5 lipca

św. Maria Goretti

* * *

100-LECIE ŚMIERCI ŚW. MARII GORETTI

MAŁA MĘCZENNICA Z NETTUNO

JAN URYGA

Około 60 km na południe od Rzymu, nad Morzem Tyrreńskim, na skalnym cyplu wysuniętym daleko w morze leży starożytne miasteczko Antium, w którym urodził się cesarz Neron. Niedaleko stąd znajduje się Nettuno, słynne ze swego sanktuarium Matki Bożej Łaskawej, którym opiekują się ojcowie pasjoniści. Pielgrzymi, którzy tam przybywają, by złożyć pokłon Matce Bożej w Jej sławnym obrazie, mają też i drugi cel swej pielgrzymki. Jest nim nawiedzenie kaplicy, w której znajdują się doczesne szczątki dwunastoletniej dziewczynki, która w obronie swej niewinności oddała młode życie. Jest nią Maria Goretti, której 100-lecie śmierci przypada 6 lipca br. Wolała śmierć od poniżenia, wybrała chwałę niebieską, bo w sercu jej był Chrystus, o którym tak wiele słyszała w domu rodzinnym, któremu powierzyła swe życie. Stanowi dziś wzór do naśladowania, gdy tak wiele pokus czyha na każdym kroku, zwłaszcza na człowieka w młodym wieku.

Maria Goretti urodziła się 16 października 1890 r. we Włoszech we wsi Corinaldo koło Ankony, a swoje krótkie życie spędziła głównie w wiosce Fearriere di Conca niedaleko Nettuno, dokąd przenieśli się, szukając pracy, jej rodzice. Alojzy i Assunta Carlini mieli siedmioro dzieci. Maria była trzecia z kolei. Rodzice, niezwykle pobożni, wszystkie zasady wiary wszczepiali w serca swych dzieci, ucząc je miłości Boga i bliźnich oraz czci dla Bożych przykazań. Twarde warunki życia i przykład ofiarnej pracy rodziców ukształtowały Marię w duchu poświęcenia. Była ona pomocnicą matki, pielęgnowała chorego ojca, a równocześnie na niej spoczywał obowiązek opieki nad młodszym rodzeństwem. W tych trudnych warunkach nie mogła myśleć o nauce, tym bardziej że szkoła była daleko. Nie umiała czytać, choć zdobycie tej umiejętności było jej wielkim pragnieniem.

Św. Maria Goretti

W 1900 r. umarł ojciec i cały ciężar utrzymania rodziny spadł na matkę. 10-letnia Marysia pocieszała mamę: "Odwagi, mamusiu! Bóg nas nie opuści!". Brała często różaniec do rąk. Choć do najbliższego kościoła było kilka kilometrów, Maria nigdy nie opuściła Mszy św. niedzielnej, a gdy chodziła do miasteczka po sprawunki, zawsze wstępowała do kościoła, modląc się żarliwie, jak tylko dziecko potrafi. Bardzo pragnęła przystąpić do Pierwszej Komunii Świętej, której wtedy udzielano w późniejszym niż dziś wieku. Matka pocieszała ją, że na pewno kiedyś nadejdzie ten dzień. Tak też się stało, dzięki jej stanowczości oraz życzliwości i pomocy wielu osób. Stało się to, gdy Maria miała dziesięć lat. Kiedy starsi bracia szli na zarobek do bogatszych sąsiadów, w polu czy w winnicy, Maria pomagała mamie w domu. Była dziewczynką nadzwyczaj inteligentną i sama starała się pracować nad sobą, nad swoim charakterem, a wszystkie wskazówki i upomnienia matki przyjmowała cicho i z pokorą.

Maria stopniowo z dziewczynki przemieniała się w panienkę, jednocześnie starając się coraz lepiej kochać Boga, a przez Niego ludzi. Jej urodę dostrzegł sąsiad, 20-letni Aleksander Serenelli, który zapłonął żądzą do niej. Maria wiedziała o niebezpieczeństwie i starała się unikać swego sąsiada. Aż przyszedł tragiczny dzień 5 lipca 1902 r., gdy wszyscy domownicy zajęci byli pracą w polu.

