliczem jak anioł. Apokalipsa mówi o aniołach pojawiających się w trzech sekwencjach:

Potem ujrzałem innego anioła lecącego przez środek nieba, mającego odwieczną Dobrą Nowinę do obwieszczenia wśród tych, którzy siedzą na ziemi, wśród każdego narodu, szczepu, języka i ludu.

 

Wołał on głosem donośnym: «Ulęknijcie się Boga i dajcie Mu chwałę, bo godzina sądu Jego nadeszła. Oddajcie pokłon Temu, co niebo uczynił i ziemię, i morze, i źródła wód!».

A inny anioł, drugi, przyszedł w ślad mówiąc: «Upadł, upadł wielki Babilon, co winem zapalczywości swego nierządu napoił wszystkie narody!».

A inny anioł, trzeci, przyszedł w ślad za nimi, mówiąc donośnym głosem: «Jeśli kto wielbi Bestię, i obraz jej, i bierze sobie jej znamię na czoło lub rękę, ten również będzie pić wino zapalczywości Boga przygotowane, nierozcieńczone, w kielichu Jego gniewu; i będzie katowany ogniem i siarką wobec świętych aniołów i wobec Baranka. A dym ich ka¬tuszy na wieki wieków się wznosi i nie mają spoczynku we dnie i w nocy czciciele Bestii i jej obrazu, i ten, kto bierze znamię jej imienia».

Tu się okazuje wytrwałość świętych, tych, którzy strzegą przykazań Boga i wiary Jezusa (Ap 14,6-12).

 

Wszyscy trzej mają coś z Eliasza, który wzywa do oddania chwały Bogu, głosi upadek dworu królewskiego (lokalnego Babilonu), tych, którzy noszą imię Bestii (Izebel = Bogiem moim jest Baal). Rozprawiając się z idolatrią, stawia Boga na pierwszym miejscu, troszczy się o Jego chwałę.

 

O chwale możemy powiedzieć, że promieniuje z Boga, promieniuje z człowieka, odbija się w stworzeniu. Jak mówi Księga Syracha: godne ukochania są wszystkie Jego dzieła, i zaledwie iskierką są te, które poznajemy (Syr 42,22). Dzieło stworzenia zawiera swoistą teologię iskierek, boskiego odblasku, minimalnego refleksu boskie go piękna. Błogosławiona Elżbieta z Dijon, świadoma tej znikomości, jasno rozróżnia pomiędzy Bogiem a Jego darami. Stworzenie jest w sensie istotnym sławą boskiej chwały, jej uwielbieniem. O ile zatem do natury Boga należy chwała, tak do natury stworzenia bycie sławą chwały lub, jak to najczęściej u Elżbiety znajdujemy: uwielbieniem (jego) chwały – la louange de sagloire, laus gloriae.

 

2.

Rozognienie pragnień

 

Gorliwość, o której mówimy, winna pójść dwoma nurtami. Pierwszy – by odkryć tajemnicę człowieka jako bożego płomienia.Powstaje pytanie, jak zadbać o ten wewnętrzny żar o chwałę Pana, który rozpala Eliasza. Drugi – to pogłębienie mentalności kontemplacyjnej. Pragniemy wejść głębiej w sens zawołania, które Karmel włączył do swego herbu: Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana zastępów (1 Krl 19,10.14). Już jeden z pierwszych autorów wczesnego chrześcijaństwa, Orygenes, zauważył, że greckiemu słowu: dusza, psyche, można nadać znaczenie ognia: psyche ma naturę ognia. Ponieważ Bóg jest ogniem trawiącym – jak stwierdza Pismo Święte – uczynił aniołów swych duchami, a sługi swoje ogniem palącym.

 

Ten, który ukazał się w ognistym krzaku, Ten, który nakazał człowiekowi, by płonął duchem, zaprasza nas jednocześnie do wielkiej tajemnicy rozumienia samych siebie. Przeciwną stroną ognia, rozpłomienienia, jest chłód. Jeżeli to, co święte, jest płomienne, jest ogniem, jest żarem, to w takim razie to,co zimne, chłodne, odpychające, co zziębnięte i co stygnie, należy do rzeczywistości grzeszników. Tak więc powinniśmy pójść tym śladem Orygenesa, by wydobyć boski żar, by zakochać się w żarliwości ludzi sprawiedliwych i świętych, by uczestniczyć w boskim ogniu, w tej pierwotnej żarliwości. Jakże wielką przestrogą są dla nas słowa Apokalipsy, które dobrze znamy, ale należałoby je w sposób uroczysty przywołać: To mówi Amen, początek stworzenia Bożego. Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący. Mówisz o sobie, jestem bogaty i niczego mi nie potrzeba, nie wiesz, że to ty jesteś nieszczęsny i godzien litości, biedny i ślepy, i nagi (Ap 3,15).

