KRZYSZTOF OSUCH SJ i ks. Grzegorz Strzelczyk

Chrzest Jezusa – kontemplacja ewangeliczna 

Chrzest Jezusa 1--Chrzest Jezusa 2--Homilia

qŚwięty Ignacy tak streszcza fragment historii zbawienia, którą chcemy kontemplować: „Chrystus, Pan nasz, pożegnawszy swoją błogosławioną Matkę, przyszedł z Nazaretu nad rzekę Jordan, gdzie był św. Jan Chrzciciel. Święty Jan ochrzcił Chrystusa, Pana naszego. A kiedy chciał się wymówić od tego, bo uważał się za niegodnego, żeby miał ochrzcić, Chrystus powiedział doń: Uczyń to teraz, bo tak trzeba nam wypełnić wszelką sprawiedliwość. Przyszedł Duch Święty i głos Ojca z nieba zaświadczył: Ten jest Syn mój umiłowany, w którym sobie upodobałem

fragment z Ewangelii według świętego Mateusza 3, 13-17:

Wtedy przyszedł Jezus z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie? Jezus mu odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe. Wtedy Mu ustąpił. A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.

Wyobraźmy sobie, jak Jezus przychodzi nad Jordan i z tłumem nawracających się grzeszników oczekuje, by przyjąć chrzest z rąk Jana Chrzciciela.

Możemy spróbować sobie wyobrazić, co działo się w sercu Jana Chrzciciela w ów dzień. Oto jego powołaniem było głoszenie rychłego przyjścia Mesjasza, przygotowanie drogi dla Jezusa. Dlatego wyszedł na pustynię i żył surowym życiem ascety. Dlatego nauczał. Dlatego chrzcił. Całe jego życie, każdy czyn, tęsknota, pragnienie, było skierowane ku chwili, w której Zbawiciel miał się ukazać przed ludem. I nagle ten moment nadszedł. Być może Jan dostrzegł Jezusa dopiero w ostatniej chwili, kiedy wyłonił się tuż przed nim z kolejki przystępujących do chrztu. W jednej chwili życie Jana doszło do momentu, w którym wszystko się wypełnia... Ale też i do momentu, w którym jakoś wszystko się kończy, bo przecież misja tego, który zapowiada, kończy się z dniem spełnienia się zapowiedzi. Możemy jedynie domyślać się, co Jan wówczas przeżywał. I podziwiać pokorę, z jaką potrafił usunąć się w cień Jezusa wraz ze spełnieniem swej misji. Może właśnie o tym myślał Jezus, kiedy po męczeńskiej śmierci Jana mówił: "Pomiędzy narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela" (Mt 11,11).

Jezus idzie do grzeszników

Bóg wybrał go, by przygotował lud Starego Testamentu na przyjście Mesjasza. Teraz widzimy go nad Jordanem, jak wzywa lud do nawrócenia i pokuty: Nawróćcie się, bo bliskie jest Królestwo Niebieskie! Duch Święty dał poznać Janowi, że pojawienie się Mesjasza jest już bardzo bliskie. Pokornie oświadcza: Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. Mesjasz przedstawiany przez Jana budził nie tylko nadzieję, ale i trwogę: On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.

Rzeczywiście, nawoływanie Jana Chrzciciela pobudzało słuchaczy do nawrócenia. Wielu, z różnych grup społecznych, odczuło przynaglenie, by ze skruchą wyznać swe grzechy i zanurzyć się w wodach Jordanu na znak, że chcą wejść do wspólnoty oczekujących na bliskie już przyjście Mesjasza. Jan ma zapewne satysfakcję, że jego nawoływanie nie jest daremne. Ale pewnego dnia Jan doznaje szoku, gdy w tłumie nawracających się rozpoznaje Jezusa i słyszy, jak Ten prosi go o chrzest. Jan Chrzciciel najpierw stanowczo protestuje; odmawia spełnienia prośby Jezusa, jednak po tych słowach: Pozwól teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe, Jan natychmiast ustępuje. Akt posłuszeństwa ze strony Jana jawi się jako brama do wielkiego objawienia się Trójcy Boskich Osób...