Maria siedziała na schodach swego domu i naprawiała koszulę, gdy zobaczyła Aleksandra, który minął ją bez słowa i wszedł do domu. Po chwili zażądał, by przyszła do pokoju, a gdy odmówiła, siłą wciągnął ją i rozpoczęła się nierówna walka. On silny, młody mężczyzna, ona niewielka wzrostem, nie mająca wiele siły. Napastnik zadał Marii wiele ciosów nożem.

W stanie agonii zabrano ją do szpitala w Nettuno, gdzie rozpoczęło się wielogodzinne konanie. Poddano ją bolesnej operacji, którą znosiła w sposób godny podziwu, przyciskając do serca krzyż. Jednak lekarzom nie udało się jej uratować. Po raz szósty i ostatni przyjęła Chrystusa do swego serca w Komunii św. i otrzymała ostatnie namaszczenie. Zdążyła wyznać, że przebacza swemu mordercy. Zmarła 6 lipca 1902 r. podczas odmawiania modlitwy Ojcze nasz. Sekcja zwłok wykazała, że Maria zachowała dziewictwo.

Zbrodnią została poruszona cała okolica, ludzie uważali ją za świętą. Pogrzeb Marii przerodził się w wielką manifestację wiary. Marię Goretti zaczęto nazywać św. Agnieszką XX wieku. Już podczas pogrzebu wiele osób doznało szczególnych łask. W 1926 r. rozpoczęto proces informacyjny, a w trzy lata później przeniesiono ciało Marii do kościoła Matki Bożej Łaskawej w Nettuno. Ojcowie pasjoniści, opiekujący się kościołem, podjęli starania o rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego, który zakończył się pomyślnie. W 1945 r. papież Pius XII stwierdził męczeństwo Marii Goretti, a w dwa lata później, 27 kwietnia 1947 r. zaliczył ją do grona błogosławionych.

W Roku Świętym Jubileuszowym, 24 czerwca 1950 r. Maria Goretti wyniesiona została do chwały świętych. W beatyfikacji i kanonizacji własnej córki miała szczęście uczestniczyć matka, Assunta Goretti.

Aleksander Serenelli otrzymał wyrok trzydziestu lat więzienia. Po odbyciu kary wstąpił do Kapucynów w Macerata, gdzie jako brat zakonny wiódł życie pokutnicze. W taki to sposób święta dziewczyna wyjednała swemu zabójcy nawrócenie. Zmarł on 6 maja 1970 r. w wieku 88 lat.

.

Do grobu św. Marii Goretti w Nettuno śpieszą wierni z całego niemal świata, prosząc Boga przez jej wstawiennictwo o łaski potrzebne każdemu do zbawienia i uświęcenia. W pięknej bazylice zbudowanej w 1969 r., w osobnej kaplicy, pod ołtarzem za szklaną taflą znajduje się kryształowa trumna, a w niej, w białej sukni, z lilią w ręce, leży spokojnie, jakby dopiero co położyła się do snu, mała Męczennica, gwiazda świętości wśród mroków zła i przemocy współczesnego świata.

.

Św. Maria Goretti
urodzona dla świata 16.10.1890 roku,
urodzona dla nieba 6.07.1902 roku,
beatyfikowana 27.04.1847 roku,
kanonizowana 24.06.1950 roku,
wspomnienie 5 lipca

Tygodnik "niedziela" Nr 27 - 7 lipca 2002r.

 

Żywot świętej Godolewy, Męczenniczki

(Żyła około roku Pańskiego 1070)

Urodzona we Flandrii z bogatych rodziców szlacheckiego rodu, starała się Godolewa już od lat dziecinnych iść drogą przez Boga wskazaną i Jemu jednemu się przypodobać. Uroda, postać, i wdzięk jej był nadzwyczajny, ale święta dziewica wcale na to nie zważała, dbała bowiem jedynie o to, by uświęcić duszę stworzoną na obraz i podobieństwo Boga, a uzacnioną przez chrzest święty.

Pomiędzy starającymi się o jej rękę najbogatszy był Bertulf, szlachcic belgijski, jemu też oddał swą córkę ojciec, złudzony bogactwem i namiętną miłością młodzieńca. Ale Bertulf był człowiekiem bez wiary i religii, a charaktery nowożeńców wcale się nie zgadzały. Już w dniu zawarcia ślubów małżeńskich zamieniła się miłość Bertulfa w odrazę, a raczej nienawiść. Weselna uroczystość wywołała w nim wstręt niepohamowany, tak że ledwie od czasu do czasu ponurym okiem spoglądał na małżonkę. Któż nie odgadnie, jak boleśnie dotykało Godolewę postępowanie męża! A jednak miłowała go, spodziewając się zmiękczyć jego serce szczerym przywiązaniem i uprzejmością, i w tym celu zanosiła gorące modły do Boga.