 

Dzisiaj toczy się wielka walka, wielki spór o człowieka. Niewątpliwie każdemu pokoleniu przypada określone zadanie, jakiś wkład w historię, w której żyje. Naszemu pokoleniu przypada w udziale swego rodzaju spór o transcendencję. Mamy wielkie zapotrzebowanie na wielki sens, na logos, na boską mądrość. Ten wielki spór toczy się dramatycznie na zewnątrz człowieka i w jego wnętrzu. Coraz mniej mamy takiego cennego wątpienia, które pozwala stawiać twórcze pytania, które przeciera ścieżki ku życiu.A coraz więcej jest wątpienia zatrutego.

 

Współczesny człowiek jest uformowany ze śmierci, ze śmiertelnego lęku przed sobą, przed owocami swojego myślenia, działania, skutków swoich poczynań.Wprowadza nowe miary, często zabójcze. Ten kryzys transcendencji polega nie tylko na utracie boskiej perspektywy, perspektywy nadprzyrodzonej, ale także na takim zdradliwym wycofaniu się człowieka w siebie. Szukaniu spełnienia w sobie. Głęboka potrzeba transcendencji została zdominowana przez chorą wyobraźnię szukającą samopotwierdzenia. Sam z siebie człowiek uczynił miarę wszystkiego, centrum świata. I transcendencja została uwięziona w człowieku, w jego ciele, w doczesności. Została przemieniona w coś, co można nazwać poszerzaniem pojemności życia, przeżyć, doświadczeń. Zobaczmy, że współczesna myśl upodobała sobie słowo horyzont: horyzontalne myślenie, usytuowanie człowieka.

 

Ale greckie horisein znaczy „ograniczać”. Powinniśmy zdrową religijnością przeciwstawiać się tym prądom, które zmierzają do spłaszczenia człowieka, jego wielkości. Najbardziej polemizuje z nimi pragnienie Boga i rzeczy nadprzyrodzonych, które wynosi nas „poza horyzont”, poza samych siebie, nasz mały świat. Pragnienie nie chce być ograniczane linią horyzontu, bowiem tkwi w nim moc wyrwania nas z myślenia horyzontalnego, tylko ludzkiego, doczesnego. Transcendencja też zostaje osłabiona, spolaryzowana w takiej gonitwie za uwiecznianiem siebie. Człowiek chce zdobyć prawo do nieśmiertelności, ale tutaj na ziemi, chce przetrwać w przyszłych pokoleniach. Są całe strategie uwieczniania: używamy sztuki i władzy, by „zostawić swoje nazwisko” (jak mówi psalm: swoimi imionami nazywają ziemię, Ps 49,12), by utrwalić się w ludzkiej pamięci.

 

Należałoby przeciwstawić się temu w sposób spokojny, ale zdecydowany. Naturę człowieka można by wyprowadzić z płomienia boskiego żaru. Człowiek ma naturę płomienistą. Dlaczego? Ponieważ jest boskim pragnieniem. Na początku stworzenia Bóg zapragnął człowieka i powiedział: Uczyńmy człowieka na nasz obraz(Rdz 1,26). Człowiek żyje dzięki temu pragnieniu, które jest wpisane w strukturę aktu stworzenia. Bóg nas chce i człowiek nosi to boskie pragnienie w sobie, gdyż jest uczyniony na obraz. Obraz, to znaczy – „bliski”.

 

Jeżeli człowiek odkrywa siebie jako boskie pragnienie, to jednocześnie pragnienie ze strony Boga, który chce człowieka, i pragnienie Boga, które człowiek nosi w sobie, wzajemnie się spotykają. One się wzmacniają i tworzą prawdę o wspaniałej, zaangażowanej modlitwie, o kontakcie z Bogiem, potrzebie zjednoczenia. A więc odsłaniają wysoki horyzont i wysoką miarę nadprzyrodzoną, potęgują się w łasce. Im bardziej człowiek pragnie Boga, tym bardziej Bóg wzmaga to pragnienie w Sobie i przychodzi do niego, chce z nim przebywać. Tu znajduje wyjaśnienie fenomen modlitwy głębokiej, zaangażowanej, płomienistej.

 

To, co może człowieka osłabiać, niszczyć, to przede wszystkim zachwaszczanie pragnień. Zobaczmy, jak współczesna kultura chce zdominować świat ludzkich pragnień; ten sprytny, uwodzący świat reklam. Tworzy się go, by człowiek zapragnął czegoś, dał się uwieść, żeby uwierzył, że osiągnie pełnię szczęścia dopiero wtedy, gdy nabędzie jakieś rzeczy, będzie używał określonych przedmiotów i napełniał się wrażeniami. I wiemy niestety, że człowiek to kocha. Lubi być uwodzony, bo ceni udział w tej swoistej grze. Handluje swoimi pragnieniami, sprzedaje się, poddaje pokusie, aż kiedyś budzi się zupełnie spętany przyziemnymi rzeczami, spętany sobą i nie ma już siły, by zmierzać do Boga.