Objawienie Boskich Osób przy chrzcie Jezusa da Janowi Chrzcicielowi pewność, by za niedługo złożyć świadectwo o Jezusie:

Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata (J 1, 29).

To pełne treści zdanie stanowi klucz do rozumienia całej zbawczej misji Jezusa Chrystusa. – Kto już wie, że największym nieszczęściem wszystkich ludzi żyjących na Ziemi jest grzech, ten z najwyższą uwagą wsłuchuje się w świadectwo Jana Chrzciciela o Jezusie. Inny Jan, Ewangelista, napisze w jednym z Listów: My jesteśmy z Boga, cały zaś świat leży w mocy Złego (1 J 5, 19). Syn Boży objawił się po to, by zniszczyć dzieła diabła (1 J 3, 8).

Dziś, każde wydarzenie z życia Jezusa możemy oglądać i lepiej rozumieć w świetle zbawczego Krzyża i Zmartwychwstania. W tym świetle pojmujemy, dlaczego Jezus, wiedziony Duchem Świętym, swe pierwsze kroki kieruje nad Jordan, czyli tam, gdzie gromadzą się ludzie świadomi grzechu i spragnieni Zbawiciela. Dla Jezusa jest oczywiste, że ma wejść w sam środek ludzki, obarczonych brzemieniem grzechów. Możliwie najprędzej Jezus zaczyna głosić Ewangelię przebaczenia i wyzwolenia... Bez wahania wchodzi w wodę, aż „czarną” od brudu pozostawianych w niej grzechów... Swoim wejściem w tę wodę Jezus oczyszcza ją i czyni symbolem zbawczej mocy Boga, który pragnie każdego człowieka oczyścić, usprawiedliwić, uczynić świętym.

Zauważmy i to zdanie: A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. W odróżnieniu od wszystkich innych Jezus nie wyznawał grzechów, gdyż własne grzechy nigdy nie obciążały Jego sumienia. W twardej rozmowie z faryzeuszami zapyta znamiennie: Kto z was udowodni Mi grzech?(J 8, 46).

gDla nas, którzy czujemy się nieuchronnie uwikłani i ubrudzeni grzechami (własnymi i, w innym sensie, cudzymi), ma to ogromne znaczenie, że bezgrzeszny Jezus nie stroni od grzeszników, lecz sam ich szuka, lgnie do nich. Owszem, pozwala, by grzechy wszystkich ludzi dotknęły Go i śmiertelnie zraniły. Na razie dzieje się to symbolicznie – poprzez zanurzenie się w tej samej wodzie, w której zanurzają się nawracający się grzesznicy. W czasie Męki dokona się to nader realnie, gdy Pan zwali na Niego winy nas wszystkich (por. Iz 53, 6). To przedziwne zbawcze działanie Boga święty Paweł opisze w takich oto przejmujących (i nie do końca dających się pojąć słowach): Bóg dla nas grzechem uczynił tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą (2 Kor 5,21).

Wpatrując się w Jezusa w Jordanie, pojmujemy coraz bardziej, że On naprawdę chce nas uwolnić od gniotącego ciężaru grzechu!

Jezus gotów jest ponieść każdą udrękę, poniżenie, każdą ofiarę, aby uwolnić nas od dojmującego poczucia winy!

On umrze tą śmiercią, która należy się (mnie) grzesznikowi, który bezceremonialnie, lekkomyślnie albo namyśle zrywa więź ze swym Stwórcą o Ojcem. Właśnie o tym mówi św. Paweł: Chrystus umarł za nas jako za grzeszników w oznaczonym czasie, gdyśmy byli jeszcze bezsilni, a nawet za człowieka sprawiedliwego podejmuje się ktoś umrzeć tylko z największą trudnością. Bóg zaś, okazuje nam swoją miłość właśnie przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami (Rz 5,6-8).