Bertulf zawiózł wprawdzie żonę wieczorem do swego wspaniale urządzonego mieszkania, ale zostawiwszy ją samą, wrócił niezwłocznie do swoich rodziców. Własna jego matka podsycała jego nienawiść, mówiąc: "Czemuś nam tę wronę (Godolewa miała czarne oczy i włosy tej samej barwy) sprowadził z daleka? Wszakże mogłeś sobie wybrać w własnym kraju lepszą i wiele urodziwszą pannę!"

Pogardzona przez męża, rozłączona z krewnymi i rodzicami, pozbawiona pociechy, żaliła się Godolewa przed Ojcem w Niebiesiech, który utrzymał ją w dziewictwie i nie szczędził jej prób i utrapień. Zajmowała się skwapliwie domowym zarządem, obchodziła się łagodnie ze sługami, żyła tak skromnie i bogobojnie, że najzłośliwszy potwarca nic jej zarzucić nie zdołał, a przy tym modliła się gorąco za męża.

Urażony jej cnotą i podjudzany przez matkę, chcąc jej dokuczyć przydał jej Bertulf ochmistrza, któremu nakazał obchodzić się z nią surowo i dawać jej tylko chleb i wodę. Ten spełniał jego wolę jak najściślej, Bóg jednak dodał Świętej sił nadzwyczajnych, modlitwa bowiem stała się wyłączną i jedyną jej rozkoszą. Z wdzięcznością jadała suchy chleb, i jeszcze połowę dawała ubogim. Żadna skarga nie wychodziła z jej ust; z szacunkiem tylko i poszanowaniem wspominała męża i teściową, całymi godzinami klęczała przed wizerunkiem Ukrzyżowanego, błagając Go o łaskę i przebaczenie dla winowajców.

Gdy się Bertulf przekonał, że tym sposobem nic pozbędzie się Godolewy, chwycił się ostrzejszych środków. Zmniejszył jej jeszcze skąpe porcje chleba o połowę i tak jej dokuczał, że musiała szukać ocalenia w ucieczce i udać się pod opiekę biskupa. Ten, zbadawszy sprawę, polecił Bertulfowi, aby się z żoną lepiej obchodził. Obłudnik przyrzekł poprawę, udał nawet żal i skruchę, tak że Godolewa wróciła do domu, ale niegodziwiec zrzucił niedługo maskę i stanowczo postanowił zgładzić biedną męczennicę.

Święta Godolewa

Aby ujść podejrzeń, chełpił się przywiązaniem do niej, odwiedzał ją od czasu do czasu, chwalił jej bogobojność i pożegnał się z nią czule, udając, że go nagła jakaś sprawa powołuje do Leodium. Następnej nocy, gdy już wszyscy spali i Godolewa sama tylko czuwała modląc się do Ukrzyżowanego, zakołatało do drzwi dwóch ludzi, rzekomo z nagłym poleceniem od Bertulfa, Godolewa wpuściła ich do komnaty, gdy wtem jeden z nich zatkał jej usta chustką, aby nie mogła wołać o pomoc, drugi zaś zarzucił sznur jedwabny na jej szyję i w oka mgnieniu ją udusił. Potem rzucili martwe ciało na łoże i uciekli. Gdy Bertulf wrócił, zapłakał nad grobem małżonki, tusząc, że ziemia pokryje jego zbrodnię na zawsze, ale cuda powtarzające się nad grobem Godolewy nie dawały mu spokoju; słyszał ustawicznie jakby głos jakiś, szepcący mu do ucha: "Okrutniku, zamordowałeś Świętą, która była twą żoną!" Niedługo po zbrodni wszedł powtórnie w związki małżeńskie, ale córka, która była owocem tego małżeństwa, była niewidoma.