 

Powinniśmy dbać o kulturę wnętrza, o wewnętrzną wolność, poprzez którą objawia się nasza chrześcijańska wielkość, przynależność do Boga. Dokonuje się to przez porządkowanie pragnień. W głębi człowieka istnieje przestrzeń, która należy wyłącznie do Boga. To zarazem zdolność odpowiadania na obecność Boga. Filozofowie nazywają ją apexmentis – szczyt umysłu, posłuszeństwo Bogu, zdolność komunikowania się z Nim, możność noszenia Boga w sobie. Człowieka kształtuje zamieszkanie Boże, czyniące nas Jego domem, Jego świątynią. Niezwykła jest głębia tego, co odkryła błogosławiona Elżbieta od Trójcy Przenajświętszej. Z jak wielką radością i miłością chciała odpowiedzieć w swoim życiu na to wezwanie, by być mieszkaniem Boga, w którym On czuje się dobrze.

 

Tak więc powinniśmy tę zdolność przyjmowania Boga ciągle uwalniać od innych form przyjmowań, szczególnie tych przyjmowań grzesznych, które nas zniekształcają, osłabiają, które mieszają nas z pyłem tej ziemi. Człowiek bowiem nosi w sobie nieskończone przestrzenie. To jest niezwykłe, kiedy czytamy pisma św. Jana od Krzyża, w których mówi o nieskończonych uzdolnieniach, o przepaściach: że rozum, wola i pamięć to są przepaści, które może nasycić, napełnić jedynie Bóg. Dusza zmierza do Boga na kształt spadającego kamienia. Człowiek jest wielkim wołaniem o Pana.

 

Poświęcając właśnie temu swój wysiłek, pracę, osobistą formację, staje się nieskończonym pragnieniem Boga. Te głębokie otchłanie, gdy są oczyszczane, w pewnym sensie zieją pustką, czekają na Pana. I człowiek ma taką pokusę, żeby wypełnić je czymś przypadkowym, banalnym, okazjonalnym. To ogromna pomyłka. Czasami ciśnienie jest tak wielkie, że człowiek nie ma już cierpliwości, nie ma nadziei i szuka innych rozwiązań. Wybiera krótszą drogę i zwraca się w stronę stworzenia. Pamiętajmy, człowiek ma w swojej strukturze pierwiastek nieskończoności, nieskończonego pragnienia, które nigdy nie będzie zaspokojone. Święty Grzegorz z Nyssy mówił w swoich pracach o pewnym nieskończonym rozwoju człowieka.Im bardziej dusza pragnie Boga, nawet w nieskończoności, w niebie, tym bardziej się poszerza; im bardziej jest pełna Boga, tym bardziej Go pragnie. Im bardziej Go poznaje, tym bardziej pragnie Go miłować. Im bardziej Go miłuje,tym bardziej pragnie Go poznać. Ponieważ Bóg jest nieskończony,ta zdolność nieskończenie i ciągle w wieczności się poszerza.

 

To jest ta niepojęta tajemnica boskiego, wieczystego dynamizmu i wiecznego nienasycenia. Kiedy mówimy o boskim odpoczynku, to właściwie używamy przenośni, bo ciągle będziemy w niebie poznawać nieskończonego Boga, miłować Go bezgranicznie, coraz bardziej pragnąc, w coraz bardziej szalony sposób. Kiedy nasz umysł staje się coraz bardziej otwarty na Boga i mądrość, bogaty pozna&niem, coraz bardziej wrażliwy na prawdziwe światło, doznajemy tej niezwykłej obecności Jezusa Chrystusa i zaczynamy rozumieć, co znaczy, że jest On dla nas światłością, że jest wielkim, boskim sensem naszych dziejów. Powinniśmy to otwarcie na Boga nosić w sobie i ciągle je ponawiać, żeby nasze życie zamieniło się w niestrudzone wołanie oblubienicy: Przyjdź!

 

Niestety czasem to otwarcie podporządkowujemy kompleksowi skutecznego działania. Chcemy rezultatów, chcemy wiedzieć, czy moja modlitwa jest skuteczna, czy moje chrześcijaństwo jest właściwe, w którym mieszkaniu duchowego rozwoju się znajduję.Człowiek ciągle wpatrzony w siebie chciałby namacalnych dowodów wielkości. Co się stało z Dawidem, kiedy on policzył swoich ludzi? Chciał mieć doświadczenie wielkości. Od razu mu Pan po¬wiedział: wybieraj jedną z trzech kar (por. 2 Sm 24,13). Powinniśmy przełamywać współczesną mentalność, by za¬chować to wielkie otwarcie na Boga.

 

Nasza wola powinna być ogromną tęsknotą za Bogiem, bezmiernym głodem. Głodem, to znaczy, że noszę swoje „jestem” jako nienasycone. Im bliżej człowiek jest Boga, im bardziej Go kocha, tym większy powinien przeżywać głód, większe nienasycenie. Człowiek szuka boskiego nasycenia, ponieważ jest boskim głodem. Powinniśmy żyć świętym głodem świętych rzeczy, świętą miłością, pragnieniem spotykania Boga; żyć nieprzejednanym pragnieniem, nieprzejednaną miłością. Miłość jest potężna jak otchłań, to żar Pana – mówi Pieśń nad pieśniami (Pnp 8,6). Jeżeli potrafimy zachować to bezkresne ludzkie „niedopowiedzenie”, jeżeli potrafimy odeprzeć pokusę zaspokojenia, uczymy się świętować wielkość człowieka.