Pytajmy: jakich uczuć doświadczał Jezus, solidaryzując się z grzesznikami? Były to zapewne różne uczucia, jednak najżywszym uczuciem musiała być radość. Jeśli tak, to i my radujmy się wraz z Jezusem, nawet jeśli Jego i nas czeka jeszcze wielkie zmaganie z „grzechem świata”, z własną grzesznością... 

2. Ojciec i Duch Święty – też obecni

wBardzo znaczące jest to, że Niebiosa właśnie wtedy się otwierają, gdy Jezus wyraża swą solidarność z grzesznikami. Głos Ojca jest pełen miłości i aprobaty dla tego, co czyni Jezus: Ten jest Mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie.

Podobną Miłość i aprobatę dla Jezusa można wyczytać z tego, co czyni Duch Święty: A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego.

Słusznie wnioskujemy, że pierwsze kroki Jezusa nad Jordan – w stronę grzeszników – wywołują żywy oddźwięk w sercu Ojca i Ducha Świętego; możemy być pewni, że także wszystko inne, co jeszcze Jezus uczyni dla grzeszników, będzie wyrażać „litość serdeczną Boga” (Łk 1, 78).

Radujmy się, widząc, jak wszystkie Boskie Osoby angażują się w nasze ocalenie.

Pozwólmy, by Boży Baranek, gładzący „grzech świata”, zgładził także nasze grzechy, moje grzechy. A gdy to się stanie, wtedy i dla nas otworzą się Niebiosa i zostaniemy zaproszeni do wejścia w wieczne Przymierze Miłości z Boskimi Osobami.

– To Przymierze już zostało zawarte w sakramencie naszego Chrztu świętego. Do nas też Bóg Ojciec powiedział: Ten jest Mój syn umiłowany! Ta jest Moja córka umiłowana. Na nas też zstąpił Duch Święty i nieustannie pracuje nad naszym uświęceniem i upodobnieniem nas do Jezusa Chrystusa.

Z radością wspominajmy nasz Chrzest – jako wielkie wydarzenie naszego życia. Odwołując się do Bożego Objawienia i patrząc oczyma wiary, radujmy się Nowym Życiem – Bożym Życiem w nas.

Przełom w życiu Jezusa

Czym był chrzest w Jordanie dla Jezusa? Nie chodziło przecież o chrzest nawrócenia. Ludzie chrzczeni przez Jana wyznawali swe grzechy. Ewangeliści notują, że Jezus "natychmiast" wyszedł z wody: nie miał bowiem grzechów do wyznania. Dlaczego zatem w ogóle chciał być ochrzczony? Najistotniejszą wskazówką jest dla nas to, kiedy chrzest miał miejsce. W Ewangelii św. Marka Jezus pojawia się po raz pierwszy właśnie w scenie chrztu! To wydarzenie wyznacza początek Jego publicznej działalności. O tym, co działo się przedtem, wiemy niewiele, z kilku zaledwie wzmianek o Jego dzieciństwie.

Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa było zatem tak, iż przez wiele lat dojrzewała w Jezusie świadomość misji, którą ma podjąć, aż pewnego dnia decyzja została podjęta. Jezus pozostawił dom, Matkę, pracę, którą dotąd się trudnił, i rozpoczął swoją misję. Możemy się domyślać, że chciał ją rozpocząć od czytelnego gestu, wyrażającego zmianę podstawowego kierunku życia... Do tego chrzest Janowy nadawał się doskonale. Zanurzenie w wodzie oznaczało bowiem właśnie pozostawienie dawnego życia i wynurzenie się do nowego.

Dzień chrztu w Jordanie był zatem dla Jezusa dniem przełomu, porównywalnym pod względem doniosłości być może jedynie z wydarzeniami paschalnymi. W tym dniu rozpoczęła się Jego misja wobec świata. Potwierdzają to wyraźnie wydarzenia następujące bezpośrednio po wyjściu Jezusa z wody. Oto otwierają się niebiosa, na Jezusa zstępuje Duch Święty oraz rozlega się głos Ojca: "Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie" (Mk 1,11). Co ciekawe - opisy Ewangelistów świadczą o tym, iż te wydarzenia miały miejsce zdecydowanie bardziej ze względu na samego Jezusa niż ze względu na obecnych wówczas ludzi. Duch zstąpił na Jezusa, aby rzeczywiście umocnić Go w misji (a nie tylko po to, by okazać ludziom, iż Jezus jest pełen Ducha), Ojciec przemówił do Niego, aby utwierdzić Go w rozeznanej i podjętej decyzji (a nie tylko po to, by potwierdzić Jego misję przed ludźmi).