Po trzynastu latach odumarła go druga żona. Był to dla Bertulfa, złamanego dawną troską i frasunkiem, straszny cios. W jakiś czas potem córeczka jego, którą dochodziły wieści o cudach Godolewy, kazała się mimo zakazu ojca zanieść na jej grób, błagała zmarłą o wstawienie się do Boga i przejrzała. Ten cud dopiero nawrócił zatwardziałego grzesznika. Pobiegł do grobu Godolewy i płacząc, prosił ją o przebaczenie i wznosił modły do Boga, ażeby mu raczył wskazać drogę pokuty. Oddawszy cały majątek córce, polecił jej zbudować nad grobowcem zmarłej klasztor żeński, sam zaś udał się do klasztoru benedyktynów pod wezwaniem świętego Winoka i poprosił o zakątek, gdzie by mógł odpokutować swoją ohydną zbrodnię umartwieniem ciała i bogomyślnym żywotem.

Nauka moralna

Każda chrześcijańska dziewica, idąc za mąż, powinna pamiętać o tym, że obiera ten stan jedynie dlatego, aby służyć Bogu i że dlatego wstępuje w związki małżeńskie, aby mieć w mężu towarzysza na drodze do szczęścia wiekuistego. Nie inna też była myśl Chrystusa i Kościoła świętego, kiedy podniósł małżeństwo do godności sakramentu. Wszystkie myśli, pragnienia i czyny dobrej żony skierowane być winny do tego celu; wdzięczna być winna mężowi, jeśli zwraca jej uwagę na różne ułomności i niedostatki, jeśli stara się nakłonić ją do pokory, skromności, przestawania na małym, do uczęszczania na nabożeństwo i do przyjmowania sakramentów św. Drugą powinnością żony jest być wierną towarzyszką męża w dążeniu do dobrego i prawdziwej pobożności. Nie na to kapłan łączy ręce nowożeńców, aby żona mężowi gotowała, prała i zawiadywała gospodarstwem domowym. Ma ona mu być powiernicą i przyjaciółką, ma własnym przykładem i łagodną namową wpływać na jego poprawę, napominać go, aby nie zapomniał o Bogu, nie zaniedbywał codziennych pacierzy, strzegł się gorszących rozrywek i lekkich towarzystw, ma być mu pociechą w smutku i utrapieniach, słodzić jego znoje i trudy szczerą miłością.

Otóż te są główne obowiązki małżonków chrześcijańskich. Może istnieć i być szczęśliwym także bezdzietne małżeństwo, ale nie można sobie wyobrazić szczęśliwego małżeństwa bez ścisłego pełnienia wyżej wspomnianych powinności. Czemuż jest tyle małżeństw nieszczęśliwych? Częstokroć winni są temu rodzice, krewni, przyjaciele, nakłaniając dzieci, krewnych, znajomych do zawierania małżeństw ze względu na majątek, okoliczności i przyszły dobrobyt. Chciwość, duma, wzgląd na własny interes są złymi doradcami w tej mierze. Jakże często zawierają z sobą małżeństwa krewni, na swoją zgubę i nieszczęście! Kościół święty w ostateczności udziela na takie związki dyspensy, ale nigdy ich nie pochwala. Nierzadko zatruwają związki małżeńskie teść i teściowa, chcąc, aby wszystko szło według ich woli, mieszając się w każdą sprawę i traktując młodożeńców, jak małe dzieci. Ale i młodożeńcy często lekce sobie ważą rodziców, chcą się ich pozbyć, odmawiają im wymiaru i dożywocia, nie przyjmują ich rad i przestróg; stąd swary, niezgoda, procesy tam, gdzie powinien panować pokój, zgoda i wyrozumiałość.

Gdzie Zbawiciel gości, tam jest pokój i zgoda; gdzie Go nie ma, tam są swary i niesnaski. Niech przeto małżonkowie idą za przykładem Jezusa i Jego Matki, niech razem noszą krzyż utrapień, nieszczęść i niepowodzeń z cierpliwością, pokorą i zdaniem się na wolę Bożą, niech mąż za żonę, żona za męża zanosi modły do Boga!

Modlitwa

Ojcze niebieski, za wstawieniem się świętej Godolewy i ze względu na jej zasługi, cierpienia i udręczenia, racz wszystkim zwaśnionym małżeństwom, które kapłan połączył w imię Twojego Syna Jednorodzonego i Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa, przywrócić zgodę i jedność, dając im szczęście na ziemi a zbawienie po śmierci. Przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, który króluje w Niebie i na ziemi. Amen.

Źródło Internet i Parafia Matki Bożej w Rudzie Śląskiej