 

Lecz jeśli szukamy pociechy nasycenia, by „odetchnąć”od tego olbrzymiego głodu, to wpadamy w pułapkę, ponieważ jesteśmy nieskończonymi przestrzeniami pragnień. Nie powinniśmy lgnąć do tego, co nie pochodzi od Boga. Szanować stworzenie, owszem, kochać, ale zachować jednocześnie to najgłębsze pragnienie Boga w czystej, wielkiej, wspaniałej, otwartej formie oczekiwania, oto droga. Dzisiaj zastąpiono owo stęsknione oczekiwanie oblubienicy, o które w chrześcijaństwie tak bardzo chodzi, gorączkowymi działaniami, a często – mieszając zniecierpliwienie z gorliwością – wypełnia się naszą religijność ludzką aktywnością.A paradoksalnie rzecz biorąc, właśnie dlatego chrześcijaństwo jest takie pasywne.

 

To, co Chrystus przedstawia w błogosławieństwach: bądź cichy, miłosierny, smutny, czystego serca, nie myśl o wielkich rzeczach, bądź ubogi, zachowaj pokój – nie jest mentalnością zdobywców świata. Jest to nowy styl życia, o który chodzi Jezusowi. My mamy jedynie naszym wielkim oczekiwaniem, naszą wielką nadzieją, naszą tęsknotą oblubienicy nadawać doczesności ten specyficzny smak. Oblubienica przede wszystkim oczekuje na oblubieńca. Błogosławieni ci, którzy czekają, aż Pan młody przyjdzie i Mu otworzą. To jest napięcie właściwe chrześcijaństwu, jego najgłębsza warstwa. Do tego docierają mistycy po długich poszukiwaniach. My musimy wydobyć i obronić tę niezmierzoną przepaść pragnienia, którą nosimy w sobie, ciągle wołającą, ciągle się pogłębiającą. Bóg stale na nowo tę przepaść potwierdza i stwarza. Obyśmy żyli na kształt tej niezmierzonej tęsknoty za Panem. Tak wiele zależy od rozwoju pragnienia Boga, cała nasza historia, cała jakość bycia człowiekiem.

 

Pragnienie to rodzaj otwarcia, to sposób dostępu, uczestniczenia. I nie należy tego nazywać, nie na&leży starać się tego zrozumieć – to jest sposób oczekiwania na boskość, przeżywania swojej boskości, do której nie mamy dostępu teraz, ale przecież wiemy, że żyjemy religią obietnicy. Im bardziej tutaj na ziemi pogłębię pragnienie nieba, obecności, życia dla Niego, tego żaru miłości, którym żył Eliasz, tym bardziej upodobnię się do Boga.

 

Powinniśmy w sposób jednoznaczny zobaczyć, co tak naprawdę nas porusza, co porusza nasze człowieczeństwo. Jakiego typu pragnienia w nas żyją, w którym kierunku zmierzają. Co nas porusza do myślenia, do chcenia, do działania, do bycia człowiekiem. Powinniśmy świadomie zagospodarowywać przestrzeń, by uczyć się posiadania Boga – posiadania Go w nadziei. Człowiek jest boskim sposobem oczekiwania. To powinna być jego fundamentalna postawa. Można zdradzić pewną tajemnicę: o wielkości człowieka decyduje miara jego oczekiwania. Im bardziej oczekuje, im większych rzeczy oczekuje, tym bardziej jest boski, podobny synom Bożym.

 

Bóg w przedziwny sposób pomaga nam powracać do Jego tęsknot. Czasem czyni to za pomocą tzw. rozczarowań, kiedy człowiek znajduje po raz kolejny łupiny zamiast ziaren czy owoców, kiedy widzi, że znów dał się nabrać, dał się uwieść, że zastawiono na niego pułapkę i ponownie nie znalazł tego, czego poszukuje. Właśnie z takiego doświadczenia płynie wspaniała nauka o tym, że na tej ziemi nie ma nic, co by nas nasyciło i że jest to bardzo zdrowe chrześcijańskie uczucie.

Człowiek z natury chce czegoś więcej. Jeżeli jego pragnienia przybierają formę jedynie doczesną, często się to kończy gromadzeniem dóbr i doświadczeń, jakąś kompulsywną zachłannością przeżywania. „Chcieć więcej” w sensie duchowym znaczy poszerzać, pogłębiać pragnienia. Niech nam towarzyszy to wielkie,wspaniałe uczucie jedynego w swoim rodzaju głodu, choć popycha on człowieka do szukania różnych surogatów – trochę radości, trochę miłości, coś, co okazuje się ostatecznie czymś dwuznacznym.