Możemy się jedynie domyślać, co działo się wówczas w sercu Jezusa. Wchodził przecież na drogę, od której zależało - bagatela - zbawienie ludzkości. Czy przeczuwał już, z jak wielkim niezrozumieniem się spotka? Że zostanie odrzucony? Jak straszną śmiercią przyjdzie Mu umrzeć? Nasza ciekawość zostaje wystawiona na ciężką próbę przez dyskretne milczenie Ewangelistów. Jedynie następujący zaraz po chrzcie okres czterdziestodniowego pobytu Jezusa na pustyni - modlitwy, zmagań ze sobą i pokusami - rzuca nieco światła na to, jakie burze przewalały się wówczas przez serce Jezusa.

 

Ważność wiary

rKontemplując Chrzest Jezusa, odczujemy być może pewną zazdrość, że nie możemy być bezpośrednimi świadkami tamtego wydarzenia i odczuć głębię znaczeń tego, co się wtedy wydarzyło. Podobne uczucia mogą się zrodzić, gdy pomyślimy o mistykach, którzy (przynajmniej w pewnych momentach) doświadczają, co to znaczy być w jedności z Trójcą Przenajświętszą. Mistyczne poznanie nie jest dawane wszystkim. Św. Ignacy Loyola, człowiek, który – dzięki mistycznym darom – widział wszystko, dobrze o tym wie i dlatego wprowadza wszystkich chętnych na drogę prostej kontemplacji ewangelicznej w ramach zwłaszcza drugiego, trzeciego i czwartego Tygodnia Ćwiczeń duchownych, nazywanych rekolekcjami ignacjańskimi

Trzeba nam pogodnie zaakceptować to wielkie prawo życia, że do uszczęśliwiającej jedności z Trójcą świętą idziemy drogą poznawania Słowa Bożego, zawartego w Tradycji i Piśmie świętym. W aktach ufnej wiary mamy przyswajać sobie Boga, który „pragnie mi dać samego siebie, ile tylko może wedle swego Boskiego planu” (ĆD 234). Najlepszym do tego czasem i miejscem jest właśnie wszelka modlitwa i spotkania sakramentalne.

Kiedy zatem wzbiera w nas wielka tęsknota za poznaniem Boga „twarzą w twarz”, (czyli za bezpośrednim widzeniem Go), to pamiętajmy, że Bóg na pewno spełni tę tęsknotę, którą sam w nas wpisał. Wpierw jednak – i to przez całe ziemskie życie – zaprasza nas, byśmy zbliżali się do Niego w wierze. Nasza „pielgrzymka wiary” do oglądania Boga i do przebóstwiającego zjednoczenia z Nim jest czymś wspaniałym i jedynym w swoim rodzaju. Dzięki ufnej wierze już naprawdę kontaktujemy się z Bogiem i zasadnie radujemy się łaską, usprawiedliwieniem, danym nam darmo w Chrystusie.

Gdy słuchamy tego, co Bóg mówi do nas przez Jezusa, i gdy wpatrujemy się w to, co On nam zaofiarowuje, wtedy Duch Święty wzbudza w nas wiarę i zdolność powierzenia siebie Bogu. To działanie Boga nie jest jednak zniewalające, przeciwnie, jest ono naglącym wezwaniem, byśmy w sposób dobrowolny i rozumy uwierzyli Bogu, oparli się o Niego, wydali się w Jego ręce. Inaczej mówiąc, wiara – choć, jako cnota teologalna, jest dziełem Ducha Świętego w nas – to jednak domaga się ona naszego stałego współdziałania. Gdy zatem w różnych okolicznościach życia ponawiamy akty wiary (Bogu i w Boga), wtedy wydoskonalamy się w wierze.