 

Człowiek się na to decyduje, bo być może jest to jakaś realizacja jego nadziei. Trzeba jednoznacznie powiedzieć, że najbardziej skutecznym działaniem chrześcijańskiej ascezy jest trzymanie na smyczy różnych pragnień, które chcą nam zawłaszczyć, odebrać boski żar, wywodzący się z tej przepaści człowieczej.

Zdajemy sobie sprawę, że nie jest łatwo być istnieniem transcendentalnym, zawieszonym pomiędzy niebem a ziemią, ale takie „życie na krawędzi” należy do istoty egzystencji, do napięcia chrześcijańskiego.

 

Obyśmy potrafili ocalić to nasze piękno, tę wielką miarę, tę rozpiętość, bo jest to nadprzyrodzony żywioł, który powinien zostać zachowany w sposób jasny, świetlisty. To jest nasza nadzieja, to jest kształt naszej miłości, kształt naszej ludzkiej i nad¬¬przyrodzonej wielkości.

 

Znakomitą ilustracją gorliwości typu eliaszowego jest Juanita Solar – św. Teresa od Jezusa de Los Andes, z Chile. Jej życie to splot żywiołowej natury z niezwykłą głębią ducha. Poświęcała się z pasją dziewczęcym urokom życia i jednocześnie pozwalała Chrystusowi zdobyć się całkowicie. W jej wnętrzu drzemał rodzaj gniewu, który torował drogę do coraz bardziej zdecydowanych religijnych postaw. Struktura tego gniewu to zarazem upodobanie, zapał i ogień, gwałtowność miłości, której nie da się powstrzymać.

 

Pragnie jak Eliasz żyć gorliwością o chwałę Pana Zastępów. Co więcej, usiłuje tą chwałą wypełnić własne życie. W tajemnicy adoracji i wielbienia widzi drogę chwały. Adorując Boga, będziemy uwielbieniem chwały i będziemy żyć życiem Nieba. Co więcej, musimy coraz bardziej rozpalać się żarliwością o chwałę Bożą . Aby służyć Bogu, musimy być obojętni na wszystko, co nie przynosi Mu chwały . W tym zdaniu odnajdujemy najlepsze strofy św. Jana od Krzyża.

 

Dla chwały tak ukształtowana miłość wypełnia się w sensie, który Juanita odkryła w pismach Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej: Chrystus cierpiał przez całe swoje życie i był uwielbieniem chwały swego Ojca. Będę cierpiała z radością za własne grzechy i za grzeszników . Upodobnienie paschalne osiąga swą pełnię. Juanita pragnie tak głęboko wpisać się w miłość, by żyć jedynie dla Umiłowanego: Pragnę nie umierać aż do końca świata, aby zawsze żyć u stóp Tabernakulum, pocieszając Pana w Jego agonii . Agonia Boga powtarza się za każdym razem, gdy jest On wyrzucany z serc i łaska ginie w oparach grzechu.

 

Gorliwość potrzebna jest wreszcie do przyjęcia łask. Wewnętrzne rozpalenie, trawiący ogień wypalają przestrzenie, które nie są podatne na Boga.

 

 

 

3.

Żar zazdrości

 

Drugim wielkim imieniem duchowej żarliwości jest zazdrość, wywodząca się z wnętrzności Boga. Tą samą zazdrością rozpala się Stwórca, gdyż mówi o sobie: Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym (Pwt 29,19). Nie będziesz oddawał pokłonu bogu obcemu, bo Pan ma na imię Zazdrosny: jest Bogiem zazdrosnym (Wj 34,14). O tej zazdrości mówi św. Paweł: Jestem bowiem o was zazdrosny Boską zazdrością (2 Kor 11,2). Biblijnym wyrażeniem właściwym w tym miejscu jest zapalczywość – rodzaj świętego gniewu, pożerającego jak ogień trawiący (Pwt 4,24). Bóg pozwala człowiekowi doświadczyć tego typu stanu.

Zazdrość zawsze wynika z braku. Święta zazdrość wywodzi się z braku świętości, z braku podobieństwa do Boga, z braku odniesienia do Stwórcy. Bóg pragnie odzyskać człowieka, gdyż ten zmierza, często nieświadomie, ku przepaściom. Wtedy w świętych mężach wnętrzności kipią (por. Hi 30,27).

 

W czym objawia się zazdrość Eliasza? Znajdujemy odpowiedź w dramatycznej sytuacji, gdy prorok wątpi w swą misję, a następnie w obliczu boskich pytań odbudowuje jej sens. Na Horebie Bóg pyta Eliasza: Co ty tu robisz Eliaszu? (1 Krl 19,9). On odpowiada: Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie (1 Krl 19,10). Pada tu hebrajskie słowo el kanna, to znaczy płonąć z zazdrości. W samym centrum eliańskiej gorliwości stoi powaga Bożych spraw i sprzeciw idolatryczny. Prorocka misja jest świadomie wiązana z przymierzem, więzią jednoczącą Stwórcę i naród wybrany. Dramat jest ześrodkowany na opuszczeniu przymierza. Mamy zatem dwa elementy: świadomości ważność przymierza oraz lekkomyślność opuszczenia prawdziwego Boga.

 

Eliaszowe zelo zelatus sum oznacza skwapliwość, płomienność działania na rzecz Boga. Ale nie tylko. Eliasz, zazdrosny o chwałę Pana, pragnie, aby Jahwe był otaczany czcią i uwielbieniem; co więcej, by całą chwałę oddawano Bogu, a nie rozpraszano jej na zachowania idolatryczne. Chce zatem, aby cała chwała, cały lud wy¬brany, całe stworzenie należało do Boga, to znaczy oddawało Mu chwałę. Postawa ta wywodzi się wprost z zazdrości Boga. Również św. Teresa od Jezusa zna smak zazdrości Chrystusa i chce należeć do Niego całkowicie: Jest to piękne zaprawdę życie z Oblubieńcem tak żarliwie i zazdrośnie kochającym oblubienicę swoją, że zawsze ją pragnie mieć przy sobie, i nie chce, by szukała innego niż z Nim towarzystwa (Dd 22,8).

 

Eliaszową zazdrość całkowicie odzyskuje bł. Elżbieta od Trójcy Świętej, pragnąc całe swe życie zamienić w uwielbienie chwały (laus gloriae). Żyje wewnątrz trynitarną tajemnicą chwały, która promieniuje na stworzenie.

Bóg naszej wiary przybliża się do człowieka poprzez słowa obietnicy, w nich objawia swe zainteresowanie, miłość przekraczającą grzech, i wolę, by mówić z nim jak z przyjacielem, by przyozdobić go chwałą. Chce nie tylko jego powrotu z grzechu, ze stanu pohańbienia, ale pragnie związać się z człowiekiem. Chce, aby człowiek był Jego własnością. Na tyluż miejscach przypomina o tym ludowi wybranemu, bo pragnie zachowania tego przymierza. Czyni z nich dla siebie lud święty, królestwo kapłanów (por. Wj 19,3-6).

 

W swej strukturze przymierze jest więc pochodzenia boskiego. Dzięki niemu lud uświadamia sobie, kim jest, rozeznaje drogę, może się odnowić i stawać się coraz bardziej ludem, a nie masą przypadkowych ludzi. Najsilniej jednak rozpoznaje, że jest wybrany. Uczy się świętości Boga, który poprzez walkę prowadzi lud do ziemi wybranej, ziemi obiecanej, uczy się szczególnie tego, co znaczy należeć do Pana. Dochowanie przymierza polega na wierności słowom,które On przekazał. Wiara Izraelitów rodziła się i potwierdzała w słuchaniu. W słuchaniu lud odkrywał ciągle na nowo sens obietnicy i sens swego posłuszeństwa, a odnowione serca wyśpiewywały coraz to nową pieśń chwały. Duch ludu odsłaniał się coraz mocniej jako duch Pana.

 

Tajemnica przymierza sięga głębiej. Jahwe wybierał po to, by Sam przez nich zostać wybranym, uczynił ich swoim ludem po to, by oni tym bardziej uczynili Go swoim Bogiem. Uczył ich boskiej wzajemności i pragnął, by wzorowali się na Jego doskonałości. Wychowywał ich do darowania siebie, a sam w końcu daruje się jako Syn w Chrystusie. Taka jest natura boskiego przymierza.

 

Właśnie to zostało zaprzepaszczone w idolatrii. Eliasz odkrywa i uświadamia, że bałwochwalstwo staje się źródłem słusznego gniewu Boga, a co za tym idzie – skomplikowanej historii narodu. Eliasz uświadamia sobie dwie rzeczy: wynikające z opuszczenia przymierza osamotnienie Boga oraz swe własne osamotnienie: ja sam tylko zostałem (1 Krl 19,10).

 

Należy zauważyć zbieżność dramatu Eliasza z postawą św. Teresy od Jezusa. Potrzeba reformy rodzi się w podobnym kontekście: Teresa żyje dramatem zrywanego przymierza z Kościołem w dobie reformacji oraz odkrywa osamotnienie Boga. W Księdze życia znajdujemy wyjaśnienie jej duchowej motywacji: powstała we mnie ta boleść niewypowiedziana, jakiej doznaję na widok tylu dusz, idących na potępienie, szczególnie między tymi luteranami, tym nieszczęśliwszymi (Ż 32,6).

 

Drugi wielki motyw pojawia się w odniesieniu do opuszczonego, osamotnionego Boga: tym gorętsze uczułam w sobie i dotąd czuję pragnienie, aby skoro Bóg ma tylu nieprzyjaciół, a tak niewielu przyjaciół, ci niewielu przynajmniej prawdziwymi byli Jego przyjaciółmi (Dd 1,2).

 

Teresa pragnie podejmować i czcić Gościa tak drogiego (Dd 28,3), jakim jest Bóg, rozumiejąc życie duchowe i modlitwę jako szczególnego rodzaju gościnność, wywodzącą się zapewne z gościnności Marty i Marii z Betanii. Świadoma jest, że Bóg często jest pozostawiony przez ludzi, którzy nie chcą ani dla Niego żyć, ani chodzić Jego drogami. Z takiego cierpienia rodzi się płomień miłości niepowstrzymanej.