Wielki dar chrzcielnych łask został nam dany w naszym niemowlęctwie, gdy nie potrafiliśmy jeszcze świadomie poznawać i wierzyć. Trzeba zatem, byśmy – teraz jako dorośli – stawali się świadomymi uczestnikami wielkiej łaski Chrztu. Dzieje się to wtedy, gdy otwieramy się na różne formy ewangelizacji i katechizacji; gdy słyszane treści uwewnętrzniamy w czasie medytacji i kontemplacji.

Od symbolu do sakramentu

tWczesnochrześcijańskie komentarze do sceny chrztu Jezusa niejednokrotnie wychodziły nieco poza sam tekst Ewangelii, próbując uchwycić związek chrztu Jezusa w Jordanie z naszym chrztem. Oczywiście chrzest Janowy nie był jeszcze chrztem w znaczeniu chrześcijańskim. Zanurzenie w wodzie stanowiło jedynie zewnętrzny wyraz, symbol przemiany, której człowiek pragnął dokonać we własnym życiu.

Był to gest niejako "bezsilny", to znaczy nie pociągał on za sobą bezpośredniego Bożego działania w człowieku. Jego skuteczność zależała tylko i wyłącznie od wewnętrznego zaangażowania danej osoby, która usiłowała "przebić się" do Boga, nawiązać z Nim kontakt. Tego typu symboliczne gesty skazują zawsze człowieka na niepewność - bo któż z nas może powiedzieć o sobie, że doskonale skupia się na modlitwie, albo że doskonale zrywa z grzechem?

Przejście od chrztu Janowego do chrztu chrześcijańskiego, które według tradycji wyznacza jakoś chrzest Jezusa w Jordanie, stanowi znaczący przełom. Miejsce symbolu - ludzkiego działania skierowanego ku Bogu - zajmuje sakrament, który, choć nie traci wymiaru symbolicznego, jest działaniem Boga skierowanym ku człowiekowi. W chrześcijańskim chrzcie, jak i w innych sakramentach, to Bóg wychodzi do człowieka, oczekując jedynie przyjęcia i odpowiedzi. Zatem nawiązanie kontaktu i jego "skuteczność" nie zależą już od nas, nie są zagrożone przez naszą niedoskonałość: ich gwarantem jest sam Bóg. Do nas należy już tylko (lub aż) przyjęcie Bożego działania i odpowiedź na nie w codzienności.