Ale nurt przymierza nie wyczerpuje się w samym pragnieniu więzi i sprostania jej wymaganiom. W zadzierzgniętej więzi pojawia się idea głębokiego zjednoczenia.

 

4.

Drogi ufności

 

Eliasz mówiąc o rozwalonych ołtarzach (1 Krl 19,10), wypowiada prawdę o istocie idolatrii, która polega nie tylko na odwracaniu się od Boga, ale jest poszukiwaniem innych źródeł ufności. Wielka jest gorycz słów proroka: Dopókiż będziecie chwiać się na obie strony? (1 Krl 18,21). Eliasz demaskuje źle uformowaną ufność, niewłaściwe liczenie na doczesne możliwości Tyru czy przymierzy zawieranych z możnymi sąsiadami. Jeszcze istotniejszy jest kontekst religijny: za dobrobytem kryje się martwy bóg, który religijnie uzasadnia zewnętrzne sukcesy gospodarcze i polityczne.

 

Wielkim sprzymierzeńcem, dającym niezwykłe światło w tej dziedzinie, jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Kluczem jej doktryny jest właśnie ufność. Święta stosuje dwa określenia dla zdefiniowania swej drogi: abandon oraz confiance. Pierwsze oznacza opuszczenie, pozostawienie, drugie – ufność, zdanie się, powierzenie się, zawierzenie. Abandon dotyczy tajemnicy ubóstwa, natomiast confiance jest ufnością, która odpowiada na pytanie, jak znaleźć oparcie bez oparcia. Te dwa wymiary dopełniają się i wzajemnie wzmacniają. U podstaw jest szczególny obraz Boga ojcowskiego i miłosiernego. Teresa odkrywa powiązania pomiędzy ufnością, miłością Boga a żarliwością: aby Miłość była w pełni zaspokojona, musi się zniżyć, zniżyć aż do głębin nicości i tę nicość przemienić w ogień.

 

Aby odkryć drogę ufności, należy odsłonić tajemnicę własnej słabości. Zauważmy, że Eliasz stał się zdolny do wyższego poznania Boga dopiero po dramatycznym doświadczeniu własnej słabości, niemal bankructwa swej misji, gdy zrozpaczony prosi o śmierć (1 Krl 19,4). Teresa stwierdza w Rękopisie C (4r): Wszechmocny uczynił wielkie rzeczy w duszy dziecka… [mówi o sobie], a największą z nich jest to, że ukazał jej maleńkość i jego niemoc. Słabość, która interpretowana była jedynie jako furtka do grzechu, może okazać się niezwykłym atutem duchowym. Staje się miejscem objawienia wielkości Boga.

 

Istnieją dwa teksty św. Pawła, które wyrażają najpełniej logikę małej drogi. W Pierwszym Liście do Koryntian Apostoł Narodów pisał: Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć(1 Kor 1,27). Kluczowe wyrażenia w oryginale greckim brzmią: to, co głupie i to, co nie ma siły świata. Drugi tekst pochodzi z Drugiego Listu do Koryntian: z siebie samego nie będę się chlubił, chyba że z moich słabości (2 Kor 12,5). W oryginale greckim mamy: chełpić się bezsiłami. Powracający sens zarówno w pierwszym, jak i drugim fragmencie wiąże się z doświadczeniem bezsiły, bezradności. Tak przybliżona słabość wiąże się z doświadczeniem wewnętrznego ubóstwa, które przyciąga piękno Boga.

 

Koncepcja małej drogi pozwala stosunek do słabości umieścić w centrum definicji świętości. Teresa pisze do Celiny: cierpliwie znosić niedoskonałość, oto prawdziwa świętość. A na innym miejscu:Doskonała miłość bliźniego polega na cierpliwym znoszeniu słabości innych, na tym, by się nimi nie dziwić, a budować wszelkim najmniejszym przejawem dobra.

 

Polega to nie tylko na uznaniu swej słabości, by ją znosić, ale na umiłowaniu swej niedoskonałości. Natrafiamy tu na mocny opór natury i psychiki, która z trudem przyznaje się do słabości, a raczej dąży do jej ukrycia. W sensie religijnym trud słabości polega na świadomości, że człowiek wiele otrzymuje, ale nie może wiele dać. Teresa notuje: Spostrzegając to tak wielkie ubóstwo swoje, biedne małe dusze lękają się, że nie są już zdolne do niczego, skoro otrzymują wszystko od innych, a więc w zamian nic nie mogą dać. Ubóstwo duchowe posiada u Teresy charakter wybitnie personalny, jest wcielonym ubóstwem. Najbardziej wymownym znakiem tego człowieczego ubóstwa jest bezradność i bezbronność dziecka. Właśnie w takim ujęciu Święta z Lisieux przeżywa swoją relację do Boga, odkrywając tajemnicę Bożego Narodzenia, Wcielenia Syna Bożego. Można to uchwycić jako teologię uniżenia, kenozy (gr. kenóo znaczy czynić pustym, ogałacać).

 

Z drugiej strony świadomość ubóstwa prowadzi ją do teologii daru. Teresa prezentuje siebie jako osobową pustkę i nicość, tzn. nie tylko, że nic nie posiada, że żadne dobro nie jest jej własnością, ale też staje się czystym oczekiwaniem, czystą nadzieją. Jest doskonałym otwarciem na Boga, które nie zatrzymuje nic dla siebie. Teresa czuje się wezwana do zejścia na samo dno swej słabości. Tam wypowiada słowa: Pozwólmy Mu [Jezusowi] brać i dawać wszystko, cokolwiek zechce . Słowem, uczynić siebie darem całkowitym w sensie ofiarowania siebie oraz być darem, tzn. łożyskiem Bożej łaski.

 

Maleńkość i niemoc posiada swą teologiczną podstawę w ubóstwie duchowym. Teresa rozumie je w dwóch naświetleniach: pokora Maryi oraz błogosławieństwo ubogich w duchu.

 

Idea ubóstwa duchowego musi być uzupełniona o zuchwałą ufność, jak to notuje matka Agnieszka w Novissima verba (3 sierpnia 1897). Mała droga polega na usposobieniu serca, że jesteśmy małymi i pokornymi w objęciach Boga, uznającymi swą słabość i ufającymi do zuchwalstwa Jego dobroci ojcowskiej .

Ufność jest zatem pewnego rodzaju sposobem widzenia rzeczywistości tak, że widzi ona nie siebie, ale Boga. Ufność jest sposobem istnienia przejrzystego, w którym przeziera tylko Pan. Ten podniesiony wzrok ponad inne możliwości stanowi perłę Teresy. Tym zaufaniem, które nie rozumie, że Bóg może być niedobry, zwycięża ona każdą sytuację.

 

Trzeba nam z naciskiem powtarzać, że dziś, w tak zagubionym świecie, gdzie zło i dobro miesza się niepostrzeżenie, nie ma innej drogi, jak droga takiego zaufania. Całemu złu,które nas dotyka, osacza, przygniata, przenika tak dotkliwie, które jest tak dobrze zorganizowane, poza ufnością nie mamy nic innego do przeciwstawienia. To nie tylko heroizm przekonania, że Bóg znajdzie rozwiązanie, to wiara kształtująca historię, nasz czas powszedni.

 

To pozwala ludziom spychanym na brzeg rozpaczy odnajdywać ufność ocalenia. I to właśnie dlatego, że już nic nie ma do ocalenia. Zostaje jedynie Pan. W ten sposób Teresa ofiaruje słabym i upadającym nieuniknioną bliskość Boga. Tego rodzaju ufność, w warunkach rzec by można absolutnej niemocy ludzkiej, gdy wszystko zostało utracone, wskazuje na czystą sytuację wiary, w której dwuznaczność francuskiego abandon nabiera ostrej wyrazistości. Utracone, przegrane może się w ten czysty sposób ofiarować, może się powierzyć, może zawierzyć.

 

Spór z idolatrią, który prowadził Eliasz, jest w istocie sporem o źródła ufności. Teresa w swej genialnej doctrina eminens pozwala dostrzec w ufności, w sposobie pokładania ufności bezpieczną drogę pośród zagrożeń idolatrycznych.

 

 

Przypisy:

 

1.REW MOSZE CHAJIMLUZZATTO, Ścieżka sprawiedliwych (MesilatJeszarim), przekł. A. Borowski, Kraków 2005, s. 77.

2.M. ELIADE, Doświadczenie mistycznego światła, przekł. A. Ławski, J. Sieradzan, „Pismo literacko-artystyczne”, cz. I, nr 5(1985), s. 99-129; cz. II, 6(1985), s. 70-95, tenże, Inicjacja, obrzędy, stowarzyszenia tajne, przekł. K. Kocjan, Kraków 1997, s. 127, tenże, Przeżycia światłości mistycznej, w: Mefistofeles i androgyn, przekł. B. Kupis, opr. R. Reszke, Warszawa 1994, s. 13-77.

3.ŚW. TERESA Z LOS ANDES, Dziennik, przeł. ss. karmelitanki bose z Tryszczyna, Kraków 2000, s. 101.

4.Tamże, s. 79.

5.Tamże, s. 100.

6.Tamże, s. 165.

7.ŚW. TERESA OD DZIECIĄTKA JEZUS, Pisma, t. I, Kraków 1973, s. 583.

8.ŚW. TERESA OD DZIECIĄTKA JEZUS, Pisma, t. II, Kraków 1973, s. 486.

 

 

Fragment książki o. Mariana Zawady o Eliaszu - odwołanie do elianizmu, czyli kolejny aspekt charakterystyczny dla duchowości karmelitów (o. Marian Zawada OCD, Niewyczerpana historia ognistego proroka. Cykl Eliasza i Elizeusza w komentarzu duchowo-mistycznym, Flos Carmeli 2010)