Chrzest Jezusa zapowiedzią naszego chrztu
   W dzisiejsze święto trudno nie nawiązać do naszego chrztu i do tego, co wtedy stało się naszym udziałem. Także my zostaliśmy zanurzeni w wodzie chrzcielnej dla oczyszczenia z grzechu pierworodnego. Również nad nami w chwili chrztu otworzyło się niebo i otrzymaliśmy w darze Ducha Świętego oraz zapewnienie od Boga Ojca, że staliśmy się Jego umiłowanymi dziećmi. Można powiedzieć, że poprzez przyjęcie sakramentu chrztu staliśmy się nowym stworzeniem.
   Wydaje się, że dzisiaj dla wielu chrześcijan sakrament chrztu stał się tylko jakimś tradycyjnym obrzędem, zwyczajem, który trzeba wypełnić zaraz po narodzeniu się dziecka. I jakże często na rytualnym obrzędzie w kościele wszystko się kończy. Potem jeszcze tylko I Komunia św., bierzmowanie i oczywiście ślub kościelny. Do tych sakramentalnych wydarzeń niektórzy chcieliby ograniczyć całe chrześcijaństwo.
  W obecnych czasach jak nigdy przedtem, potrzeba ponownego odkrycia wartości i znaczenia chrztu oraz tego, co wtedy stało się naszym udziałem. Tym bardziej, że chrzest to nie tylko rytualny obrzęd, ale to wydarzenie, rzeczywistość, która trwa przez całe nasze życie, a nawet więcej, gdyż jest to wydarzenie wprowadzające nas w wieczność.
   Słowo Boże głoszone w święto Chrztu Pańskiego ukazuje nam bogactwo sakramentu chrztu. Przez proroka Izajasza Bóg mówi do każdego człowieka, który przyjmuje chrzest: "Oto mój sługa, którego podtrzymuję, Wybrany mój, w którym mam upodobanie. Sprawiłem, że Duch mój na nim spoczął". Darem chrztu jest Duch Święty, który czyni nas wybranymi i sługami Boga samego, ale nie na zasadzie niewolnictwa, lecz jako dzieci. Nad każdym chrzczonym człowiekiem Bóg wypowiada swoje słowa: "Tyś jest mój Syn umiłowany, w Tobie mam upodobanie". Przez chrzest stajemy się umiłowanymi i wybranymi dziećmi Bożymi. To sprawia, że jesteśmy także uwolnieni z niewoli grzechu. Chrzest gładzi grzech pierworodny. Przez chrzest jednoczymy się z Chrystusem ukrzyżowanym i zmartwychwstałym i dlatego nazywamy się chrześcijanami. Chrześcijanin to człowiek posłany tak jak Chrystus, aby ubogim nieść dobrą nowinę o zbawieniu, więźniom wolność, niewidomym przejrzenie.
   W końcu trzeba zauważyć, że chrzest to nie tylko przywilej, ale przede wszystkim jest to zadanie i posłannictwo. Dlatego trzeba ciągle odkrywać w swoim codziennym życiu łaskę chrztu, rzeczywistość chrztu. Odkrywać naszą przynależność do Chrystusa, naszą godność dzieci Bożych, dary Ducha Świętego, które zostały nam dane całkowicie darmo i bezinteresownie. Odkrywać Boże zbawienie, czyli Królestwo Boże, które jest pośród nas i w nas.
   Św. Piotr zaświadcza, że Jezus po swoim chrzcie w Jordanie, przeszedł przez życie dobrze czyniąc i dokonując dzieła zbawienia. W tym kontekście każdy ochrzczony winien zapytać samego siebie: czy wydarzenie chrzcielne jest wciąż żywe i obecne w jego codziennym życiu? Czy żyje przyjętym chrztem? Wykorzystajmy święto chrztu Jezusa Chrystusa do refleksji nad przeżywaniem i odkrywaniem wielkiego daru własnego chrztu

Serdeczna rozmowa

Świadomi tego, czym Bóg obdarza nas w Chrzcie Jezusa, podejmijmy serdeczną rozmowę z Boskimi Osobami... Czyńmy to bardzo osobiście i niepowtarzalnie. Będzie to jeden z owoców naszej kontemplacji.

Może pierwszym „tematem” rozmowy będzie podziękowanie Bogu za wprowadzenie na drogę wiary, której kresem będzie Niebo.

Może oddam się kosztowaniu słodkiego smaku wiary – smaku ufnego wydania siebie w ręce Ojca przez Syna w Duchu Świętym.

Podziękuję Bogu Ojcu za to, że dzięki wielu spotkaniom z Jego Wcielonym Synem, zacząłem odzyskiwać utracony raj a przynamniej nadzieję na to, że „w końcu wszystko będzie dobrze..., a nawet bardzo dobrze”.

A może wyrwie się z serca przede wszystkim wielkie błaganie, gdy własna wiara zjawi się jako maleńka i krucha. Jezus pociesza, że choćby nasza wiara była tak maleńka jak ziarnko gorczycy, to jednak stopniowo rozrośnie się ona w wielkie drzewo, jeśli tylko jest naprawdę żywa, rzeczywista, egzystencjalna. A jeśli mamy wątpliwości co do jej „żywości”, to wołajmy jak ojciec chłopca z Ewangelii: Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu! (Mk 9,24). – Pan na pewno zaradzi, zaś my znów poczujemy się jak w domu zbudowanym na skale. A w domu odpoczywa się i nabiera sił do dalszej pielgrzymki – też do Domu – Ojca.